15
Styczeń
2024
05:33

Pawła i Izydora - wszystkiego dobrego

Jutro 14 urodziny Och-Teatru. Czternasta rocznica powstania tej sceny teatralnej. Czternaście lat temu podpisaliśmy długoterminową umowę najmu, wspaniałego acz zupełnie zaniedbanego, wymagającego natychmiastowego remontu, budynku dawnego Kina Ochota, niedziałającego już wtedy od lat.

Remont trwał rok, prowadziła go moja córka Maria Seweryn, otworzyliśmy teatr spektaklem „ WASSA ŻELEZOWNA” Gorkiego do którego, w prezencie, napisał nam muzykę Zbigniew Preisner. W obsadzie byli [Jerzy Trela], Jacek Beler, Tadeusz Chudecki, Monika Fronczek, Justyna Schneider, Joanna Kulig/Barbara Kurzaj, Szymon Kuśmider, Dorota Landowska/Bożena Stachura, Lidia Sadowa, Anna Smołowik, Bartłomiej Ostapczuk i ja.  Scegrafię zrobił nasz nieodżałowany  Maciej Putowski.
od tego czasu daliśmy około 80 premier i niezliczoną ilość wydarzeń jednorazowych, otworzyliśmy scenę Och-Cafe na której dziś panowie Szymon Majewski, Krzysztof Daukszewicz i od czasu do czasu zapraszani goście cieszą , bawią i wzruszają publiczność.
w tej chwili trwają próby sztuki CIEMNY GRYLAŻ  Jerzego Dobrowolskiego i Stanisława Tyma, premiera planowana jest w marcu.
DROGI OCH-TEATRZE, SZANOWNI ARTYŚCI specjalności różnych, DRODZY PRACOWNICY FUNDACJI, SZANOWNA RADO FUNDACJI I DRODZY WIDZOWIE na koniec, WSZYSTKIEGO DOBREGO, DŁUGICH LAT W SZTUCE I DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ. OBY NAM SIĘ…
Zamieszczam plakaty niegranych już, ważniejszych spektakli i pozdrawiam kj

 

06
Styczeń
2024
20:13

Kacpra i Melchiora Baltazara - wszystkiego dobrego

📸 https://www.facebook.com/share/p/JznxBKPtmy9yghrK/?mibextid=WC7FNe

Dokładnie sto trzydzieści trzy lata temu urodził się Stanisław Gruszczyński. Król tenorów, jeden z najwybitniejszych polskich śpiewaków operowych pierwszej połowy XX wieku! Artysta, który w mediolańskiej La Scali śpiewał największe partie operowe po polsku, miał wielki majątek, zbudował w Milanówku przepiękną willę; człowiek, którego sąsiedzi wynosili z pociągu i nieśli do domu, by oddać mu hołd. Miał wielki gest i serce. Bezinteresownie pomagał swoim młodszym kolegom-śpiewakom, chociaż przecież mógł obawiać się, że ich sława przyćmi jego własną. Jednym z nich był Jan Kiepura… Gruszczyński to także człowiek, który eksploatując swój największy dar – magiczny głos – utracił go, a potem… stracił wszystko inne. Dom, własne kąpielisko, konie, pieniądze… Umierał samotny i całkowicie zapomniany. Kto go dzisiaj pamięta?

Był synem rolnika, przyzwyczajonym do ciężkiej pracy w gospodarstwie. Rodzice posłali go do Szkoły Realnej w Wilnie – ukończył sześć klas, by w 1905 r. zostać wyrzuconym za czynny udział w słynnym strajku szkolnym, podczas którego domagano się wprowadzenia języka polskiego do szkoły. Dostał tzw. „wilczy bilet”. Nie zdążył nawet nauczyć się jeszcze nut…

Miał czternaście lat, kiedy przyszło mu rozpocząć pracę w fabryce czekolady Kazimierza Sztralla. Przez cały dzień musiał kręcić lody! Później pracował też jako kelner w cukierni Rudnickiego. Podobno już wtedy znano go w Teatrze Wileńskim – każdą wolną chwilę spędzał oglądając grane tam przedstawienia. Był przy tym niespokojną duszą, brał udział w manifestacjach politycznych, musiał się nawet ukrywać. Przeżył pierwsze zawody miłosne: został odrzucony przez Marię Niemczyk, którą kochał szczerze, nie udało mu się też zostać mężem jej siostry Michaliny, która co prawda odwzajemniała jego uczucia, ale na ślub z socjalistą nie zgodziła się jej matka. Wyjechał więc… do Warszawy. Kiedy po kilku latach powróci na gościnne występy już jako ceniony artysta Opery Warszawskiej, panny będą spoglądały tęsknie w jego stronę…

W Warszawie z miejsca został aresztowany, jednak z braku dowodów popełnionych przestępstw politycznych został wypuszczony. Carska policja otoczyła go wszakże swoją dyskretną „opieką”. Pracował jako robotnik, statystował czasem w Operze, marząc skrycie, by być najważniejszym z uczestników olśniewajacych przedstawień. W 1910 r. został kelnerem w sosnowieckiej cukierni Władysława Ciechanowskiego. To właśnie tam zaczął śpiewać, goście byli zdumieni słysząc fragmenty najsłynniejszych arii, wykonywane jakby od niechcenia. Gruszczyński brał już wówczas lekcje śpiewu, było ich oczywiście za mało i nauka trwała zbyt krótko. Miał jednak wielki talent i nadzieję, że uda mu się spełnić marzenia.

Śpiewał coraz więcej i więcej. W kawiarniach, na akademiach… w końcu usłyszał go ktoś, dzięki komu przeniósł się na stałe do Warszawy, by zacząc zarabiać głosem. Istnieje kilka wersji tej historii o kliencie cukierni, który zmienił życie Gruszczyńskiego (możecie Państwo poznać je wszystkie czytając biografię śpiewaka napisaną przez Justynę Reczeniedi, z której i ja czerpałem pełnymi garściami układając ten tekst), jak by jednak wtedy nie było, nasz bohater pojawił się w Warszawie. Uczył się u organisty kościoła pijarów – Antoniego Karnaszewskiego, później na prywatnych zajęciach u Stefana Dudzińskiego. Ciężko pracował, by zarobić na te lekcje.

Uchodził za przystojnego mężczyznę, blondyn o błękitnych oczach mógł się podobać. Był kelnerem w Hotelu Angielskim, który w wolnych chwilach biegał na lekcje śpiewu. Miał wielki tenorowy głos o rozległej skali i pięknej barwie. Do tego naturalne zdolności interpretacyjne i aktorskie – i jeszcze nieprzeciętną pamięć muzyczną. To, czego nigdy nie nauczył się w szkole muzycznej (nigdy w niej nie był) nadrabiał słuchając nagrań. Tylko kilka miesięcy zajmie mu przejście od śpiewania w kościele do osiągnięcia wysokiej pozycji zawodowej. W ciągu jednego tylko sezonu wykreował kilka znaczących partii operetkowych, a jego nazwisko zaczęło pojawiać się w prasie z adnotacją, iż oto narodziła się nowa gwiazda. Pięć miesięcy po debiucie na scenie operetkowej stał już na deskach Opery Warszawskiej! Repertuar operowy, do którego Gruszczyński okazał się wprost stworzony, przynosił mu niezrównaną dawkę emocji, wyczuwalnych i odwzajemnianych przez publikę. Stały angaż został mu zaoferowany praktycznie z miejsca.

Wciąż nie znał nut, uczył się kolejnych partii ze słuchu, a cała Warszawa przychodziła do Opery, by wraz z nim odczuwać kolejne wielkie dzieła. Śpiewał zarówno lżejszy, operetkowy repertuar, jak i wielkie, arcytrudne partie operowe. Hipnotyzował publiczność jako Kazimierz w „Hrabinie” Moniuszki oraz tytułowy „Lohengrin” z opery Wagnera. Recenzenci donosili o spektakularnym sukcesie. A on, koncertował, koncertował, koncertował. Sam Jan Kiepura powie kiedyś: „Największym śpiewakiem na świecie był Stanisław Gruszczyński, a ja przy nim jestem… taki malutki”.

Wspaniały debiut pozwolił artyście ustabilizować także swoją sytuację ekonomiczną. Osiadł w Warszawie, mieszkał przy Nowym Świecie 47 (prowadząc tzw. dom otwarty). Podczas pierwszej wojny światowej dwukrotnie został aresztowany za śpiewanie podczas nabożeństw za poległych bohaterów. Udzielał się społecznie przez lata w setkach, jeśli nie tysiącach akcji społecznych.

W 1917 r. zaproszono go na występy w Operze Cesarskiej w Berlinie. Śpiewał Wagnera… po polsku! Przejechał całe Niemcy z tryumfalnym tournée. Za każdym razem oklaskiwano gorączkowo język polski niosący się ze sceny! Rok później do swojego dorobku śpiewak dodaje m.in. wybitne kreacje: Vasco da Gamy w „Afrykance” Meyerbeera, Don José w „Carmen” Bizeta, Eleazara w „Żydówce” Halévy`ego, Jontka w „Halce” Moniuszki. Krytycy padają na kolana, piszą o tym, że drugiego takiego nie znajdzie się w świecie.

Pasmo sukcesów trwa. Uwielbiany śpiewak żeni się z Janiną Smotrycką. Ta po jakimś czasie zacznie odczuwać zmęczenie zamiłowaniem męża do życia towarzyskiego i …wyścigów konnych. Tymczasem artysta uskrzydlony szczęściem w życiu uczuciowym objawia się warszawskiej publiczności w swojej życiowych rolach: tytułowego Otella z opery Verdiego i Cania z „Pajaców” Leoncavalla. Publiczność płacze w czasie jego występów, a później wiwatuje na cześć wielkiego śpiewaka. Śpiewaka, jak to mówiono, z Bożej łaski, bo przecież wszystko, co technicznie piękne, miał jakby z góry przyrodzone.

