30
Październik
2026
18:10

dziennik 2026-10-30 17:45

zaczyna się promocja naszego Teatru Tv :

Zagrała pani w ponad stu spektaklach Teatru Telewizji, część z nich pani również reżyserowała. Jak ważne miejsce w pani sercu zajmuje Teatr Telewizji? Jak istotnym elementem pani zawodowej drogi jest?

Uwielbiam Teatr Telewizji i to, jakie daje możliwości. Pierwsze spektakle tworzyłam w czasach, kiedy w filmie wielu rzeczy nie dało się jeszcze zrobić, a telewizja dysponowała już oszałamiającymi środkami technicznymi. Doskonale pamiętam sztukę „Porozmawiajmy o życiu i śmierci” sprzed prawie 25 lat, połączyłam trzy warstwy realistyczną w dekoracji, Drogę krzyżową kręconą na greenscreenie i nieba z najsłynniejszych w świecie obrazówreligijnych. Komputery liczyły to wtedy miesiącami, ale się udało. Efekt był tego wart. Zawsze starałam się maksymalnie wykorzystywać możliwości, które daje Teatr Telewizji.

 

W ostatnim czasie na największą scenę świata przeniesione zostały dwa pani monodramy – „Zapiski z wygnania” i „Biała bluzka”, ale przez 15 lat nie zagrała pani w żadnej oryginalnej produkcji Teatru Telewizji. Tęskniła pani?

Bardzo tęskniłam za Teatrem Telewizji. Brakowało mi go. 10 lat temu miałam wyreżyserować w Teatrze Telewizji sztukę Szekpira „Jak wam się podoba”. Niestety, cztery dni przez rozpoczęciem nagrań dostałam telefon z informacją, że spektakl jednak nie powstanie. To była decyzja pana Kurskiego, który chwilę wcześniej został prezesem Telewizji Polskiej. W błoto wyrzucono ogromne pieniądze, które już poszły na scenografię. Przez dwa miesiące uprawialiśmy rzepak na polu, by nakręcić w nim scenę miłosną. Rzepak dojrzał, ale produkcja została zablokowana. To było dla mnie coś niebywałego. Później zrealizowałam ten spektakl w Teatrze Wybrzeże.

 

Jak zareagowała pani na propozycję wyreżyserowania nowego spektaklu w ramach reaktywowanego Teatru Sensacji „Kobra”?

Bardzo entuzjastycznie. Lubię literaturę Joanny Chmielewskiej, zaczytywałam się w niej od dziecka. Wiem też, jaki jest problem z przeniesieniem jej na ekran. Widziałam chyba wszystkie spektakle Teatru Telewizji i filmy, które powstały na podstawie jej prozy. Cały fenomen powieści Chmielewskiej tkwi w języku. Wyzwaniem są też długość i wielowątkowość jej książek. A Teatr Telewizji ma jednak ograniczenia czasowe. Musieliśmy więc zrobić taką adaptację tej powieści, która sprawdzi się w tej formie. Zależało nam przede wszystkim na tym, by zachować atmosferę, którą Chmielewska zapisuje w swoich książkach, a także –nieuczesane poczucie humoru, które jest w jej prozie.

 

Adaptację tej powieści przygotowała pani razem ze swoim synem Andrzejem Kłosińskim. Jak wyglądała wasza współpraca? Jak od kuchni wyglądało tworzenie tej adaptacji?

Myślę, że bez Jędrka nie dałabym sobie rady. W kryminale Chmielewskiej jest tak wiele szczegółów, a do tego – tyle fabularnych niekonsekwencji, że musieliśmy najpierw wyciągnąć z tej książki dialogi, nad każdą postacią pochylić się osobno i uszeregować wszystkie zdarzenia. Dopiero potem siedzieliśmy nad tą układanką. Mój syn uświadomił mi wiele rzeczy. Przekonał mnie, że dużo kwestii możemy pominąć. Dlatego zamiast ośmiu zamachów na życie bohaterów, mamy cztery. Zamiast czterech śmierci, zostawiliśmy tylko jedną. Analityczny umysł Jędrka bardzo nam pomógł. Myślę, że bez jego młodej psychiki, byłoby trudno. Uważnie słuchałam jego uwag i brałam je sobie do serca. On też inaczej niż ja patrzył na „Wszystko czerwone”, bo wcześniej nie znał tej powieści. Była to dla niego zupełna nowość. Dopiero przy okazji pracy nad tym Teatrem Telewizji ją poznał.

 

To chyba wasza pierwsza współpraca w Teatrze Telewizji.

