Przeczytałam tu podczas tego pobytu chyba ze 40 sztuk – tekstów dla teatru. Boże zlituj się nad niektórymi dramaturgami! I nad widzami, którzy ewentualnie mieliby to oglądać. Przeczytałam kilka książek, nowo wydanych opowieści o kobietach, interesujących, ale z obszarów Afryki, Indii, Korei, poruszających, ale nam odległych i o problematyce na szczęście nam obcej, nic się z tego do teatru nie nadaje. Przeczytałam piękną książkę pani Tokarczuk, na którą niestety nie miałam czasu wcześniej „E.E” – opowiadającą historię szalenie filmową z kolei. Rozkoszowałam się ostatnio wydaną, jakby na Jego urodziny, książką pana Erwina Axera, ale … przede wszystkim, siedzę poruszona, nad każdą stroną książki Anny Bikont i Joanny Szczęsnej „Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu”. Niby to wszystko mniej więcej wiedziałam, a jednak. Właśnie skończyłam rozdział poświęcony śmierci Stalina i temu, co z tej okazji napisano… i nie mogę spać. Przytoczę tylko Gałczyńskiego.
Do pół masztu zwieszona flaga,
flagę wiatr przedwiosenny targa,
to nie wiatr, to szloch na wszystkich kontynentach i archipelagach
Umarł Stalin.
Jakby nagły grad zboża pogiął,
Jakby w biały dzień noc w okno.
Dzisiaj słońce jest żałobną chorągwią.
Umarł Stalin.
[…]
Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana.
Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie.
Broczy Wisła jak otwarta rana.
Lamentują potoki gruzińskie.
Dzięki tej książce wydaje mi się że pierwszy raz rozumiem, lub więcej rozumiem.
A tu dookoła, słońce świeci, wakacje, wolność i radość, stoki gór przygotowane do zjeżdżania jak stół nakryty dla gości białym obrusem, wszyscy uśmiechnięci i beztroscy… w Polsce podobno zamieszaniu nie ma końca… nie chcę o tym myśleć.
Dobrego dnia.