Występuje w filmach, jego twarz pojawia się w reklamach. Sypią się zaproszenia z całego świata. Stanisław Gruszczyński występuje w Teatrze Narodowym São Carlos w Lizbonie, później w Madrycie i Barcelonie. W 1922 r. śpiewa prapremierowo główną partię Młodego Króla w operze Karola Szymanowskiego „Hagith”. Biją się o niego teatry operowe w Parmie, Trieście, Mediolanie i Rzymie. Wystąpi w każdym z nich, choć recenzje nie będą entuzjastyczne. Trema. Po powrocie do kraju – znów nieprzerwane pasmo sukcesów. Gruszczyński jest idolem debiutującego Jana Kiepury. Kolejne sezony eksploatują głos śpiewaka ponad miarę, występy w Operze Warszawskiej, szereg wyjazdów do teatów operowych całej Europy, niezliczone koncery… Wielokrotnie przyjdzie mu śpiewać na żywo w audycjach radiowych. Za darmo zresztą…

W 1927 r. podbija Pragę, rok później – Bułgarię i kolejne miasta niemieckie. Śpiewa gościnnie w mediolanskiej La Scali. Wzbudza zachwyt, choć proponują mu tam uzupełnienie braków w edukacji, które mogłyby spotęgować mistrzostwo wykonawcze. Ktoś chce za to zapłacić. Gruszczyński odmawia. W Polsce czeka wierna publiczność, wielkie role, także filmowe. Jeden z najpiękniejszych głosów tenorowych urzeka śpiewaków i śpiewaczki, z którymi występuje, bo jest zawsze gotów pomagać, we wszystkim. Zarabia gigantyczne pieniądze, podobno dwukrotność pensji prezydenta.

Zaczynają się jednak pierwsze kłopoty z głosem. Nieśmiało napomykają o nich krytycy. Muszą mieć się jednak na baczności, ponieważ pierwszego, który ośmielił się źle napisać o Gruszczyńskim, ten beszta na ulicy. Dość powiedzieć, że konieczne było wezwanie pogotowia…

W 1930 r. śpiewak wybudował w Milanówku okazałą willę – Zacisze. Podobno najpierw powstał tzw. Domek Baletnic, w którym artysta chciał gościć koleżanki z teatru… Kupił mnóstwo ziemi, założył stajnię koni wyścigowych. Jeździł powozem. W jego parku nie brakowało dzikiej zwierzyny. Przez jego dom codziennie przewijały się tłumy gości: artystów, znanych postaci życia towarzyskiego Warszawy. Odchoruje to ciężko jego żona, która na całe lata zamknie się we własnym pokoju. Podobno będzie długie godziny czesała swoje piękne włosy, wpatrzona w lustro. Podobno…Po piętnastu latach przyjdzie im się rozstać.

W 1931 r. w Estonii rozpływa się w powietrzu jego brat. Nie wiadomo, co się z nim stało. Artysta coraz więcej pije, jego głos traci blask, problemem stają się trudniejsze arie. Śpiewa więc w warszawskich kabaretach, by podreperować finanse. Ale to już przecież nie to… Kolejne rewie szybko spadają z afisza, śpiewak przejdzie wtedy załamanie nerwowe. W 1935 r. traci swoje ukochane Zacisze – przejmuje je bank, gdy nie jest w stanie spłacać rat zaciągniętych kredytów. Upadał coraz niżej i nikt mu nie pomógł. Nagle wszyscy, o których tak dbał wcześniej, zaniewidzieli. W 1938 r., na ćwierćwiecze swoich występów, artysta planuje wydać książkę. Wysyła listy do ludzi, którzy go znali z prośbą o kilka słów, niewielu odpisze.

Przed wojną posiadał jeszcze ziemię w Milanówku, dom przy ulicy Plantowej i stawy. Urządził tam popularne kąpielisko. Później i to stracił. Musiał pracować jako furman i robotnik fizyczny. Brakowało mu jedzenia. Nowa mieszkanka jego dawnego Zacisza będzie mu je dawała za darmo. W 1945 r. Gruszczyński występuje w amatorskich przedstawieniach w Teatrze Letnim w Milanówku. Rok później wyprosi w Romie organizację jubileuszu trzydziestopięciolecia pracy. Nie było nawet orkiestry. Jego nazwisko już się nie liczyło. Przyznano mu stanowisko kierownika kółka teatralnego w Powiatowym Domu Kultury w Grodzisku Mazowieckim. Wytrzymał trzy lata, odszedł stamtąd na własną prośbę. Zmieniał mieszkania na coraz mniejsze. Nie bójmy się nazwać tego po imieniu – wegetował. Dzięki staraniom przyjaciół dostał posadę bibliotekarza w Teatrze Wielkim. Kilka lat przed śmiercią wystąpił raz jeszcze w Operze Warszawskiej – jako Stary Wiarus w „Hrabinie” Moniuszki. To rola niema… Nikt go nawet nie usłyszał. W 1958 r. przeszedł na emeryturę. Według przekazów – widywano go zbierającego butelki. Ratował go finansowo miejscowy szewc.

Ostatni list w życiu artysta wyśle do wciąż uwielbiającego go Kiepury. Opowie w nim, jak brakuje mu radia, ale poprosi tylko o zdjęcie z autografem. Dostanie telegram z zaproszeniem do Hotelu Bristol i na koncert Kiepury, zapewnienie, że nowe amerykańskie radio i leki na dusznicę już czekają. Do telegramu dołączony był przekaz na sporą sumę pieniędzy. Stanisław Gruszczyński nie będzie miał jednak już sił, by go zrealizować. Zostanie znaleziony w jego pokoiku. Zmarł biedny, samotny i nieszczęśliwy. Pochowano go, nie bez problemów, na Powązkach, a potem zapomniano…

Ciekawostka: jego „Zacisze” po latach stało sie domem Krystyny Jandy, która w swoich „Dziennikach” przypomni, że w czasie wojny działał tam m.in. szpital powstańczy. W jej dzisiejszej sypialni funkcjonowała „umieralnia”, której śladem są krzyże na milanowskim cmentarzu. Wielokrotnie działy się tam rzeczy, w które trudno uwierzyć. Być może zapomniany artysta opiekuje się nowymi domownikami?

Z lękiem oddaję Państwu tę opowieść o artyście, który zaznał wielkiego szczęścia i równie wielkiego nieszczęścia. Wiem, że według wszelkich internetowych standardów napisałem zbyt obszerny tekst, a i tak to tylko fragmenty niezwykłej biografii tego wielkiego tenora. Zastanawiam się, czy będzie się komuś chciało to czytać? Na pewno nie byłoby dzisiejszego postu, gdyby nie Justyna Reczeniedi, cudowna sopranistka, która kilka lat temu z okruchów wspomnień ludzkich i dokumentów odnalezionych w teatralnych archiwach utkała piękną książkę – „Stanisław Gruszczyński. Dzieje króla tenorów”. Ile tam można znaleźć jeszcze faktów, ile tajemnic, ile magicznych wspomnień. Elektryzująca lektura.

Jeśli Państwo dotarliście aż tutaj, proszę: nieście w świat informację o Stanisławie Gruszczyńskim. Nie tylko w dniu jego urodzin, także jutro, pojutrze i w inne dni. Bo to nie chodzi przecież, by wspomnieć rocznicowo wielkiego człowieka, ale by w ogóle pamiętać, że on był…

fot. w tytułowej partii w”Zygmuncie Auguście” Tadeusza Joteyki w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1928 r. – Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygnatura: 3/1/0/11/11264/1, Domena publiczna

31
Grudzień
2023
18:19

Sylwestra i Sebastiana - wszystkiego dobrego

Dobrego roku

Szczęśliwego czasu

Dobrego zdrowia

Wiernych przyjaciół

Dobrego mądrego sprawiedliwego  kraju

Końca  wojen

Dobrego towarzystwa

Dobrego teatru

fiów, książek, muzyki…

i podziękowania za Tuska

(kolejność przypadkowa)

 

 

30
Grudzień
2023
09:26

Eugeniusza i Sabiny - wszystkiego dobrego

Mili Państwo, składam Wam życzenia wszystkiego dobrego na nadchodzący 2024.
Siły, zdrowia, cierpliwości, życzliwych ludzi, wiernych przyjaciół, niesłabnących uczuć i przede wszystkim mądrej, sprawiedliwej i spokojnej ojczyzny. Ukłony i serdeczności. 🎄
Przedstawiam Wam przy okazji mojego Bafiego. Znajdę, ze schroniska w Skierniewicach, które serdecznie pozdrawiam .
Dobrego roku❤️
W moim zdomu znalazło schronienie trzy psy i trzy koty. Zrezygnowałam z wszelkich zabaw i spędzę z nimi Sylwestra, bo ich strach i histeria z powodu wystrzałów są niewiarygodne, mimo leków uspakajających na tydzień przed.
Ludzie! Nie strzelajcie! Powstrzymajcie się! Okazujcie inaczej swoją radość!

20
Grudzień
2023
05:40

Bogumiła i Dominika - wszystkiego dobrego

Taka niespodzianka urodzinowa: Dawid Bronish na fb:

Odkąd pamiętam ciągnęło mnie do dużych miast. Zawsze siłą napędową była kultura. Fascynacje rodziły się dzięki filmom, książkom, muzyce. Kiedy jako nastolatek obejrzałem „Matkę swojej matki” w reż. R. Glińskiego – zwariowałem. Rola głównej bohaterki była dokładnie napisana pod mój odjechany, pełen buntu gust. Barwna, nieprzystosowana, na zmianę toksyczna i ujmująca, wyjęta rodem z filmów Almodovara, ale umieszczona w naszej juz niePRLowskiej, choć wciąż dość szarej Polsce. Następnie trafiłem na „Kochanków mojej mamy” R. Piwowarskiego, z jeszcze bardziej destrukcyjną, choć próbującą być szczęśliwą bohaterką, czy w końcu na jej debiut reżyserski, czyli „Pestkę”, opartą o powieść Anki Kowalskiej, gdzie wykreowała fatalnie zakochaną kobietę. Co to są za role! Co to są za filmy! Wyczekiwałem emisji w tv i wpatrzony w ekran przeżywałem każdą scenę. W końcu do mojego rodzinnego Kalisza, na najstarszy festiwal sztuki aktorskiej w kraju, przyjechała TA aktorka. Siedziałem w pierwszym rzędzie i nie wierzyłem, że za chwilę wyjdzie na scenę. Zobaczyłem monodram „Ucho, gardło, nóż”, gdzie zagrała kobietę przeżywającą posttraumatyczny syndrom po wojnie na Bałkanach. Wstrząsający tekst przepleciony komicznymi wstawkami. Utwierdziłem się, że taka skomplikowana narracja, ten rodzaj ekspresji, najbardziej mnie dotyka. Był maj 2008 roku. 15 lat temu – kiedy?! Jestem szalenie wdzięczny losowi, że od tego czasu mogłem oglądać na scenie Krystynę Jandę już wręcz trudną do zliczenia ilość razy. Kiedyś dobrnąłem do 30-tu. Później przestałem liczyć. Te sposobności są teraz znacznie rzadsze, ale podążanie za jej artystyczną drogą, obserwowanie odwagi decyzji, trzymania na głowie swojej Fundacji, słuchania absolutnie rozbrajającego humoru, ale i wzruszenie jaką wielką miłością i czułością darzy nestorki i nestorów sceny, jest dla mnie wyznacznikiem klasy i mądrości. Dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Moje pielgrzymki za nią po Polsce mają wiele anegdot, które z radością kiedyś opowiem. Pani Krystyno, proszę nam trwać w zdrowiu, szczęśliwym kraju i wciąż z niegasnącym apetytem na życie oraz granie!

