26
Czerwiec
2007
06:01

dziennik 2007-06-26 06:01:07

Spektakl " Lament na placu Konstytucji" rozwija sie i zaczyna sobie żyje swoim szczęśliwym jak się okazuje życiem. Wczoraj publiczność po spektaklu wstała i ludzie długo bili brawa na stojąco. Zamieszczam zdjęcia które udało mi sie zrobić na początku spektaklu, tuż po rozpoczęciu, potem musiałam isć do swoich zajęć.
A przedwczoraj wieczorem miałam taką przygodę- odbierałam mamę z autokaru wiozącego kuracjuszy wracających z Druskiennik. Byłam z mamą w kontakcie telefonicznym w trakcie podróży, źle znosiła podróż, bardzo źle się czuła, choroba lokomocyjna, autokar się spóźnił, lekarstwa przestały działać, zaczęło się to już od Augustowa, gorąco, duszno, do tego musiała siedzieć z tyłu autobusu na kole, bo jakaś kobieta – podobno pilotka grupy, nie pozwoliła jej zająć wolnego miejsca z przodu, twierdziła, że ona ma dwa miejsca z przodu zarezerwowane w kontrakcie itd. itd. Koszmar. Jednym słowem o 22.00 a nie, jak było zaplanowane o 18.00, jechałam po ledwie żywą, wymęczoną torsjami mamę na Dworzec Wschodni aby ją jak najszybciej przewieźć do Milanówka.
Kiedy zaparkowałam przed Dworcem z grupy oczekujących osób oderwała się jakaś kobieta, przybiegła do mnie z bagażem mojej mamy i rzuciła mi się, oszołomionej na szyję, krzycząc – Niech Bóg błogosławi, z Bogiem, Szczęść Boże. Przedstawiała się jako koleżanka mamy, opiekunka w podróży, krajanka z Milanówka i Ursusa, całowała mnie przy tym bez przerwy na siłę, w akompaniamencie słów, wśród których Bóg było słowem podstawowym, nie pozwalając mi podejść do mamy i jej pomóc. I zanim ta powolutku podeszła, zanim cokolwiek zdołałam z siebie wyksztusić, usadowiła się owa dama z Bogiem na ustach w samochodzie, sugerując uprzednio, że mama obiecała jej, że ją odwiozę do domu, do Ursusa na osiedle Niedźwiadek, co oznaczało dość duże nadłożenie drogi. Byłam skonsternowana i nie zareagowałam, bo mama, półprzytomna potrzebowała pomocy.
Ruszyłyśmy. Mama, umęczona, nie odezwała się ani pół słowem, jęczała i wymiotowała do swoich torebek a „koleżance” mamy nie zamykały się usta, sugerowała jak mam jechać, cieszyła się, że wygodny samochód, a niech Bóg w życiu prowadzi, i Matka Boska osłania itd… ucieszyła się remontem torów tramwajowych, pogodą, zapytała o teatr POLONIA – milczałam zła, bo na pytanie czy mogę w związku z sytuacją i chorobą mamy zostawić ją obok dworca w Ursusie, odparła bez cienia wahania, że to wykluczone, bo ona się wieczorem boi sama i że muszę pod jaj blok, a nawet klatkę. Zapytałam, na które ją wwieźć piętro i do którego pokoju w jej mieszkaniu, ale powstrzymywałam się z dalszymi złośliwościami, bo ostatecznie to była „koleżanka i opiekunka mamy”, bezczelna i nie do zniesienia, ale jednak.
Dojechałyśmy wreszcie na osiedle Niedźwiadek w Ursusie, bezczelne babsko wysiadło, a ja w buncie postanowiłam być nie uprzejma, nie żegnać się i nie znosić kolejnych pocałunków i życzeń opieki Najjaśniejszej Panienki. Poczekałam aż wysiądzie i zamknie drzwi od samochodu i odjechałam bez słowa, szczególnie, że ta nie miała bagażu.
Jechałyśmy z mamą jakiś czas w milczeniu, ale nie wytrzymałam i po chwili odważyłam się na komentarz i uwagę, że mama ma okropne znajome. Na co ta, cichutko półprzytomna i zdziwiona odparła, że to nie jest jej żadna znajoma, że zobaczyła ją w tej podróży po raz pierwszy i że to właśnie ta pilotka, która jej nie pozwoliła usiąść z przodu. To babsko, na mój widok, poznawszy mnie, wykoncypowało sobie jak zostać odwiezioną pod dom, złapała bagaż zdumionej tym mamy i do mnie pobiegła, rzucać mi się na szyję. Zanim mama doszła do mnie, ta już siedziała w samochodzie.
Mama troszkę obrażona na mnie do dzisiaj.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.