WYPRAWA SIOSTRY MAŁGORZATY CHMIELEWSKIEJ Z KATOLICKIEJ WSPÓŁNOTY CHLEB ZYCIA NA SPOTKANIE Z POPEM NICOLAE TANASE.
Siostrę Małgorzatę Chmielewską poznałem na początku lat 90-tych realizując jej portret filmowy. Od tej pory żyjemy w przyjaźni , która jest na tyle zażyła, że mieszkańcy noclegowni nazywają mnie bratem Grzegorzem. Przypomniałem sobie jedną z wypraw, która odbyłem z siostrą Chmielewską.
Pop Tanase grzmiał z cerkiewnej ambony do mieszkańców , biednej wioski leżącej na południu Rumunii wysoko w górach: Każde niemowlę poczęte nawet z nierządu jest dzieckiem Boga. Nie ma różnicy między matką zabijającą swoje dziecko nożem w kołysce a tą, która pozwala na morderstwo przy pomocy narzędzi chirurgicznych. Autorytet duchownego i sugestywne słowa podziałały na młode dziewczyny, które po kilku miesiącach odwiedziły popa . Pokazały swoje wystające brzuchy i powiedziały: To jest skutek twoich kazań. Urodzimy te dzieci ale nie mamy warunków aby je wychować.
Biorę je!-powiedział ojciec Tanase i jak przyrzekł po urodzeniu każdego obwoził niemowlaki swoją rozklekotaną Dacią po wsi szukając dla nich miejsca.
Tę historię usłyszałem od siostry Małgorzaty Chmielewskiej prowadząc furgonetkę z pomocą humanitarną dla biednych i niechcianych, którymi zaopiekował się ojciec Tanase.
Międzynarodowa droga prowadząca przez górzyste i przepiękne tereny Rumunii nad Morze Czarne była pełna niespodzianek. Nagle za zakrętem pojawiało się kilkadziesiąt owiec prowadzonych środkiem szosy niespiesznie przez pastucha .To znów zatrzymywaliśmy się czekając na przejście krów wracających z pastwiska bez żadnej opieki. Regularnie pojawiały się zapory które zmuszały do korzystania z piaszczystych i wyboistych dróg gruntowych. Te wymuszone ograniczenia prędkości samochodu uwalniały od skupienia przy kierownicy i mogłem słuchać historii Wspólnoty Chleb Życia, którą reprezentowała siostra Małgorzata
W 1989 roku zetknęłam się we Francji ze Wspólnotą i to było nareszcie realizacją moich marzeń. Dwóch Francuzów spotkało na swojej drodze Chrystusa i nawróciło się. Jeden z nich pochodził z rodziny od pokoleń ateistycznej – socjalistów francuskich. Drugi organizował zamachy bombowe, był narkomanem w końcowym stanie uzależnienia. Robili różne głupstwa ale było to tak samo jak u mnie z rozpaczliwego poszukiwania prawdy. I z chwilą, kiedy stwierdzili, ze prawda jest w Ewangelii- „poszli na całość”.
Wspólnota żyje razem z ludźmi których przyjmuje pod swój dach. Niesiemy razem ich cierpienia, ich klęski ,ich powodzenia również i tworzą się bardzo głębokie więzy między nami. W tej chwili Wspólnota ma domy w 24 krajach świata. Strasznie się bałam się o moich braci i siostry w Rwandzie. Ostatnią wiadomość od nich dostałam, kiedy dom Wspólnoty otoczony został przez tłum rządnych krwi Tutsi. Potem łączność została przerwana. Wymordowano wówczas 800.000ludzi
Cisza. Jednostajny szum opon po asfalcie. Gęsto do drogi przyklejone drewniane domy z ozdobnymi gankami. I w każdej okazały, murowany budynek z napisem Politia. Pozostałość po wszechwładnym Caucescu. Wspominaliśmy telewizyjny przekaz upiornego sądu nad nim i żoną Eleną i zdjęcia porzuconych po egzekucji zwłok.