20.09.2009, Pałac Poznańskich, Łódź

Krystyna Janda TEATR POLONIA OCH-TEATR

#krystynajanda #ikona

08
Grudzień
2023
05:24

Marii i Wirgiliusza - wszystkiego dobrego

Dziś wyjazd do Łodzi i tam SHIRLEY VALENTINE a po spektaklu spotkanie z publicznością, jak my to nazywamy żartobliwie – spotkanie z ciekawym człowiekiem.

Czy ja jestem ciekawym człowiekiem?  Coraz bardziej zamkniętym, to pewne. Powolne ciemnienie malowideł – jak teraz nazywam swój czas. No ale dziś Shirley i radość dla wszystkich. Kulejąca Shirley, bo wciąż po złamaniu noga mi dokucza.

Jutro od rana próba w Teatrze Polskim, reżyseruję tam DOM OTWARTY Bałuckiego a o 15:00 w Muzeum Literatury na Starym Mieście, czytam listy Wisławy Szymborskiej do Kornela Filipowicza, których to właśnie dzisiejszej nocy robię wybór. O 14:00 inauguracja Roku Wisławy Szymborskiej a potem listy. Kocham, tęsknię, czy nic się nie zmieniło? …..ach te zakochane kobiety!

Wieczorem  POMOC DOMOWA w Och- Teatrze, w niedzielę też  a w poniedziałek i wtorek MY WAY.

Wszyscy czekają na poniedziałkowe obrady sejmu i na zmiany, ja..to co się stanie i jak to się stanie zobaczę w nocy, bo cały dzień pracuję.

Życzę  Państwu Nowej Polski, Dobrego grudnia, Miłych rodzinnych Świąt i Nowego Roku pełnego nadziei na przyszłość.
Oby nam się…. Tfu, tfu, na psa urok!

15
Listopad
2023
22:31

Alberta i Leopolda - wszystkiego dobrego

Zamieszczam nasz repertuar na grudzień. Zachęcam do przywitania z nami Nowego Roku.
Wszystkie bilety na stronach
www.teatrpolonia.pl

www.ochteatr.com.pl

Od kilku dni „ przyspawana „ do ekranu telewizora, nie mogę się oderwać. Jak wynika ze statystyk , Wy również.
Patrzę jaśniej w perspektywę przyszłości.
Serdecznie pozdrawiam .

Jutro zaczynam próby w Teatrze Polskim. Będziemy pracować nad DOMEM OTWARTYM Bałuckiego. Premiera planowana na 27 stycznia 2024.

Lubię 4 choć podobno moja cyfra to 9

Powoli  się starzeję ze spokojem i niejaką przyjemnością. Złamanie nogi, chodzenie o lasce przybliżyło mnie jednym skokiem. Dużo przemyślałam zatrzymana w biegu.
Wszystkiego dobrego.

W Teatrze Polonia trwają próby do NA RAUSZU w reżyserii i z rolą Marcina Hycnara.

Na początku grudnia zaczyna próby GENIUSZA Jerzy Stuhr.

W Och-Teatrze  wkrótce początek prób do CIEMNEGO GRYLAŻU Stanisława Tyma i Jerzego Dobrowolskiego w reżyserii Cezarego Żaka.

Jutro  gram SHIRLEY, pojutrze BIAŁĄ BLUZKĘ.

03
Listopad
2023
06:13

Sylwii i Huberta - wszystkiego dobrego

Chochlik kulturalny:

Trzydzieści trzy lata temu Krystyna Janda po raz pierwszy oficjalnie stała się „Shirley Valentine”. Niesłabnąca popularność tego spektaklu każdego artystę wprawiłaby w osłupienie. Bo w końcu ile razy można stawać się tą kobietą, która na przekór światu pojedzie do Grecji i bedzie wcinała oliwki, chociaż szczerze ich nie znosi? Ile ziemniaków można obrać na scenie, ile jajek usmażyć? Niby obudzona w środku nocy Janda mogłaby być Shirley na zawołanie, ale przecież to się może znudzić. Faktem jest jednak, że kiedy pojawia się na scenie, nie ma żadnych wątpliwości: to nie Janda a Shirley Valentine, Po prostu. Prawdziwa do bólu, trochę śmieszna, trochę smutna. Identyfikują się z nią kolejne pokolenia kobiet i mężczyzn. Wszystkim im Janda daje nadzieję, że jeszcze będzie piękniej.

Słuchając Shirley, jej opowieści o znienawidzonej, a potem ukochanej Marjorie Major, o dzieciach, mężu, o pierwszym wyjeździe do Grecji, niezależnie od tego, kim jesteśmy, łapiemy się na tym, że to przecież samo życie. I choćbyśmy nie wiem jak się śmiali, to w konsekwencji smutek z powodu pewnych zjawisk i zdarzeń i tak nas dopadnie. Ale jeśli chociaż jedną osobę na sali Shirley namówi, żeby spakowała paszport, bilet i pieniądze, po czym ruszyła na podbój świata, to niezależnie od tego, czy ktoś pojedzie do Grecji czy tylko do cioci pod Warszawę, będzie to znak, że Krystyna Janda zmieniła kolejne życie. Tak sobie myślę, że takich zmian ma już na koncie bardzo wiele.

Widziałem „Shirley” wiele razy, choć ostatnio notuję c przerwę…. Niby znam tekst prawie na pamięć, a wciąż trzymam kciuki, żeby tej kobiecie się udało i za każdym razem, gdy w drugim akcie podnosi się kurtyna, a Shirley jest tam, gdzie zawsze marzyła, by być, głośno wypuszczam powietrze z płuc. Ze szczęścia oczywiście.
Są takie spektakle, na które zawsze sprzedają się wszystkie bilety. Są takie artystki, które w ich popisowych rolach chce się oglądać po raz piąty, dziesiąty, piętnasty i więcej. Cóż, na wieki wieków Shirley! Co, nie, ściana? 😉

fot. Adam Kłosiński

21
Październik
2023
22:30

Urszuli i Hilarego - wszystkiego dobrego

PISARKA

O ŻYCIOPISANIU KRYSTYNY JANDY

Tom „Gwiazdy mają czerwone pazury”. Nie wiem, kto wymyślił ten tytuł, ale był bardzo dobry. „Pazury…” w moim przypadku były pierwsze (wcześniej był jeszcze wywiad-rzeka, „Tylko się nie pchaj”). Tak poznałem Jandę piszącą. Tak tak – piszącą.

Przyzwyczailiśmy się do tego, że o Krystynie Jandzie czytamy zawsze w związku z jej rolami, premierami, ewentualnie z działalnością polityczną czy społeczną. Ale że pisanie? To jest oczywiste, ale o tym się nie wspomina. A już na pewno nie osobno. Podejrzewam, że sama bohaterka, usłyszawszy o pomyśle na ten tekst, uśmiechnęłaby się z przekąsem. Powiedziałaby zapewne: „pisarka to przesada, pisząca, potrafiąca pisać”.

Tak, potrafi. To również potrafi. I, wiem to na pewno, właśnie pisanie, obok aktorstwa, reżyserowania, uczestnictwa w życiu publicznym (o życiu rodzinnym nie wspominając), jest stałą i ważną częścią biografii artystki.

Pisze od lat, pisze świetnie. Ostatnio coraz rzadziej. Zapytana przeze mnie o powody tej absencji, odpowiedziała, że rzeczywistość, brutalna i haniebna rzeczywistość polityczna, po prostu ją przerosła. Ucieka w pracę, praca ją uszczęśliwia (stałe powiedzenie: „jestem szczęśliwsza na scenie niż w życiu”), ale na pisanie nie starcza już siły. A przecież były lata, pamiętam je dokładnie, kiedy  pisała niemal codziennie, kilka razy dziennie, jej felietony, wspomnienia, komentarze, pojawiały się na stronie internetowej i były codzienną radością tysięcy czytających.

Dzienniki Krystyny Jandy, dzienniki internetowe, w których codzienność spotykała się z przeszłością, to była, to jest literatura. I tylko przez fakt, że autorką tych tekstów jest wielka aktorka, osłabiał być może nasze podejście do oceny meritum. „Ma tyle sukcesów w życiu zawodowym, że nagradzanie jej pisania, to już byłaby przesada”. Nie, to nie jest przesada. Lata regulują to wszystko z całą ostrością. Dawne wielkości literackie z czasem karleją, po głośnych powieściach sprzed dekady nie ma nawet śladu, tymczasem teksty Jandy, do których wróciłem na potrzeby tego tekstu, wciąż się bronią. Są zapisem czasu, zapisem jednej – wyjątkowej bardzo – osobowości, ale i świata wokół niej i świata wokół nas. Tak, to jest literatura. Tak, Janda jest pisarką. Nią również jest.

***

Pisanie Jandy jest jak jej spektakl „My Way”. Wielkość bez pretensji do wielkości, bezpretensjonalna wielkość.

Historie z życia. Opowieści o aktorach, żegnanie ich, witanie nowych talentów, czasami rozczarowania, czasami zachwyty.

Życiopisanie. Ta fraza z Białoszewskiego wdaje się konieczna, potrzebna, bo to jest właśnie clou. Krystyna Janda w felietonach, w dzienniku, także w wywiadach-rzekach, chociaż to zupełnie jednak inna kategoria, pisze sobą, poprzez siebie, poprzez życie.

Osiągnęła tak wiele, że nie musi wstydzić się skromności. Nie jest to jednak skromność afektowana – mnie nie wypada, takiej gwieździe – tylko prostota przyjrzenie się światu z całą ostrością i czułością jednocześnie.

Pisanie Jandy to także ostrość tonu. Ostrość, bo niewiele ma do stracenia, bo od dawna niczego już specjalnie nie musi udowadniać. Nie można jej ulepić na własne żądanie, albo sprawić, że zmieni poglądy, albo gust. Nie, już się nie zmieni.