Tak. Wcześniej zrobiliśmy razem „Zapętloną” w Teatrze Polonia. Jędrek przetłumaczył dla mnie tę sztukę i był ze mną na wszystkich próbach. Gdy kręciliśmy „Wszystko czerwone”, cały czas obecny był na planie. Towarzyszył nam w każdej sekundzie. Po raz pierwszy miał szansę z bliska obserwować pracę i moją, i Marysi Seweryn. To była dla mnie absolutnie wielka przyjemność. Mało tego, na bieżąco korygował moje pomyłki, co było dla mnie zbawienne. Na przykład tłumaczył, że ten bohater nie może wejść tymi drzwiami, bo mieszka na górze. Znał tę adaptację lepiej niż ja. Co więcej, poprawiał ją jeszcze w trakcie kręcenia. Gdy Teatr Telewizji ogłosił, że powstanie spektakl na podstawie prozy Joanny Chmielewskiej, ludzie w internecie zaczęli dopytywać o to, czy padną w nim konkretne teksty, czy przeniesione zostaną na ekran konkretne zdarzenia. A my części z nich nie umieściliśmy w adaptacji, bo wydawały nam się mniej istotne. Jędrek to śledził i dopisywał to, o co dopominali się internauci.

 

Od początku wiedziała pani, że zagra pani w tymspektaklu?

Ja w ogóle nie chciałam w tym grać. Uważałam, że jestem za stara. U Chmielewskiej wszyscy bohaterowie są koło trzydziestki, czterdziestki. Ale Zbyszek Dzięgiel z Teatru Telewizji powiedział, że muszę w tym zagrać. Ostatecznie doszłam do wniosku, że w przypadku tej historii wiek bohaterów ma drugorzędne znaczenie, że nie musimy się wcale ograniczać.

 

Łączenie roli reżyserki i aktorki jest dla pani wyzwaniem?

Robię to od lat. Zagrałam w większości spektakli Teatru Telewizji, które reżyserowałam. Jako reżyserka mam tę przewagę, że gdy nie podoba mi się, jak wypadłam, mogę wyciąć te sceny. I w przypadku „Wszystko czerwone” kilka scen i ujęć ze sobą kazałam wywalić. (śmiech)

 

Czym kierowała się pani, kompletując obsadę tego spektaklu? Co sprawiło, że na ekranie widzimy tych, a nie innych aktorów?

Wiedziałam, że muszę stworzyć pewną konstelację bohaterów i wybrać takich aktorów, którzy dobrze oddadzą charaktery postaci wymyślonych przez Chmielewską. Jestem bardzo dumna z zaangażowania do tego spektaklu Ewy Makomaskiej, która nieczęsto pojawia się w telewizji. Pracowałam z nią nad „Domem otwartym” w Teatrze Polskim w Warszawie i wiedziałam, że świetnie będzie pasowała do tej roli. Potrzebowałam konkretnego psychofizycznego typu – płaczliwej, niepozbieranej kobiety, kariatydy. No i, oczywiście, cieszę się, że inspektora zagrał Mirek Kropielnicki. Powiedziałam mu, że nie widzę w tej roli nikogo innego, tylko jego.

 

Grany przez niego bohater mówi w specyficzny sposób – duńsko-polskim językiem.

Mirek dość długo pracował nad tym, by tak mówić. Na szczęście, na planie mieliśmy zabójczo przystojnego duńskiego reżysera filmowego, Petera Sand Magussena, który zgodził się zagrać jednego z policjantów. Z jednej strony był więc naszym konsultantem językowym, a z drugiej – jednym z aktorów.

 

Główną rolę zagrała Maria Seweryn. Od początku czuła pani, że to idealna rola dla niej, że to właśnie ona powinna zagrać Alicję?

Tak. U Chmielewskiej ten duet przyjaciółek – Joanna i Alicja, przewija się przez kilka książek. One rozmawiają ze sobą w dość specyficzny sposób. Pewnych rzeczy nie muszą sobie wyjaśniać, a i tak się doskonale rozumieją. Ja z Marysią mam podobnie, gdy razem gramy. Podobnie myślimy, mamy podobny temperament. Czułam, że dobrze przeniesie się to na ekran.

 

Lubicie ze sobą pracować?

Bardzo. I ja z nią, i ona ze mną. Na planie spektaklu „Wszystko czerwone” dobrze się bawiłyśmy.

 

Są takie chwile z planu tego Teatru Telewizji, które szczególnie pani zapamiętała, które mocno zapisały się w pani pamięci?

Takich momentów było mnóstwo. Chociażby ten, gdy ćwiczyliśmy wybuch, który miał powalić bohatera granego przez Krzyśka Stelmaszyka. To było naprawdę trudne realizacyjne, długo to ćwiczyliśmy pod okiem specjalistów od efektów specjalnych. Mieliśmy przy tym masę śmiechu. Byłam otoczona grupą przyjaciół – nie tylko aktorów, ale też osób odpowiedzialnych za produkcję, dźwięk, scenografię czy kostiumy. Z wieloma z nich pracowałam w Teatrze Telewizji przed laty. Czułam się, jakbym wróciła do domu. Dało mi to dużo radości.

 

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.