09
Wrzesień
2006
05:24

dziennik 2006-09-09 05:24:00

Myślałam że na wakcjach będę pisać. Pisałam mało, za to duuuuużo czytałam i starałam sie nie myśleć  o problemach które zostawiłam.  Postanowiłam się nie martwić, zapomniec i spać. Udało mi się. Wracam z radością, wypoczęta. A poniżej to co zapisałam podczas pobytu we Włoszech, jakby przypadkiem.

Wakacje, 2 września 07:18

Jestem we Włoszech. Pierwsze wakacje w „nowym życiu” czyli w życiu z teatrem POLONIA. Myślałam że się na nie nie zdobędę z lęku że beze mnie coś się zawali, ale zdecydowałam wyjechać bo naprawdę byłam zmęczona. Odpoczywam z rozsądku. Przed nami, przed teatrem, przede mną mam wrażenie jeszcze cięższy czas. Nieważne.

Od jakiegoś czasu mam problem z pisaniem tego dziennika, mam problem z pisaniem o sobie. Wielki problem. A sprawy dookoła mnie biegną tak szybko i są tak skomplikowane, że nie nadążyłabym ich opisywać i nie starcza mi talentu, aby oddać ich zawiłość. Nie da się z tego wszystkiego, co się zdarza zrobić anegdoty, i nie umiem na to wszystko spojrzeć z dystansu. Życie jakim żyję przerosło moje możliwości notowania go, bawienia się nim w zapisie, a poza tym zwyczajnie nie mam na to czasu. Tak ciężko nie pracowałam nigdy. Nie umiem też śmiać się beztrosko ze wszystkiego jak jeszcze dwa lata temu. Zmieniło się jednym słowem wszystko, a problemy, lęki, wątpliwości, kłopoty pokonywane każdego dnia odebrały mi i lekkość i radość pisania. Może jeszcze kiedyś powróci.

Teraz w każdym razie Włochy, Toskania po sezonie, sen, spacery, książki, rower, plaża, a wszystko na siłę, bo skupić się na tym też nie mogę, wszystko jakby z musu.

Bawi mnie i śmieszy tylko Magda U. z którą tu jestem, a raczej nasze nieudolności i nasze „świry”, jak ona to nazywa. Wiecznie obie wszystkiego szukamy, wciąż pytamy jedna drugą, która ma klucz od domu, samochodu, podoba nam się tylko to co już raz widziałyśmy a słowo i spojrzenie nam starcza żeby rozumieć co myślimy, co czujemy bo tyle za nami wspólnych wakacji, wspomnień, zdarzeń. Zwrot…czy pamiętasz… jest najczęściej używanym.

Wczoraj Magda przeszła samą siebie. Ma buty, ukochane buty zjedzone do polowy przez psa, ale się z nimi nie rozstaje. Zresztą przywiązanie do przedmiotów i miejsc to też nasza wspólna obsesja i jedna na drugą prawie się obraża za zmianę kostiumu kąpielowego czy ulubionego tu we Włoszech sera. Ma być tak jak zawsze bo to daje spokój i poczucie bezpieczeństwa. No więc, Magda ma buty, stare buty. Czas na zmianę. Oczywiście pojechałyśmy do tego samego sklepu gdzie zostały kupione, bardzo eleganckiego sklepu i Magda wyciągając przed sprzedawczynią nogę z butem, którego nie powstydziłaby się żadna bezdomna żebraczka zapytała: Du ju rimember? Kłatro anni fa…

Czy pani pamięta? Cztery lata temu kupiłam u pani te buty. W między czasie zjadł je pies Markotny i w ogóle wiele przeżyły… czy może mi pani sprzedać identyczne? De sejm? Pani spojrzała na nas jak na wariatki. I słusznie. Mnie to – du ju rimember – doprowadziło do parkosyzmów śmiechu i tak śmiejemy się z tego już tydzień, a butów – de sejm – szukamy w każdym mijanym sklepie. To jak szukanie dawnej szczęśliwej przeszłości.

Czytam Lekcję anatomii Philipa Roth’a.