Pisząc o politykach, o obyczaju, o przemocy w sferze publicznej, potrafi być kategoryczna. Ale to pisanie kobiety zrozpaczonej. Nie „Kobiety zawiedzionej” ze sztuki Simone du Beauvoir, którą  zagrała w spektaklu w reżyserii Magdy Umer i w Teatrze Telewizji, w reżyserii Andrzeja Barańskiego, ale kobiety zrozpaczonej, ponieważ wszystko, co budowała, o co walczyła, za czym tęskniła, rozpada się na jej oczach. Relacje międzyludzkie, system pogardy i język nienawiści, hejt, który stał się czymś powszednim, zwyczajowym.

Krystyna Janda dostrzega tę rzeczywistość w całej ostrości. Rzeczywistość poturbowaną latami rządów PiSu, covidem, wojną w Ukrainie i w Izraelu, przede wszystkim wojną polsko-polską, ludzko-ludzką. To przeraża ją najbardziej.

W tym kontekście dzienniki pisane w latach dwutysięcznych i wcześniej są zapisem szczęścia. Były problemy, były kłopoty, rozwiązanie współpracy z Teatrem Powszechnym, i spełniające się z wolna marzenie o otworzeniu własnego teatru, stresy, konflikty, obmowy, ale poza tym – szczęście.

Jandzie towarzyszył we wszystkim sprawdzony towarzyszysz życia, operator Edward Kłosiński, i nic nie zapowiadało, że to będą ostatnie ich szczęśliwe lata. Synowie mieszkali jeszcze z rodzicami,  i ukochana mama aktorki, i zwierzęta. Erozja zaczęła się później. Choroby, wyjazdy, śmierci. Milanówek z gwarnego i towarzyskiego miejsca-przystani, stał się z wolna samotnią wielkiej artystki, która pisać już nie chce. Ma dosyć.

Wielu rzeczy ma dosyć. Starannie decyduje się na to, co jeszcze daje jej satysfakcję. Teatr daje ją na pewno. Ale inne rzeczy już nie. Na pewno nie polityka. Na pewno nie w Polsce ad 2023.

***

Pisanie Krystyny Jandy, niekiedy prawdziwe perełki formy felietonowej, obserwacja ludzi i świata. I człowieka w świecie. Kogoś bliskiego.

Pięknie wita, jeszcze piękniej żegna. Zamiast bogatej metaforyki, dbałości o styl i ornamentykę wypowiedzi,  prawda o odchodzącym koledze aktorze, koleżance aktorce. O wspólnych latach. Bez wielu tytułów i dat, za to z pełnym empatii zrozumieniem dla tajemnicy wyjątkowości. Dlaczego portretowana, dlaczego portretowany, byli właśnie wyjątkowi? I na czym polegała ich wyjątkowość, w większym stopniu ludzka niż zawodowa.

Profesja, wiadomo, owacje, nagrody, a czasami całe lata milczenia, zawodowych pauz, wyczekiwania, i wtedy życie staje się ważniejsze. Życie się toczy, przetacza, przelewa, zawłaszcza chwilowo zawód, pozwalając łaskawie, żeby niekiedy wrócił falą, wrócił furią.

Ale Krystyna Janda, wspominając najważniejszych dla niej ludzi, jak Andrzeja Wajdę czy – z drugiej strony – niezrównaną opiekunkę domową, Honoratę, pisze o ludzkim charakterze. To bowiem charakter buduje osobowość. Charakter staje się z czasem niedościgłym wzorcem do naśladowania, albo krępującą przestrzenią dla milczenia, niedowierzania, niezgody.

Portrety wspomnieniowe Krystyny Jandy są odmienne niż jej teksty i obserwacje społeczne. Pisze niemal wyłącznie o tych, których lubi, szanuje, podziwia. O dobrych duchach fundacji, o starych najczęściej aktorach, dla których fundacja, teatry –  „Polonia” i „Och”, stały się przystanią na końcu drogi. Nawet jeżeli nie występowali na scenie, odwiedzali jej teatry, brali udział w wydarzeniach, premierach, opłatkach.

Czytając „Dzienniki” Krystyny Jandy, a wcześniej czytając je na bieżąco w internecie, uczyłem się poniekąd stosunku do starości, do starych, starszych ludzi.

Janda będąc dzisiaj sama – znowu cytując Mirona Białoszewskiego – „w okresie przedstarościowym” (nigdy nie ukrywała swojego wieku, a „My Way” to jej prezent na siedemdziesiąte urodziny), o starszych koleżankach i kolegach pisze wyłącznie czule i z wielką życzliwością. Wiek jest tylko umową. Liczy się zrozumienie dla tego, co nieosiągalne. Dawniej napisalibyśmy: „szacunek dla siwego włosa”. Było coś takiego, co dzisiaj, młodym zwłaszcza, wydaje się idiotyzmem, tym bardziej że ten włos często jest zafarbowany.

A Janda chce siwy włos (ten zafarbowany również) uszanować. W wielu wspomnieniach  pośmiertnych wylicza zasługi i znaczenie dla polskiej kultury, ale pisze przede wszystkim o tym, jakimi portretowani byli ludźmi. Pisze o ludzkim śladzie. O osadzie wspomnień.

O tym, co zostaje. Co w efekcie jest najważniejsze.

***

Półka z książkami z nazwiskiem Krystyny Jandy. Stoją obok siebie. Wywiady-rzeki, rozmowy z Bożeną Janicką i z Katarzyną Montgomery, „Moja droga B” – listy do przyjaciółki, Bożenny Biskupskiej, tom felietonów „Różowe tabletki na uspokojenie”, dzienniki pomieszczone w tomach „www.małpa.pl” oraz „www.małpa2.pl”, zapis rozmów „Moje rozmowy z dziećmi”, biografia „Zawodowiec kameleon”, pełna wersja „Dzienników”, czyli wydane w kilku tomach zapiski Krystyny Jandy z lat 2000-2006.

Sporo tego, a  nie jestem pewien, czy to już wszystko. Wierzę, że Krystyna Janda jeszcze nam o sobie pisarsko przypomni. Może dramatem? Może powieścią? Albo – uważam że byłby to świetny pomysł – tomem wspomnień o starych aktorach. Bo nikt, tak jak ona, nie potrafi o aktorach opowiadać.

Czekam na pisarstwo Krystyny Jandy inaczej niż na jej role filmowe czy teatralne. To zupełnie inny rodzaj oczekiwań. W teatrze ikona, siła kobiet i potęga. W pisaniu: malinowa herbata, papieros, czasem pet, psy i koty w Milanówku, i dzieci, i mama, i Edward, i życie, i złość na życie, że takie stało się w końcu dokuczliwe, i radość, że udało się je nam opowiedzieć tak, jak na to zasługiwało. Z wielkim śmiechem  i wcale nie mniejszą troską.

Wybierzcie, co wam pasuje.

Łukasz Maciejewski

07
Październik
2023
09:24

Marii i Marka - wszystkiego dobrego

Krystyna Janda: mam depresję narodową

Magdalena Rigamonti
04
Październik
2023
09:27

Rozalii i Franciszka - wszystkiego dobrego

OSTATNIA PROSTA DO WYBORÓW. To jest tym razem naprawdę walka o wszystko. Podobno najważniejsze , żeby uaktywnić KOBIETY. Moje zdziwienie, że trzeba je uaktywniać, nie ma granic. Przecież ta władza, boleśnie uderza właśnie w kobiety przede wszystkim. No nic, czekamy na 15 października z niepokojem i nadzieją na przebudzenie. Oby…

Ja ze złamaną noga , to zupełnie nowe istnienie. Wycofana z zabawy w życie, nie umiem się odnaleźć, staram się ale kuleję duchowo jak i fizycznie. Podobno do pewnego powrotu formy daleko, nawet po zdjęciu obowiązkowej w tej chwili ortezy. Po 1 listopada mam zacząć niby żyć na nowo aktywnie, wracam do grania i codziennych obowiązków w pełnym zakresie. Zobaczymy. Ciągle boli i spędzam z tego zupełnie już teraz nieprzespane noce.

Czytam, czytam, czytam. To moja jedyna pociecha. Pamiętniki, literatura związana z kobietami,  wróciłam do Erici Jang, (choć i ona dziś anachroniczna, tyle się zmieniło w naszych głowach). Czytam sztuki teatralne, no cóż, nie wile się nadaje do grania, choć na nasze możliwości zrobienia sześciu premier rocznie i tak tytułów godnych produkcji jest więcej. Ale to „las” do przeczesywania. Do końca roku jeszcze dwie premiery ” Władca much” Och-Teatrze i ” Na rauszu” w Teatrze Polonia, obie rzeczy bardzo interesujące. Po niewątpliwie wspaniale zrealizowanymi ” Na pierwsze rzut oka” z naprawdę wybitną rolą mojej córki i po ostatnim ” Pogo” ze wspaniałym do zdumienia Marcinem Hycnarem, poprzeczka poszybowała wysoko, mam nadzieję , że i te nowe premiery na które czekamy będą tak udane. W przyszłym roku 2024 zaplanowaliśmy jak zwykle sześć premier, a to także rok jubileuszy, Jerzego Stuhra, który ma się żegnać z widownią „Geniuszem” pana Słobodzianka, potem „Ciemny grylaż” wspaniały tekst sprzed lat Stanisława Tyma, nowy tekst Szymona Majewskiego, jeszcze nie skończony , no i jubileusz Janka Peszka który będziemy święcić przedstawieniem według tekstu Jarosława Mikołajewskiego ” Sztuka wywiadu”, w Och-Teatrze „Czułe słówka” i  „Amatorki” Jelinek…będzie się działo. Zobaczymy co to będzie za czas, w jakiej rzeczywistości. Wszystko zależy od tego 15 października.

Słuchamy wszyscy ( wszyscy myślę mĻj krąg znajomych i przyjaciół) na Youtoubie, wykładu inauguracyjnego nowy rok akademicki w SGGW, wykładu profesora Andrzeja Krakowskiego i zachwycamy się. Każdy powinien tego wysłuchać, szczególnie młodzież.

Dziś pierwsza próba czytana ” Na rauszu” w Teatrze Polonia, pójdę posłuchać z przyjemnością a Państwu życzę dobrego dnia.

