dziennik 2026-05-04 07:12
po premierze. Zagraliśmy 4 razy.Bałam się spotkania z „ codzienną” publicznością , bo ta premierowa jest środowiskowa raczej i specjalna. Niekonwencjonalność i odwaga tego tekstu wydawała mi się swoistym egzaminem dla ludzi , obawy się rozwiały, ludzie reagują wspaniale, śmieją się i nagle milkną kiedy temat ich prowadzi. Jestem już z Thulach razem. Ciekawe jak długie życie nas czeka w tym związku.
Jarosław Mikołajewski- Tallulah Janda
„Ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne…” Nie wiem, czy rozumiem to zdanie (pogłos Murakamiego), którym bohaterka „Zapętlonej” Matthew’a Lombardo kończy ostatnią kwestię spektaklu. Co więcej – nie wiem, czy ono w ogóle ma sens. Za każdym razem kiedy tłumaczę z włoskiego słowa „dolore” i „sofferenza”, zastanawiam się nad różnicą pomiędzy bólem i cierpieniem, i w rozterkach wspiera mnie nie tylko wspaniały przekład Haliny Kralowej powieści Carla Emilia Gaddy „La cognizione del dolore” jako „Poznawanie cierpienia”. Nic zresztą nie szkodzi nawet ta możliwość, że sensu w tym nie ma, skoro zdanie ma siłę, wyrazistość, jest jak haczyk zarzucony w pustkę słów bezradnych wobec magmatycznej rzeczywistości życia. Podobnie jak „miłość jest przereklamowana” – inne zdanie, które pozwala odpyskować losowi, rzucić nim w twarz retorycznym wartościom jak rękawiczką. Nie na początek pojedynku, tylko na jego koniec. Nie na wygraną, lecz na odmowę uczestnictwa w walce o przesłania, budującą naukę.
Bohaterką dramatu jest Tallulah Bankhead, o której czytamy w teatralnym programie, w ciekawej i żwawo napisanej opowieści Natalii Jeziorek. Z niego, a zwłaszcza ze sztuki, dowiadujemy się, że Tallulah (1902-1968), o której istnieniu niewielu spośród moich rozmówców przed spektaklem wiedziało, była aktorką i skandalistką. Żyła wśród gwiazd amerykańskiego i brytyjskiego teatru i kina, miała nieodgadnione, choć legendarne relacje z Gary Cooperem, George’em Cukorem, Joan Crawford czy Gretą Garbo, otarła się o rolę Scarlett w „Przeminęło z wiatrem”, dużo talentu mogła przekuć na sukces, wiele straciła przez tzw. trudny (choć raczej nieznośny) charakter i nałogi, wśród których królował alkoholizm.
Reżyserując spektakl, i grając w nim główną rolę, Krystyna Janda dokonała dwojakiego dzieła: wykorzystała spektakularność ekspresji Tallulah (w soczystym, znakomitym tłumaczeniu Andrzeja Kłosińskiego), i odwróciła jej odziaływanie z niszczącego na inicjacyjne. Bo jeśli w pierwszym akcie artystka robi wszystko, żebyśmy nabrali obrzydzenia do swojej bohaterki (nie mojego – mam słabość do skandalistów i trochę im zazdroszczę), w drugim buduje pomnik z jej mądrości i doświadczenia.
Pokrótce: fabułę stanowi próba dogrania ścieżki dźwiękowej do filmu, przy realizacji którego mikrofon otarł się o krzaki i zamiast pełnej kwestii zarejestrował szelest i chrobot. Chodzi o jedno zdanie – długie, ale nie niemożliwe do zapamiętania. I dla bohaterki „Zapętlonej” to jedno, jedyne zdanie, które ma dograć, okazuje się niewykonalne. Niewypowiadalne. A to się myli, to znowu potrzebuje się napić, to znów nie ma torebki czy papierosa. Tymczasem czas nagli. Producent dzwoni, grozi prawnikiem, asystent ryzykuje utratą pracy, dźwiękowiec niecierpliwi się niecierpliwością młodzieńca, dla którego praca to w sumie tylko strata czasu. I oto w drugim akcie asystent, który przez dłuższy czas odgrywa osobnika niewiele więcej niż korporacyjnego, pęka, i staje się kruchym człowiekiem. Zwierza się i sypie. Wyznaje rzeczy, o które go nie podejrzewamy ani my, ani aktorka. Tyle że ona wcale się nie gorszy, nie dziwi. Wiele widziała, wszystko uważa za normalnie życiowe. To świat udaje, że istnieje tylko jasna strona życia. Jasna, czyli nieprawdziwa. Nieistniejąca. Bo wszyscy kiedyś kogoś zawiedli, zdradzili, wszyscy są aniołami z przetrąconym i poczerniałym skrzydłem. Tallulah wcześnie straciła matkę, miała ojca alkoholika… Czy to tłumaczy złamane życie? Nieważne. Życie jest takie, jakie być umie i chce, w uwikłaniu, pokusie, utracie kontroli. Jest szczęściem bycia nieszczęśliwym, zgryzotą usiłowania bycia szczęśliwą, i świat w dodatku domaga się za nie przeprosin.
To, że Krystyna Janda jest wielką aktorką, współczesną Modrzejewską, na którą powinniśmy chodzić jak na wystawy Caravaggia, jest rzeczą wiadomą. Mniej mówi się o tym, jaką jest reżyserką. Jak czystą. Świadomą kształtu przedstawienia, budowy napięcia, podziału. Kontroli czasu, prowadzenia aktorów. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy Krystyna Janda bierze spektakl w swoje ręce, czy chodzi Bałuckiego, czy Witkacego. Ona po prostu (łatwo powiedzieć) zna teatr na wylot. Czuje dramaturgię, dynamikę postaci i akcji.
Jako aktorka, w „Zapętlonej” jest rozjątrzoną artystką, najczarniejszą stroną rozpaczy, mistrzynią nastroju i głębi, a także szczegółu. Co do wielkich rozwiązań – już o tym wspomniałem. Co do szczegółów – popatrzcie na przykład jak chodzi w amerykańskich szpilkach, jak pewnie zstępuje w nich z podestu, z jak trzeźwą maestrią kontroluje pijany krok bohaterki.
Wspaniale asystuje jej Paweł Ciołkosz, przez cały spektakl obecny z nią na scenie, asystent poddany szaleństwu Tallulah, wulgarnym gestom i słowom, jej prowokacjom i zagubieniom, wreszcie zrozpaczony – on, który z ofiary stał się beneficjentem skrajnych doświadczeń gwiazdy. Miłą obecnością jest również Adam Tomaszewski – młodziutki dźwiękowiec, z pokolenia, którego ani ziębi, ani grzeje rozpacz. Dla którego ważne jest tylko to, czy i kiedy praca zostanie skończona.
Co do aktorstwa Krystyny Jandy, jeszcze jeden szczegół, który nie zdradza niczego, bo nie o niego w spektaklu chodzi. Otóż po wielu próbach aktorka wykazuje się znakomitą znajomością brakującej kwestii i mówi ją czterokrotnie. Do końca nie wiemy, czy wcześniej nie pamiętała, aż się nauczyła, czy od początku bawiła się współpracownikami. Lecz jak ona mówi czterokrotnie to zdanie. Jak je różnicuje.
Wielka. Krystyna Janda jest wielka, a przez nią wielki jest dramat.
Teatr Polonia, Zapętlona. Reżyseria Krystyna Janda. Obsada: Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Adam Tomaszewski. Tłum. Andrzej Kłosiński