Strome, o bardzo wysokim nachyleniu serpentyny górskie, agrafkowe zakręty. Przy drodze stoją poidła dla koni. Cierpki zapach przegrzanych klocków hamulcowych. Jadąca z przeciwka ciężarówka zmusza na wąskiej drodze do prowadzenia samochodu na skraju przepaści. Jadę skupiony ale słucham tego, co mówi moja towarzyszka podróży.
W domu u mnie nie było atmosfery religijnej. Moi rodzice należeli do tak zwanych wierzących ale nie praktykujących. To czego szukałam, to była prawda. Szukałam różnie – w filozofii hinduskiej nawet w marksizmie. W pewnym momencie przeżyłam nieprawdopodobne spotkanie z Bogiem, którego w gruncie rzeczy nie znałam, bo moja wiedza religijna była zerowa i rzeczywiście wtedy bardzo radykalnie zaczęłam zmieniać swoje życie. To było szokiem dla moich przyjaciół, którzy się ode mnie odsunęli. Nie rozumieli tego. Przestałam pić alkohol, zaczęłam chodzić do kościoła i początkowo moja rodzina myślała, ze zwariowałam. Dlatego dość szybko wyprowadziłam się z domu.
Zakręty, ciągłe zakręty. Czerwone słońce z przodu, z lewej strony, z prawej i znowu z przodu. Na szczęście spadło gdzieś za górą. Już skończył się dzień a jeszcze nie ma nocy. Dla kierowcy najgorsza pora, szczególnie po kilkunastu godzinach jazdy.
Siostra Małgorzata próbuje mnie rozbawić. Do jednej zakonnicy w szpitalu przyszły inne siostry z wizytą i przyniosły ciasteczka. Na drugi dzień odwiedził ją kapłan . Proszę księdza wczoraj był piątek i zjadłam ciasteczka ale posypałam je solą- czy to jest grzech? Nie moja córko, to nie jest grzech, to po prostu głupota.
Ciemno. Teraz już zupełnie ciemno. Wąska droga i zakręty. Z przeciwka zbliża się jedno światło. Uciekam w bok, prawe koła podskakują na nierównościach. To nie motocykl, tylko ciężarówka. Gwałtownie hamuję. Reflektory oświetlają starego człowieka, który ciągnie środkiem drogi olbrzymie gałęzie.
Koniec podróży. Dochodzi północ. Wysiadamy z ciepłego samochodu na zimny, przejmujący wiatr. Przed domem stoi pop Tanase. Kłania się miękko chyląc głowę do samej ziemi. Zaprasza do środka. Patrzymy z niepokojem na wyładowany pod dach samochód z darami. Pop uśmiecha się. To nie jest dziki kraj! Naprawdę! Można zostawić!
Na białym , wykrochmalonym obrusie półmiski z jedzeniem. Pop odmawia modlitwę. Po dwóch stronach stołu wykonujemy dwa różne znaki krzyża. Kilka gatunków sera owczego, grubo krojona kiełbasa, dymiące kawałki baraniego mięsa i papryka. Dzieci nie ma przy stole. Stoją w drzwiach i patrzą. Za oknami mieszkańcy wsi zapatrzeni na zastawiony stół. Nie mogę tknąć jedzenia. Siostra Małgorzata szepce- U biedaków zawsze częstuje się gości takim jedzeniem, którego nie ma na co dzień. Dużo i tłusto. Proszę jeść, bo się obrażą!
My tu nie robimy żadnych wielkich rzeczy. To są normalne, proste, ludzkie działania. Jedno jest ważne. Nikt potrzebujący pomocy nie zostaje odepchnięty. Najważniejsza jest wiara w sens działania.
Ojciec Tanase ma głowę patriarchy- czarną brodę sięgającą do pasa, długie włosy z tyłu splecione w warkoczyk i żywe inteligentne oczy patrzące przez grube okulary. Jest skromny i bezpośredni.