28
Wrzesień
2023
12:31

Marka i Wacława - wszystkiego dobrego

tak, tydzień temu złamałam nogę, w jak się okazało dość skomplikowany sposób. Kości śródstopia z lekkim przemieszczeniem. Bez konieczności operacji ale to zostanie ocenione w poniedziałek, po kolejnej konsultacji. Zostały odwołane wszystkie moje czy ze mną przedstawienia, jedyne co mogę grać to MY WAY na siedząco. Te spektakle teraz, to jedyna moja pociecha, poza tym nieruchomość to najlepsze lekarstwo w tej chwili.
siedzę patrzę w jesienny ogród, czytam, planuję a przede wszystkim czekam na 15 października na wynik wyborów, jak wszyscy.
pozdrawiam i wszystkiego dobrego. Uważajcie Mili na siebie, mój wypadek to pośpiech i nieuwaga.

Wpis na FB pani MAŁGORZATY NATALII

Są takie momenty, kiedy słowa stają się za ciasne, żeby za ich pomocą wyrazić czy opisać jakieś zdarzenie.
27/09/2023, w środę, w Teatrze Polonia, w zastępstwie odwołanych „Alei zasłużonych” do repertuaru dołącza dodatkowy spektakl „My way”. Wiemy już, że Pani Krystyna uległa kontuzji nogi, ale podejmuje decyzję, by kontynuować wieczory ze swoim monologiem w roli głównej w całej Polsce. W scenografii pojawia się dodatkowy element – krzesło. Patrzę na to stojące, puste krzesło i trzęsę się jak galareta. Wcześniej go nie było a teraz jest i wiem co oznacza. To krzesło boli… Pani Krystyna wchodzi na scenę samodzielnie, powolutku dociera do swojego krzesła. I zaczyna na tym krześle „rozrabiać” tak, że znikają i problemy z nogą jak i wszystkie inne. Na chwilę znikają. I ten wieczór staje się dziwnie inny, przez co wyjątkowy. Łączy nas jakieś spoiwo, jakaś jedność, czuć ją na sali, wokół, nagle jest tak kameralnie, tak intymnie i spokojnie jak nigdy wcześniej na tej sali. Nawet w naszym śmiechu jest coś subtelnego i delikatnego. Coś takiego się wydarza, otwiera, czego nie da się opisać nie będąc częścią tego doświadczenia. Publiczność odpowiada tym samym językiem, wspiera, rozumie znaczenie ważnych słów. Siedząca obok mnie starsza Pani na dźwięk muzyki układa ręce w koszyczek, podsuwa je pod brodę i delektuje się zakończeniem. Jeszcze przed wejściem na widownię doczytuję kilka zdań z dziennika Pani Krystyny i trafiam na takie pod datą 21 kwietnia 2003: „Patrzenie w przyszłość stało się przyjemne, od kiedy już minęło mi młodzieńcze napięcie, a zastąpiła go radość z pracy i życia. Jaka to ulga być dorosłym, a raczej dojrzałym”. I ta radość, ta ulga, ta dojrzałość dokładnie się zjawiła i udzielila. Poniosła, udźwignęła rzeczy, których nie da objąć jedynie logicznym myśleniem. Udowodniliśmy wspólnie, że teatr jest i znaczy dla nas dziś już coś więcej i nie kończy się po opadnięciu kurtyny i zgaszeniu świateł.
Pani Krystyno, dziękuję dzielna Calineczko, niech do czasu wyzdrowienia ta dzielna moc niesie Panią lekko na skrzydłach po całej Polsce
Teatr Polonia, Kinga Smolińska, Krzysztof Wołyniec – dziękuję za piękne zaopiekowanie się Panią Krystyną
Widzowie owego spotkania – byliście piękni. Pozostawcie, proszę od siebie Pani Krystynie miłe słowo, wyślijcie serduszko, światełko, pokażcie, że jesteście, wesprzyjcie, podziękujcie. Każdy z tych gestów będzie ważny i potrzebny.
Krystyna Janda
TEATR POLONIA

16
Sierpień
2023
06:56

Rocha i Joachima - wszystkiego dobrego

Pozwalam sobie zamieścić i tutaj. Pan Sylwester Kostecki:

Wczoraj byłem w nowym Teatrze Polskim w Szczecinie na fenomenalnym spektaklu Krystyny Jandy „My way”.
Ok. 2 godz. tzw. monologu, ale to nie był monolog, to był cały TEATR.
Serce, dusza, emocje, radość i wzruszenie, narodziny i śmierć, śmiech i łzy – całe życie jak na dłoni. Ani chwili nie odpuściła widowni. Cała widownia (po raz czwarty w ciągu dwóch dni pełniutka) od pierwszych słów „chwycona za twarz” i nie odpuszczona nawet na moment.
Wielka SZTUKA, wielka AKTORKA, piękny CZŁOWIEK.
W nocy śnił mi się jakby ciąg dalszy.
Do tej chwili jestem pod wrażeniem, nie mogę przestać o tym myśleć.
Chce mi się krzyczeć jak najgłośniej:
Krystyna Janda – KOCHAM CIĘ !!!
❤️❤️❤️🥰❤️❤️❤️
(fot. Internet)

13
Sierpień
2023
09:18

Hipolita i Diany - wszystkiego dobrego

Jestem w Szczecinie, gram MY WAY w nowo otwartym po przebudowie, wspaniałym Teatrze Polskim, 4 spektakle w dwa dni, jestem zmęczona, schodzę ze sceny nieżywa. Czy to już tak będzie?

13
Lipiec
2023
15:43

Ernesta i Małgorzaty - wszystkiego dobrego

Oto panna Kociołek. Kociołek jest w żałobie od 19 czerwca 2023 roku, kiedy umarła jej pani, chociaż określenie „czyjaś pani” do Marii Bojarskiej nie pasuje, raczej przyjaciółka czy opiekunka. Już ponad miesiąc smutna Kociołek nie rusza się prawie, siedzi zamyślona, boi się każdego szelestu, ale wydaje mi się, że z dnia na dzień, nabiera bardzo filozoficznej postawy, do świata i otoczenia. Tym otoczeniem jestem ja i moje trzy koty. Psy do niej nie zaglądają, ale ona pewnie wie, że gdzieś w pobliżu są też one. Kociołek ma 10 lat i nigdy nie wychodziła z warszawskiego mieszkania Marii. Była kotką Marii, po Jej śmierci zamieszkała w Milanówku. Oddałam jej pokój i chronię jej samotność. Dotąd z tego pokoju nie wyszła. Otacza ją smutek czy melancholia, rozumiem ją.

Siostry Bojarskie, Anna I Maria przed laty napisały scenariusz do serialu Modrzejewska. Spotykałyśmy się wtedy i potem często. Byłam sąsiadką Jana Łomnickiego, reżysera serialu, brata Tadeusza Łomnickiego męża Marii. Tadeusz i Siostry B. odwiedzali nasz zakątek Warszawy często, opowieściom, żartom, przytykom i złośliwościom z wielką miłością, szacunkiem i sympatią w tle, nie było końca. Siostry się nie rozstawały, jak mówił Tadeusz -są nierozłączne do tego stopnia, że pewnego dnia wpadły razem pod autobus na trasie W-Z, a ja nie wiem czy jestem mężem jednej czy dwóch.

Anna była pisarką o burzliwym życiorysie, marzyłam kiedyś i przygotowywałam się do zrobienia filmu, a potem teatru TV, z Jej książki „JA”. Nie pozwolono mi na to. Maria była teatrolożką i pisarką, autorką świetnej książki o Mieczysławie Ćwiklińskiej i uwielbianej przeze mnie książki „Król Lir nie żyje” napisanej po śmierci męża, Tadeusza Łomnickiego. Była często gościem naszych premier w Teatrze Polonia. Zmarła niespodziewanie.

Była taka noc, zadzwoniła Anna z Paryża, rozmawiałyśmy, w trakcie rozmowy nagle zrozumiałam, że zamierza popełnić tej nocy samobójstwo, zadzwoniłam do Marii, która była tak jak ja w Warszawie. Maria zadzwoniła dalej. Wysłała kogoś nocą do Anny w Paryżu. Potem usłyszałam – uratowałaś jej życie. Nie wiem. Wszystko to było wtedy, tak skomplikowane.

Dziś nie ma obu Sióstr B. (jest książka, autorstwa obu, pod tym tytułem) Kobiet niezwykłych, intrygujących. Kiedy myślę o nich obu widzę drżenie i słabość a jednocześnie odwagę i moc. Co mogę zrobić oprócz pamięci, zaopiekować się 10 – letnią kotką – żałobnicą. Podobno o trudnym charakterze.

…Panno Kociołek, wracam z pogrzebu twojej Marii, żałuj, że cię tam nie było. Było niezwykle. Pięknie i oryginalnie. W trakcie pożegnania rozpętała się nad cmentarzem afrykańska burza z piorunami. Przyjaciele mówili piękne, czułe słowa, przypominano zdania i czytano fragmenty twórczości. Maria – kto ma odwagę nosić to imię? Jestem jednoosobową odmiennością – mówiła. Każdy jest jednoosobową odmiennością. Panno Kociołek, była muzyka, wybrana przez samą Marię na okoliczność ewentualnego pogrzebu, w końcu zaniesiono Jej prochy do grobu, tak jak przed laty prochy Jej męża, w akompaniamencie tej samej piosenki „Dance Me” Cohena. Złożono prochy w grobie obok niego, w strugach gorącego deszczu. Są razem. Spokojni.

Panno Kociołek, jak długo będzie trwała twoja żałoba i lęk? Wyjdziesz kiedyś z tego pokoju? Twoja nowa przyjaciółka.

02
Lipiec
2023
23:36

Marii i Urbana - wszystkiego dobrego

30 lat reżyserowania! Przypomnieli mi dzisiaj pracownicy naszej fundacji o tej rocznicy. Dokładnie 2 lipca 1993 roku odbyła się w Teatrze Powszechnym premiera spektaklu ” Na szkle malowane”, mój debiut reżyserski. Od tego czasu 43 reżyserie teatralne, 15 reżyserii dla Teatru Telewizji , 2 opery, 2 seriale i 1 film fabularny. 30 lat, w tym dla naszej fundacji, Teatru Polonia i Och-Teatru, przez 19 lat istnienia – 36 reżyserii. Wzruszyłam się dzisiaj. Dziękuję.

01
Maj
2023
10:12

Józefa i Filipa - wszystkiego dobrego

Wczoraj widziałam 1 próbę generalną #GŁOWA W PIASEK w Teatrze Polonia. Będzie dobrze. Spektakl przyjacielski, rodzaj rozmowy z widzami, bez pouczania i nienachalnie o aktualnych problemach, opowieść o 3 kobietach i przyjemność z oglądania świetnych aktorek. Spektakl bardzo potrzebny w naszym repertuarze.
dziś znów #POMOC DOMOWA w majówkę, wiele radości, teatr pełny do ostatnich miejsc, choć wiele osób wyjechało z miasta.
idę na spacer z psami, posadzę ostrokrzewy, przeczytam jedną nową sztukę  i zapatrzę się w rozwijające się zielone liście. Miły 1 maja w samotności.

