I ciągle nie ma Magdy. Obudziłam się w nocy z tą myślą. Przypomniałam sobie nasze wakacje, które planowałyśmy zawsze o tej porze roku. Tyle lat, 30 lat Principina a mare. Były lata, że zbierało się nas tam 10, 20 rodzin, przyjaciół. Wszystko się miesza, kłębi we wspomnieniach. Jeździła tam Zuzia Łapicka z tatą, Janusz Gajos z żoną, Marek Kondrat z rodziną, Grzesio Warchoł z rodziną, Krzysiek Materna w dużej grupie rodziny i przyjaciół, Filip Bajon z przyległościami, Jurek Stuhr, Artur z Wojtkiem…ale przede wszystkim my, to znaczy nasza rodzina i Magda Umer, a potem, kiedy dzieci dorosły a innych zabrakło, tylko Magda, Zuzia i ja. Magda od rana uprawiała jogę na tarasie, przywoziła ze sobą ulubione – kołderkę, wałeczek pod szyję, rozliczne przedmioty z którymi się nie rozstawała, aparat fotograficzny obowiązkowo, komputer i książki, książki, książki. Zawsze wynajmowałyśmy rowery i szalałyśmy po okolicy, jeździłyśmy tymi rowerami na zakupy i wycieczki do okolicznych miasteczek. Magda zamyślona, roztrzepana, szczęśliwa, wiecznie w coś zapatrzona w „widoki” czy morze, wałęsała się sama. Zdarzało się, że podmieniała rower i przyjeżdżała jakimś innym a potem szukałyśmy komu go oddać, gubiła zakupy, zostawiała je gdzieś po drodze, a nawet nie pamiętała co kupiła. We czwartki jeździłyśmy obowiązkowo na targ w Grosetto a tam Magda regularnie się gubiła i szukaliśmy Jej wszyscy. Co rano, opowiadała co przeczytała zawsze z niesamowitym zachwytem i entuzjazmem, wieczorem chodziliśmy do baru przy głównej ulicy i wspominaliśmy, śmialiśmy się z byle czego i opowiadaliśmy o planach artystycznych na kolejny rok. Kiedyś na tę nasza liczną grupę „znakomitości” wpadł jakiś zabłąkany Polak, stanął jak wryty i spytał – czy wy jesteście prawdziwi? Mogę was dotknąć? Mój mąż był tam dla Włochów inżynierem Janda, bo znał się na wszystkim, Magdy mąż kiedyś przyjechał przypadkiem, bo pomylił promy i dobił tym promem niedaleko od nas, więc nas odwiedził, dla niego we Włoszech było zawsze za gorąco, więc miał inne kierunki wakacyjne. Pewnego roku, kiedy niektórzy zaczynali, uczyli się, grać w golfa w Punta Ala, zrobili pole golfowe w odwrotną stronę ku zdumieniu wszystkich milionerów jak opowiadali. Oglądaliśmy tam w barach nadmorskich mistrzostwa w piłce nożnej, drąc się wniebogłosy Azzurri!!! Azzurri!! Gotowaliśmy makarony, odwiedzaliśmy się nawzajem, prowadziliśmy długie dyskusje na leżakach plażowych. Magda zawsze trochę osobna, zagrzebana w swoich poezjach, zdjęciach, jogach, dietach, pisaniu. Zdjęcia, zdjęcia wieczne zdjęcia. Głównie Janusz Gajos I Magda. Czasem podczas jazdy samochodami do jakiejś nowej miejscowości zatrzymywaliśmy się dziesiątki razy, bo oni musieli zrobić zdjęcie, inni się wściekali – Pierd…one Kółko Fotograficzne – krzyczeli – jedźmy! Kiedyś wracałyśmy z Magdą z targu, ta zobaczyła, jej zdaniem wyjątkowo piękne pole słoneczników. Zażądała – wejdź w te słoneczniki, zrobię ci w nich zdjęcie. Posłusznie wykonałam. – Zdejmij bluzkę krzyknęła, bo będzie ładniej i odwróć się plecami, będzie zdjęcie „goła baba w słonecznikach’, dołu nie będzie widać, ale zdejmij i dół na wszelki wypadek no i stań tyłem. Wykonałam. Tyle że to była uczęszczana droga. Samochody się prawie pozderzały, ja pospiesznie ubierałam się biegnąc w słonecznikach. Dobrze, że nie wezwali policji. Zdjęcie wyszło beznadziejne, zdaniem Magdy. Magda. No i mimoza i Magda. Te mimozy! Każdego roku mimozy, Magdy miłość. Ile podróży samochodem ze śpiewającą Magdę i zachwyconymi jej śpiewem moimi synami. … Oj . Zasypiam na nowo. Lepiej spać i nie myśleć.