Ludzie czują się silni, kiedy są razem. Takim spoiwem jest modlitwa. Zaczęliśmy budować tę cerkiew bez zezwolenia. Prace odbywały się wyłącznie w nocy. Policja bała się tu przyjeżdżać, bo któryś z funkcjonariuszy mógł być poturbowany i trudno byłoby udowodnić przez kogo. Kazałem wybudować balkon, z którego miałem ogłosić koniec komunizmu. Ktoś na mnie doniósł i wezwali mnie do ministerstwa od spraw wyznań. Powiedziałem, ze tam ma być zegar a na razie jest balkon. Zaczęły się szykanowania. Zabrali mi wszystkie dotacje. Ale Bóg jest sprawiedliwy. Skończyło się panowanie szatana i nie potrzeba było wychodzić już na balkon.
Czekaliśmy przed cerkwią na rozładowanie samochodu aż ojciec Tanase odprawi żałobne egzekwie. Dwa czarne, dorodne woły ubrane w białe chusty ciągnęły ukwiecony wóz na którym leżał nieboszczyk w odkrytej , nieheblowanej trumnie. Kondukt przystanął przy cerkwi. Na widok popa wychodzącego w ornacie płaczki jednocześnie przerwały swoje przeraźliwe krzyki. Któryś z mężczyzn nakrył nieboszczykowi twarz kapeluszem. W tej wysoko w górach leżącej wiosce nie ma zwyczaju wzywać lekarza, który ma stwierdzić zgon. Ludzie tu od wieków rodzą się i umierają bez obecności lekarza i to jest normalne. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
Ojciec Tanase nie zajmuje się adopcją, tylko szuka miejsca w rodzinach chłopskich dla niechcianych dzieci. Znalazł dach nad głową dla 47 dzieci, których matki nie miały warunków na ich wychowanie.
Odwiedziliśmy jeden taki dom. Małżeństwo w średnim wieku mające trzy kilkunastoletnie córki wzięło na wychowanie 11-cioro niechcianych dzieci. Przed domem , na ganku czysto wyprany chodniczek na którym stoją równo postawione buty. W środku w dwóch pomieszczeniach gromada dzieci. Drewniane podłogi wyszorowane. Nie czuje się zapachu nędzy. Kuchnia na zewnątrz. Palenisko na środku i błyszczące, wyszorowane piaskiem patelnie i garnki wiszące na ścianie.
Siostra Małgorzata pyta gospodynię czemu zdecydowała się na przyjęcie tych dzieci mając swoje trzy córki. Przecież to nic dziwnego-odpowiedziała kobieta, nie można małego dziecka zostawić tak po prostu na ulicy.
Wróciliśmy 1400 kilometrów do kraju, aby w telewizji usłyszeć niekończące się dyskusje kto jest za a kto przeciw aborcji.
…………………………..Grzegorz Skurski [skurskig@interia.pl]
Małgorzata Chmielewska – urodzona 1 stycznia 1951 r. w Poznaniu. Zakonnica, przełożona Wspólnoty "Chleb Życia". W dzieciństwie jej rodzice nie dbali o wychowanie religijne. Po ukończonej szkole średniej rozpoczęła studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Dopiero po ich zakończeniu zwróciła uwagę na katolicyzm. Początkowo myślała o zakonie benedyktynek, a następnie o małych siostrach Karola de Foucauld. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach i w duszpasterstwie niewidomych u ks. Stanisława Hoinki na ul. Piwnej w Warszawie. Organizowała także pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 roku wstępuje do wspólnoty w Bulowicach k. Kęt "Chleb Życia", zaś śluby wieczyste składa we Francji w 1998 roku. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn.
Nagrody i wyróżnienia
Medal św. Jerzego
Medal 400-lecia Warszawy
Nagroda Ministra Pracy i Polityki Socjalnej
Nagroda Miasta Stołecznego Warszawy
Kobieta Roku 1996
http://chlebzycia.org.pl/