30
Kwiecień
2023
11:01

Mariana i Katarzyny - wszystkiego dobrego

Gramy cały weekend majowy POMOC DOMOWĄ w Och-Teatrze. Dziś wieczorem, po popołudniówce w Ochu, oglądam pierwszą próbę generalną GŁOWY W PIASEK w Teatrze Polonia.
Jestem ciekawa ale i spokojna, widziałam jedną z prób jakiś czas temu. Moja córka reżyseruje, trzymam kciuki- jak się banalnie określa życzenia powodzenia. 3 maja premiera.
Zimno, wszyscy gdzieś wyjechali, niby odpoczywają. Mam nadzieję, że 4 maja zjawią się na marszu organizowanym przez pana Donalda Tuska.
Czytam, robię adaptację, siedzę w ogrodzie, tęsknię za ptakami, których ani na lekarstwo.
W Internecie wspomnienia, czytam z zainteresowaniem. Dobrego dnia.https://m.facebook.com/groups/912617635825576/permalink/1671309073289758/

PS Widziałam film WSZYSTKO WSZĘDZIE NARAZ. Zmęczył mnie, na koniec banalna sentymentalna scena z oczywistościami, żeby pogłębić? Usprawiedliwić? Nadać sens? Cała akcja to historia dziejąca się podczas rozliczania podatków, pani od podatków- najlepsza rola. Koszmar. Polecę ten film mojemu księgowemu.

11
Kwiecień
2023
14:49

Leona i Filipa - wszystkiego dobrego

PORTRETY

KRYSTYNA JANDA. SCHODY DO NIEBA

10.04.2023 | 19 MINUT CZYTANIA | 51 ODSŁON

O Krystynie Jandzie pisać jest  trudniej. Stała się punktem odniesienia, wzorcem z Sèvres aktorstwa i postawy, ukochaną ikoną i jedną z najbardziej znienawidzonych osób publicznych. I to wszystko przebiega w jej przypadku w zasadzie bezkolizyjnie. Jest jedyna. Nie ma i nie będzie drugiej takiej Jandy.

Krystyna Janda, rys. Michał Marek
Krystyna Janda, rys. Michał Marek

Pazerna i pracowita 

Dziesiątki, setki już ról. „W aktorstwie Jandy jest mistrzowska mieszanina naturalności i sztuczności” – pisała Agnieszka Osiecka. Jest dzisiaj jedyną w Polsce gwiazdą w starym stylu. Ma oddanych wielbicieli, własny teatr, silną osobowość. Osiągnęła ten status nie poprzez skandale czy nachalną autopromocję, tylko dzięki kreacjom teatralnym, telewizyjnym i filmowym.

Określenie aktorka w przypadku Krystyny Jandy od wielu lat przestało być zresztą wystarczające. Występuje na scenie, w kinie i telewizji, reżyseruje, śpiewa, pisze felietony, zabiera głos. Opublikowała kilka książek, wydała sześć płyt.

Jest spełnioną kobietą sukcesu, laureatką większości teatralnych i filmowych wyróżnień w Polsce, oraz najbardziej prestiżowych nagród międzynarodowych: Złotej Palmy na festiwalu w Cannes za rolę w filmie „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, Srebrnej Muszli w San Sebastian za kreację w „Zwolnionych z życia” Waldemara Krzystka czy nagrody aktorskiej na festiwalu w Montrealu za rolę w niemieckim filmie „Laputa”.

Niegdysiejsza gwiazda Teatru Powszechnego, od lat sama decyduje, w czym zagra, albo którą sztukę wyreżyseruje. Na przedstawienia w prowadzonych przez nią scenach – „Polonia” oraz „Och-Teatrze” trudno dostać bilety, a największą frekwencją cieszą się oczywiście spektakle z udziałem Krystyny Jandy, od nieśmiertelnej „Shirley Valentine”, poprzez „Boską!” i „Białą bluzkę”, po najnowszy, artystyczny i komercyjny sukces aktorki, monodram „My Way”. A przecież jako dyrektorka obu scen nie zaniża poziomu do typowej komercji. W „Ochu” i „Polonii” grany był zarówno nieśmiertelny „Mayday”, jak i sztuki Gorkiego, Czechowa, Witkacego.

Stosunek Krystyny Jandy do widza najpełniej przejawia się w postawie aktorki. Z powodzeniem mogłaby cieszyć się uznaniem publiczności w Warszawie, ale podobnie jak jej wybitni poprzednicy – Modrzejewska, Zelwerowicz czy Solski, jest artystką wędrowną, ciągle w trasie, z miasta do miasta, ponieważ tak rozumie powinność aktora. Trzeba docierać do miejsc, gdzie czekają widzowie.

Na temat fenomenu Jandy powstają prace magisterskie i rozprawy doktorskie, a o jej wyjątkowym przypadku rozpisują się dziennikarze i kulturoznawcy. Jej artystyczna biografia jest tak bogata i urozmaicona, że z łatwością można by nią obdzielić co najmniej kilkoro pierwszoligowych aktorów. Ponad osiemdziesiąt ról zagranych w teatrze, ponad pięćdziesiąt w Teatrze Telewizji, tyle samo w kinie: „Człowiek z marmuru”, „Człowiek z żelaza”, „Bez znieczulenia”, „Dyrygent” i „Tatarak” Andrzeja Wajdy, „Kochankowie mojej mamy” Radosława Piwowarskiego, „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, „Golem” i „Wojna światów – następne stulecie” Piotra Szulkina, „Granica” Jana Rybkowskiego, „Der Grüne Vogel” (Zielony ptak) i „Mefisto” Istvána Szabó, „Espion, leve-toi” (Szpiegu, wróć) Yves’a Boisseta, „W zawieszeniu” i „Zwolnieni z życia” Waldemara Krzystka, „Stan posiadania” Krzysztofa Zanussiego, „Dekalog” Krzysztofa Kieślowskiego, „Parę osób, mały czas” Andrzeja Barańskiego, „Rewers” Borysa Lankosza, „Słodki koniec dnia” Jacka Borcucha.

Teatr. Moja droga

Krystyna Janda w teatrze zadebiutowała 25 kwietnia 1976 roku w roli Fredrowskiej Anieli w „Ślubach panieńskich”. Reżyserował jej profesor, Jan Świderski, Gustawa zagrał ówczesny mąż aktorki – Andrzej Seweryn.

Miesiąc później, 26 maja, odbyła się kolejna premiera z jej udziałem – tym razem w Teatrze Małym Andrzej Łapicki wyreżyserował „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Zagrała rolę tytułową.

„Po kilku dziewczęcych rolach, o których krytycy pisali, że brawurowe, a sama artystka konsekwentnie skreśliła je ze swych wspomnień (Jenny w „Operze za trzy grosze” Brechta, Maud w „Dziewięćdziesiątym trzecim” Przybyszewskiej), postanowiła grać w teatrze jedynie to, co prawdziwie interesujące. Oczywiście dla niej. Większość artystów o tym marzy, ona to zrealizowała”– pisał Lech Piotrowski w „Leksykonie aktorów polskich”. I dodawał: – „W teatrze określiła się Janda jako programowa sufrażystka, zajęta na scenie przede wszystkim sprawą kobiet. Przez dłuższy czas pojawiała się z reguły w sztukach małoobsadowych, najchętniej w monodramach. „Edukacja Rity” Russella, „Z życia glist” Enquista, „Biała bluzka” Osieckiej, „Shirley Valentine” Russella, „Śmierć i dziewczyna” Dorfmana, „Kobieta zawiedziona” Beauvoir. Zespala te wszystkie teksty, pisane w różnych konwencjach i stylistykach, wspólnota tematu: to niekończąca się rozmowa o kondycji kobiety współczesnej, o jej tragediach, smutkach i życiu codziennym. Rozmowa przeprowadzona przez aktorkę przy zastosowaniu środków tak prostych, że zacierających granice pomiędzy sztuką a prawdą”.

W książce „Aktorki. Portrety” Janda wspominała: „W Teatrze Ateneum żyliśmy jeszcze wspomnieniem przedwojennego teatru. Dyrektor Warmiński pielęgnował tradycje Woszczerowicza: aktorstwo techniczne, dobre rzemiosło. W Teatrze Powszechnym już tego nie było, to była inna grupa aktorów, przede wszystkim młodych ludzi, inna też była temperatura, mniej to było koturnowe, akademickie. Kiedy trafiłam do Powszechnego, pracował tam Bronisław Pawlik, Franciszek Pieczka był najstarszy, ale prawie cała reszta to byli moi rówieśnicy. Na początku to nie był zespół gwiazdorski. „Ateneum” było gwiazdorskie, „Powszechny” nie, dopóki – za przeproszeniem – ja tam nie przyszłam. I Janusz Gajos. Mówię to również w znaczeniu negatywnym. Ale dopiero kiedy tam trafiliśmy, publiczność zrobiła z nas gwiazdy. To nie my uczyniliśmy się gwiazdami, publiczność nas wyniosła”.

Helena Modrzejewska, Danuta Wałęsowa, wzorowana na Marianne Faithfull Evelyn w telewizyjnej sztuce „Okruchy czułości”, Marlena Dietrich, Maria Callas, Monika w „Kobiecie zawiedzionej” Simone de Beauvoir, Shirley Valentine, Florence Foster Jenkins w „Boskiej!”– tyle kobiecych typów, tyle temperamentów. I tylko jeden wspólny mianownik – są to zawsze portrety fascynujące.