Noce już chłodne, miejscowość pustoszeje, wiatr na plaży boski, jutro do Sieny poleżeć na placu. Du ju rimember…

4 września 2006

15:23

Czytam Marię Arabatową „ Na imię mi kobieta” i zachwycam się. Jest jakieś zdumiewające podobieństwo tych dwóch ostatnio tu na wakacjach, czytanych książkach, Rotha i Arbatowej, oboje rozprawiają się z obsesyjnie meczącą ich przeszłością, on ze swoją żydowsko amerykańską ona z żydowsko radzieckim stygmatem, sarkastyczni intelektualiści, oboje gorzko brutalni, ona jednak o wiele bardziej otwarta i prosta on wymyślnie zagmatwany, zraniony, w obliczu jej przeżyć wydaje się zraniony byle czym. Oboje błyskotliwi, egoistyczni, są egzemplarzami przykładowymi umysłu i konstrukcji myślowych gotowych unicestwić ich samych i to coś olśniewającego co reprezentują. Wspaniałe i odbierające nadzieję.

Dziś na plaży jak zwykle, obserwowałam ludzi. Czego tu już nie widziałam przez ten tydzień?! Ile się napatrzyłam! Co tu się nie dzieje! Dziś para, młode małżeństwo z trzy, może czteroletnim synkiem, szli wzdłuż morza, w całkowitym milczeniu. Dziecko ciągnęło na sznurku plastikowy okręt. W pewnym momencie mały zobaczył inne bawiące się na brzegu dzieci i uparł się przerwać milczący spacer w tym miejscu, dołączyć do dzieci. Rodzice nie chcieli się zgodzić, wtedy mały z duża wprawą i doświadczeniem w postępowaniu w takich wypadkach rozdzierająco zaczął płakać i czepiać się nóg ojca, który nie odwracając się ani na niego ani na żonę szedł dalej. Wreszcie mały zwyciężył. Przystanęli. Dziecko zaczęło się bawić z równolatkiem w szafirowych majtkach. Po jakimś czasie do rodziców tego z okrętem doszli rodzice szafirowomajtkowego i stali tak bez słowa z kwadrans obserwując dzieci. Była jedenasta. Matki po chwili wymieniły pierwsze uwagi, zapewne konwencjonalne dotyczące dzieci, bo mówiły patrząc na dzieci, panowie obaj patrzyli w morze, osobni. O czwartej po południu, czyli pięć godzin później, ojcowie jeszcze stali w tym samym miejscu i z ożywieniem o czymś dyskutowali a dzieci i matki dawno wrócili do domów. Kiedy schodziłam z plaży obaj panowie ruszali razem w wędrówkę wzdłuż plaży nie przerywając rozmowy, świat dookoła nich nie istniał.

Jak zwykle tutaj uderza mnie wprawa dzieci w rządzeniu rodzicami i światem dookoła nich i miłość okazywana wszystkim dookoła. Te fruwające w powietrzu miliony słów pieszczotliwych, wyrazów miłości rozdawane garściami, bez ograniczeń, tysiące gestów, pocałunków, dotknięć, przytuleń tak naturalnych jak oddychanie. I raz jeszcze żal, że u nas tyle ich mniej i kolejny raz uświadomienie sobie, że okazywanie uczuć jest naszą polską piętą achillesową i w każdym razie większość z nas się tego wstydzi. A świat tak pięknieje po każdym od niechcenia rzuconym mijo karo, bambino mijo, amore, karissima… Amore do dziecka, amore do żony, amore do matki, amore do starego ojca…

Słońce. To słońce łagodzi i osładza wszystko. W słońcu gniew tu wybucha gwałtownie, ale na krótko i zaraz słychać serdeczny śmiech a kiedy cichnie zostaje cudowny zapach rozgrzanego powietrza pachnącego bazylią, rozmarynem, praniem, życzliwością. I oczywiście wiem, że to egzaltacja i wyidealizowany obraz wakacyjnej beztroski i dostatku, ale co z tego.

Przed wyjazdem, jedna z moich znajomych powiedziała – Jak pani może jeździć tak ciągle do tych Włoch, ja już tam nigdy nie pojadę, tam robią obozy pracy dla Polaków. Tu gdzie jestem ich nie ma, a świat jest tu wyidealizowany. Jego wakacyjne, słoneczne prawo.

W Polsce dziś początek roczku szkolnego. Wiadomości dochodzące uderzają jak obuchem. Ciemnieje w oczach.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.