Janda: „Nie wiem, dlaczego wybieram tę albo inną postać. Nagle po prostu czuję, że mam coś do zagrania. Tak było na przykład ze spektaklem „Ucho, gardło, nóż”. Ja? Mam zagrać tego potwora, tę babę szaloną? Najpierw poznałam autorkę Vedranę Rudan, która siedziała w moim gabinecie, a ja nie mogłam z nią wytrzymać trzech minut, choć jednocześnie mnie fascynowała. Taki paradoks. Była okropna i wspaniała. Wiedziałam, że muszę zagrać Vedranę tak, żeby widzowie naprawdę się przejęli jej historią, wojną bałkańską, losem kobiet. Tak powstała Tonka Babić– jedna z najmocniejszych postaci, jakie zagrałam. Jest jak Matka Courage, prawda i brutalność. Podczas spektaklu non stop mówiłam „kurwa”, ale publiczności to nie przerażało.  (…) Są postaci mądrzejsze ode mnie albo głupsze. Szambelanowa w „Jowialskim” jest głupsza niewątpliwie, Florence w „Boskiej!” też. Część moich bohaterek jest obdarzona inteligencją, ale tylko życiową. Bardzo lubię grać to, co nie jest jednoznaczne. Czasami pomysł na rolę pojawia się mimochodem. Na pierwszych próbach „Boskiej!” byłam dość bezradna. Postać Florence Foster wydawała mi się daleka; niewiele o niej wiadomo – nie ma przekazów, jaka naprawdę była. Trochę zdjęć, płyty. Zastanawiałam się: jak to ubrać w pełnokrwistą rolę? Wymyśliłam, że będę miała monstrualny tyłek. Powiedziałam reżyserowi, Andrzejowi Domalikowi: „Słuchaj, musisz mi pozwolić na tę dupę, to dla mnie ważne, rodzaj podpórki”. I on to zrozumiał”.

Ochy i achy – „Och” i „Polonia” 

Pomysł na założenie prywatnego teatru narodził się nagle. W książce „Aktorki. Portrety” wspominała: „Przyjechaliśmy z polską delegacją do Brazylii. Spotkałam się z trzema tamtejszymi wielkimi aktorkami. Pytają mnie: »A ty masz swój teatr?«. Odpowiadam: »Ja? Teatr? Nie mam«. »A dlaczego? My mamy, wszystkie trzy«. Znały mnie z filmów Wajdy, przyszły zobaczyć koleżankę z innego kraju. Grałam wtedy w spektaklu, w którym miałam niemą rolę. Mówią: »Czyś ty zwariowała, taka rola, takie byle co? My byśmy w życiu takiej roli nie przyjęły. W życiu byśmy się na to nie zgodziły«. Odpowiadam: »Rozumiem, ale ja jestem zatrudniona w państwowym teatrze, to jest mój obowiązek«. »No to załóż sobie teatr«, usłyszałam. Co więcej, jedna z nich pokazała mi swój teatr. To mnie zdumiało. I właśnie wtedy, w Brazylii, po raz pierwszy zaczęła mi kiełkować myśl, że kto wie, może warto by kiedyś rzeczywiście spróbować. No, ale różne rzeczy przychodzą nam do głowy. Wróciłam z Brazylii i nie zrobiłam nic w tym kierunku. Do założenia teatru zmusiły mnie okoliczności. Odeszłam z Teatru Powszechnego w kwietniu 2004 roku. Złożyłam wymówienie w styczniu, do kwietnia wielokrotnie grałam wszystko, w czym występowałam. Grałam codziennie, bez dnia przerwy. Żegnałam się z widzami, płacząc. Na ostatnich spektaklach działy się sceny rozdzierające – tłumy ludzi, wspólne szlochanie. A potem przez cały długi rok nie dostałam żadnej propozycji zawodowej, ani jednej – ani od dyrektora teatru, ani od reżysera. Otrzymałam jedynie propozycje reżyserii i rzeczywiście wyreżyserowałam wtedy w Poznaniu „Namiętność”, a w Łodzi „Lekcje stepowania”, ale nie miałam żadnych propozycji aktorskich. Nic, ściana. A już tęskniłam bardzo do grania, postanowiłam więc, że sama wynajmę salę i coś małego zagram. Okazało się, że nie ma sali do wynajęcia, że trzeba ją kupić. Tak się zaczęło”.

Dzisiaj Teatr Polonia i Och-Teatr działają perfekcyjnie, przetrwały pandemię, publiczność przychodzi na spektakle, trudno dostać bilety, ale na sukces Janda musiała solidnie zapracować.

„Miałam chwile wahania – bliki, mgnienia – ale szybko się uspokajałam. Nie, nie, na pewno warto było przejść przez to wszystko. Tyle cudownych rzeczy nas tutaj spotkało, spektakli i prób, przyjaźni, śmiechu, płaczu, niespodzianek. No i przede wszystkim tysiące widzów. Tego nie można zlekceważyć. Dlatego nawet gdyby się to kiedyś zawaliło, i tak było warto”.

Kino. Wajda i reszta

Najważniejszym nazwiskiem w nie tylko filmowej biografii Jandy jest oczywiście Andrzej Wajda. To u niego zagrała w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza”, w „Tataraku”, „Bez znieczulenia”, w etiudzie „Człowiek z nadziei” w cyklu „Solidarność, Solidarność”, w „Dyrygencie”.

Jej Agnieszka w „Człowieku z marmuru” to rola pokoleniowa. Weszła z impetem do polskiego filmu. Trzasnęła drzwiami. I nikogo za to nie przeprosiła. Oglądany po latach „Człowiek z marmuru” niewiele się zestarzał. Dzisiaj to jednak zupełnie inne kino niż w dniu premiery. Feministyczne kino akcji: opowieść o kobiecej sile, która przeciwstawia się całemu światu. Wygrywa.

Aktorka wspominała: „To ja zaproponowałam, że zrobię gest, którym ostatecznie zaczyna się film. Ekipa była skonsternowana, ale Wajda się zgodził. W momencie, gdy zginałam rękę w łokciu i całowałam pięść, wiedziałam już, kim jestem – muszę walczyć sama przeciwko wszystkim”.

Po nakręceniu „Człowieka” reżyser tak tłumaczył oryginalny wybór obsadowy: „Dla mnie najważniejszy był sposób, w jaki paliła papierosa w oczekiwaniu na kamerę i oświetlenie. Nigdy przedtem nie widziałem takiej nerwowości. Zachwycony, zwróciłem jej na to uwagę i poprosiłem o powtórzenie tego przed kamerą. Zrobiła to z wielką precyzją. Było dla mnie jasne, że jest aktorką świadomą”.

Wajda już wtedy wiedział, że za osobowością młodej, znerwicowanej dziewczyny, kryje się wielki talent, za jej gwałtownością – skupienie i warsztatowa pewność. Aktorsko dopiero się rodziła, a charyzmę otrzymała w prezencie od losu. I tylko w kilku scenach, kiedy Agnieszka zapominała o tupecie – mierząc się ze spokojem Birkuta, albo rozmawiając z ojcem (Zdzisław Kozień) – nerwowo palony papieros Jandy wypadał jej z rąk: Agnieszka odzyskiwała spokój. A na naszych oczach rodziła się wielka aktorka.

W 1982 roku zagrała Antoninę Dziwisz w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego – to zdaniem wielu najwybitniejsza kobieca rola w historii polskiego kina. Oficjalna premiera filmu odbyła się w grudniu 1989 roku, siedem lat po zakończeniu zdjęć, już w nowej Polsce i po wyborach czerwcowych. Na festiwalu w Gdyni „Przesłuchanie” otrzymało nagrodę dziennikarzy i publiczności, a następnie nagrodę specjalną jury oraz wyróżnienia aktorskie dla Krystyny Jandy, Janusza Gajosa i Anny Romantowskiej. Bugajski otrzymał również Złote Grono i Don Kichota na festiwalu w Łagowie, Złotą Kaczkę „Filmu”, nagrodę Besef oraz FIPRESCI na festiwalu w Belgradzie i Srebrnego Hugona na festiwalu w Chicago. Ukoronowaniem tych wyróżnień była nagroda dla Krystyny Jandy – najlepszej aktorki MFF w Cannes w 1990 roku.

Janda: „Nagroda w Cannes to dla aktora filmowego jakby szczyt tego, co może osiągnąć, ale z drugiej strony – niczego nie zmienia. Musisz sobie powiedzieć: spokojnie, potem trzeba będzie pracować dalej”.

Ostatnią jej wyjątkową kreacją filmową jest Maria Linde w „Słodkim końcu dnia” w reżyserii Jacka Borcucha z 2018 roku (nagroda aktorska Sundance Film Festival). Zagrała mocną kobietę, postać wpisującą się w artystyczne emploi artystki. Maria Linde czuje się na siłach żeby dać świadectwo swoim przekonaniom. Mówi głośno to, co myśli, nie boi się zarzutów o hipokryzję czy polityczną naiwność. Jest pewną siebie, silną kobietą, laureatką Nagrody Nobla, przerastającą charyzmą cały dom, włącznie z dużo młodszym, egzotycznym kochankiem. Rozziew pomiędzy deklaracjami socjalnymi i politycznymi ferowanymi przez bohaterkę Jandy, a jej prywatnym życiem, wreszcie wysokim casusem społecznym, który uosabia, jest może najciekawszą płaszczyzną tego poruszającego filmu.

My way

„My Way”, wzruszający szlagier Sinatry, wykonywali u nas i Piotr Machalica, i Zbigniew Wodecki, i Jerzy Połomski, Janda w finale spektaklu o sobie, śpiewa to inaczej. Śpiewa o drodze, jej własnej drodze, wyboistej i trudnej, chwilami okrutnej, summa summarumwspaniałej. To również podsumowanie samego spektaklu.

Pretekstem na opowieść o jej życiu jest okrągły jubileusz – siedemdziesiąte urodziny, ale taki spektakl mógłby powstać również za dwa lata, albo osiem lat temu. Dlaczego? Bo akurat ona może sobie na to pozwolić, bez żadnych posądzeń o narcyzm i ekshibicję; może, ponieważ ma w Polsce, czy się komuś podoba, czy nie,  status zarezerwowany dla największych.

To nie jest stand-up, chociaż forma spektaklu jest podobna, jednak w „My Way” mamy precyzyjny, wyrafinowany tekst, klasyczną aktorkę, i człowieka. Mamy Postać. Oglądając, słuchając jej – z zapartym tchem – przywoływałem w pamięci własne spotkanie, ale także dziesiątki anegdot i opowieści usłyszanych na jej temat od aktorów, ludzi z branży, a także wyczytanych w jej zapiskach, notatkach, dziennikach i wywiadach. To są opowieści o sile śmiechu, perlistego śmiechu, sile poczucia humoru załatwiającego cały świat, i wszystkiego co gorzkie.

W finale spektaklu tonacja się zmienia, robi się poważniej. Janda mówi o świecie, który tak ceniła, a którego coraz bardziej się obawia. Wymienia kolejne przerażenia, wojny, i przemoc, wspomina o Polsce z bólem i z trwogą (polityka, ku zaskoczeniu niektórych, to jednak w tym przedstawieniu nieledwie margines). Umiera świat, który znała i kochała, znikają ludzie, o których nam opowiedziała. Nie ma Andrzeja Wajdy, Piotra Machalicy, Edwarda Kłosińskiego, tylu innych. Ona jest, wciąż jest: silna i odpowiedzialna, wie, że musi przetrwać wszystko, bo my, jej widzowie, czekamy na to. Na gwiazdę. Osiecka w „Rozmowach w tańcu”, pisząc o przyjaciółce, notowała: „Trzeba mieć świetne nogi i przekonanie o własnej niezwykłości”. To właśnie Janda.

Łukasz Maciejewski

*W tekście wykorzystałem fragmenty poświęconego Krystynie Jandzie eseju z mojej książki „Aktorki. Portrety” oraz  recenzji ze spektaklu „My Way”.

28
Marzec
2023
10:20

Anieli i Sykstusa - wszystkiego dobrego

 

wywiad do WPROST z panią Burzyńską


Czy Pani
się stresuje, wychodząc z monologiem „My way” do publiczności? Czy to jest tak, że stres, jakieś zawstydzenie czy wstyd albo niepewność konstytuująaktora czy to się zmienia na przestrzeni lat i doświadczeń?

 

Przepraszam ale to dziwne pytanie, jestem prawie 50 lat na scenie, przezywam stres jak każdy aktor, wieczór z „My Way’nie jest wyjątkiem, chodź na wyjątek wygląda, bo jest opowieścią o mnie samej, ale jest to spektakl z napisanym tekstem, nie improwizowany, jak każdy inny spektakl czy rola. Wstydzić się treści, nie mam powodu, zawsze chciałam te wszystkie historie opowiedzieć i o tych ludziach wspomnieć, jestem dumna ze swojego życia. Lubię te wieczory. Są one trochę w toutes proporcion gardees, amerykańskim stylu, widziałam takich wieczorów kilka w Las Vegas swojego czasu, artyści w formie nie stad-up ale właśnie monologu napisanego i precyzyjnie powtarzanego każdego wieczoru, opowiadali o sobie. Słowo wstyd, którego Pani używa, jest w stosunku do naszego zawodu adekwatne, tylko w wypadkach, kiedy aktor jest zmuszany do działań scenicznych wbrew własnej prywatności czy nawet intymności, gustowi czy poglądom, a to tu nie ma zastosowania.

 

 

W monologu mówi Pani, że nie poniosła w swoim życiu żadnych porażek. Jest Pani szczęściarą; nie znam nikogo takiego. Na płaszczyźnie zawodowej ani prywatnej nie uznaje Pani niczego za niepowodzenie?

 

Odnosi się to na scenie ściśle do moich spraw zawodowych, nigdy nie było katastrofy. O swoich prywatnych porażkach, nie mam zamiaru publicznie opowiadać, kilka razy żartuję z nich, a w zasadzie żartuję ze swoich słabości, śmieszności i charakteru cały czas podczas tych wieczorów.

 

Przyznaje jednak Pani, że aktorstwo to zawód upokarzający. Doświadczyła Pani takich momentów? Czy ten zawód bardziej nie upokarza kobiet?

 

Bywa tak i to widziałam, mnie nigdy nie dotknęło. Nawet najmniejsze upokorzenie. To co obserwowałam czasem, najczęściej dotyczyło braku talentu artysty z jeden lub drugiej strony, lub niezrozumienia intencji reżysera, a to się zdarza. Zawsze powtarzam moim reżyserom, nie ma takiej sceny, filmu czy projektu, który upoważniałby do upokorzenia człowieka, nie ma. Zabrałam na te temat zdanie wielokrotnie, między innymi jako szefowa naszych scen.

 

Kiedy działy się ważne lub bolesne wydarzenia w życiu Pani rodziny, najczęściej była Pani na scenie, m.in. dlatego uważa Pani, że aktorstwo to udręka i ekstaza?

 

Nie, nie dlatego. Mówiłam o naturze zawodu, o niczym innym. I długo by wyjaśniać. Nazywanie dokładne tego zresztą byłoby błędem. Kocham ten zawód, w jakimś sensie jest to sprzedawanie uczuć i prywatności, niesie ze sobą stres i wymaga użycia własnych, osobistych doświadczeń i emocji. To chyba zrozumiałe.

 

Powiedziała Pani, że zrobiła ten monolog, bo mogła. Co jeszcze robi Pani tylko dlatego, że może?

 

To oczywiście żart, który rozumie publiczność natychmiast i nagradza brawami. Jestem szefową tych teatrów, stworzyłam fundację, poświeciłam i ja i moja rodzina jej wszystko i materialnie, i duchowo, oddałam temu projektowi wszystko co miałam, także swojej pozycji zawodowej, dlatego zrobienie sobie prezentu na 70 urodziny uważam za naturalne. A jednocześnie są to wieczory, na których nasza fundacja zarabia niezłe pieniądze, robimy za nie projekty trudniejsze. Nie muszę mówić, że prowadzenie dwóch teatrów w tak trudnej sytuacji, teatrów bez stałej dotacji i przeprowadzenie tego gigantycznego dziś już przedsiębiorstwa przez najtrudniejszy czas i pandemię, wymaga nie lada sztuki.

 

Jak to możliwe, że przez 2 lata nie mogła Pani grać w Warszawie, nie dawano Pani pracy, więc by grać w teatrze w stolicy, musiała Pani sobie kupić teatr, stworzyć go od zera. To pominięcie to był wynik zawiści, zazdrości, strachu przed Panią- co to było?

 

Niech Pani i czytelnicy sami sobie odpowiedzą, ja nie bardzo mam ochotę.

 

Czy to prawda, że w fundamentach Teatru Polonia tkwi brylant z Pani pierścionka zaręczynowego?

 

Tak wpadł tam kiedyś podczas remontu i nigdy go nie znaleziono. To miłe. Zresztą moja obrączka wpadła kiedyś w szczelinę między deskami scenicznymi w Teatrze Słowackiego w Krakowie, kiedy kręciliśmy Modrzejewską i też nigdy jej nie znaleziono. Jest tam gdzieś.

 

Mówi Pani o sobie matka nienormatywna. Co to oznacza? I czy babcią Pani też jest nienormatywną?

 

Proszę wybaczyć ale rozwijanie żartobliwych skrótów scenicznych mnie męczy, czy to nie jest oczywiste że jestem „nienormatywną” matką, babcią,  kobietą w ogóle?

 

Pół żartem pół serio twierdzi Pani, że starość zaczyna się wtedy, kiedy nie można już założyć rajstop na stojąco, atak zupełnie na serio: kiedy ona się zaczyna według Pani?

 

U każdego w innym momencie, moim zdanie wtedy kiedy ktoś traci ciekawość, chęci  i zaczyna się oszczędzać w każdym aspekcie, także uczuciowym, zaczyna żyć przez zaniechanie. Niektórzy rodzą się starzy.

 

Jan Englert przyznaje, że starość to tracenie pewności siebie. Zgadza się Pani?

 

No, dobrze by było! Bo nie u wszystkich!

 

Według Pani praca jest dużo bardziej interesująca niż zabawa, no chyba, że tą pracą jest sprzątanie albo gotowanie?

 

Nie bardzo mam na takie zajęcia czas, choć żałuję, bo sąmoim zdaniem relaksujące, nie przynoszą problemów i stresów, nie wymagają decyzji, to ulga.

 

Jest Pani pracoholiczką, pasjonatką a może społecznikiem?

 

Niech sobie Pani odpowie. Jestem czym sobie Państwo życzą.

 

„Od momentu, kiedy władza się zmieniła, nie ma żadnej pomocy, a raczej same przeszkody“ tutaj mówi Pani o braku dofinansowań działalności Pani teatru. Jaką więc kulturę obecnie wspiera nasz rząd? Albo: jak dzieli kulturę?

 

Dzieli według własnego „widzi mi się” i wytycznych partii rządzącej. Ja zresztą publicznie nie oceniam, bo mi nie wypada mówić o innych artystach, mówię tylko o sobie, naszej fundacji i co podkreślam mówię o pomocy na projekty artystyczne, nie o pomocy z powodu pandemii, która należała się wszystkim instytucjom. A jaką politykę uprawa nasz rząd, jeśli chodzi o kulturę? Codzienna prasa i skandaliczne newsy przynoszą te wiadomości. Nie wtrącam się w to bo się tym wszystkim brzydzę.

 

Jakiej jest Pani myśli, jeśli idzie o wybory?

 

Jeśli partie opozycyjne się nie zjednoczą i nie wystawią jednej listy, przegramy. Trzeba unieść się ponad partyjne, osobiste ambicje i zacząć myśleć o Polsce. To chwila dla naszej przyszłości bardzo ważna .

 

13 lat temu przeczytałam Pani felieton o tym, czy zasługujemy na mężczyzn swoich marzeń. W tym felietonie odpowiedziała Pani, że nie; że dokonujemy wyborówmężczyzn sobie godnych, do nas podobnych, takich samych jak my. Słuchając Pani opowieści o Pani mężu w „My way, oglądając „Tatarak, znów powtórzę: jest Paniszczęściarą, odnalazła Pani miłość życia, był to mężczyzna Pani marzeń.

 

Nie pamiętam tamtych dawnych moich wypowiedzi, czy przytacza to Pani wiernie? bo wygląda mętnie, ale tak…spotkałam ideał dla mnie i byłam kochana i kochałam, to daje harmonię, szczęcie i spokój, nawet kiedy to już tylko wspomnienia.

 

Mówi Pani, że boi się utraty miłości widowni. Gdyby Paniją straciła, co by się z Panią stało?

 

A nic, chodziłbym z psami na spacer, może wróciła do malowania, pojechałabym gdzieś san dłużej, ale co by było z fundacją? W każdym razie to jest natychmiast weryfikowalne, przestaną kupować bilety na mnie – kończę, jeśli się tak stanie, nie zamierzam sobą męczyć ludzi.

 

W teatrze każda rola umiera wraz z opadnięciem kurtyny?Jeśli to prawda, to myślę sobie, że może dlatego nie lubi się Pani kłaniać?

 

Nie, nie lubię się kłaniać, znowu Pani źle zrozumiała, tylko jak to za długo trwa to mnie to krępuje, mam z tym problem. Ukłony dla publicznością są miłym momentem, ale wyjście trzykrotne wystarczy moim zdaniem. Przyjaźnie się z publicznością, tak to rozumiem, uwielbienie nadmierne mnie peszy.

 

 

 

© Copyright 2024 Krystyna Janda. All rights reserved.