Muszę coś o sobie. Przepraszam. Jestem już w takim stanie…po półtorarocznym okresie zmagań z materią projektu pt. Teatr Polonia że…..sama ze sobą sobie nie radzę, jak mówili w jednym kabarecie albo gabinecie u psychiatry. Dodatkowo straciłam nerwy i głos, i żeby go odzyskać, mój instrument, narzędzie pracy, leczę się u poważnych doktorów, a oni na moje problemy ze sforsowanymi strunami głosowymi, których podobno w tej chwili prawie nie ma, są tylko dwa czerwieniejące i puchnące balony po jakiejkolwiek dłuższej wypowiedzi, rozkładają ręce i mówią, to psychosomatyczne, przecież tyle lat pani grała i tak eksploatowała gardło i nic, a teraz…. ? W tej małej sali? To psychosomatyczne. …. Dodatkowo straciłam cierpliwość i żywiołowy optymizm, został mi tylko taki zwykły, pozbyłam się dziecięcego, chorobliwego entuzjazmu jaki posiadałam, został mi codzienny, straciłam też bezprzykładną naiwność, co mi się przyda na przyszłość a może na zawsze oraz bezgraniczne zaufanie do ludzi, co może niebagatelnie pomóc na wieczne rozczarowania, jakich doznaję w tym względzie. Niezachwiana wiara w dobre intencje ludzi, to przeszłość. Trochę żal, ale może już pora.
A wczoraj było tak: Po całym dniu pracy, poprzedzonych ostatnio codziennymi porannymi wlewkami i kapaniu na struny w szpitalu, jonoforezie i inhalacjach, po przeczytaniu licznych listów od najróżniejszych korespondentów, po skomplikowanych naradach artystyczno – budowlano – organizacyjno – finansowo – techniczno – logistyczno- koncepcyjno- życiowych o których ani śmiem opowiadać bo ludzka ręka , myśl, oko i wyobraźnia nie jest w stanie tego sformułować ani opisać, po napisaniu programu artystycznego na sezon teatralny 2006-2007 ( ze szczegółami, terminami premier, planowanymi obsadami itd itp) – co było dużo prostsze, napisaniu sprawozdania z dotychczasowego działania mojej fundacji co było ode mnie wymagane, postanowiłam jechać do domu zostawiając obsługę teatru i artystkę Ewę Kasprzyk w spokoju przed wieczornym przedstawieniem.
Wsiadłam do samochodu, roztrzęsiona, bo z moim głosem wieczorem było już coraz gorzej, (Jak mówi mama- to od kurzu Krysiu, to nic to tylko od kurzu na budowie!), tak więc roztrzęsiona, nastawiłam GPS na cel – DOM (GPS prezent od męża – on sam wyjeżdża na długo zostawiając mnie z tym urządzeniem jako przewodnikiem ponieważ istnieją opinie że nie jestem w stanie już nigdzie dojechać samodzielnie bo nie mogę się skupić, na zwykłych czynnościach życiowych)) , tak więc nastawiłam GPS na cel – DOM i ocierając samochodem lekko o dwa słupki na parkingu, wlokąc za sobą po jezdni przytrząśnięty drzwiami do samochodu pasek od płaszcza, wywalając na zakręcie wszystko torebki na podłogę w samochodzie, ruszyłam do domu szukając po omacku telefonu, który moim zdaniem wpadł, wypadając z torebki pod pedał gazu ewentualnie hamulca. Po 50 metrach za brama, na skrzyżowaniu, już byłam tak zdenerwowana, że stałam długo na zielonym a wszyscy trąbili, po czym ruszyłam na czerwonym i wtedy ci inni zaczęli trąbić. Moja pani doradczyni w GPSie cierpliwie nie zważając na trąbienia, bo o nich nic nie wiedziała, mówiła jedź tak 750 metrów a potem skręć w prawo. Jechałam, szukając jednocześnie telefonu w tysiącu innych rzeczy leżących na podłodze samochodu, natykając się co chwila na rozliczne niespodzianki jak na przykład pończocha, albo zagubiony pilot do bramy domu w Milanówku. „Zaszukana” bez pamięci nie skręciłam, w prawo jak kazała ta z GPSu i ona teraz zaczęła się na mnie drzeć że przelicza i powie mi teraz po mojej pomyłce jak jechać inną drogą. Mówiła do mnie tak, że mnie się zachciało płakać, ale jednocześnie w tym samym czasie jak ona się darła, przemawiałam sobie do rozumu i nie dopuściłam do histerii. Natknęłam się za to przypadkowo na paczkę papierosów, od jakiegoś czasu nieużywanych, jako że ten głos, i gwałtownie zapragnęłam zapalić z żalu nad sobą, mimo że głos, że w samochodzie nie palę nigdy, że wszystko mówiło nie pal. Wydłubałam jednego papierosa, wsadziłam w zęby i zaczęłam szukać zapalniczki w bałaganie na podłodzie i w „zezwłoku” wypróżnionej torebki. Oczywiście w zapalniczce samochodowej miałam włączony GPS, który teraz kazał mi jechać jeszcze 200 metrów i znów skręcić w prawo….Papieros miałam już w ustach, zapalniczki nie mogłam znaleźć, no, bo nie palę – jak sobie tłumaczyłam, wykrzykując sama na siebie i złorzecząc sobie w duszy. Niejasna myśl, że dawno nie dzwonił mój telefon zaczęła się jednocześnie błąkać po umyśle. Umyśle opętanym chęcią znalezienia ognia, umyśle zaćmionym, roztrzęsionym i zużytym licznymi problemami, ale jednak. Natknęłam się wreszcie na zapałki – reklamówkę z hoteliku z Paryża, leżące od roku w zwłokach wypróżnionej torebki, i jednocześnie znów nie skręciłam w prawo i pani z GPS chciała się zabić, powiedziała do mnie znów – przeliczam – i liczyła jak mnie tu zaprowadzić do domu ….a ja otworzyłam okno, zapaliłam zapałkę, bardzo dobrą francuską nie gasnącą tak łatwo zapałkę i kiedy drżącą ręką unosiłam ją do papierosa, wypadła mi ona na szarą suknię na kolana i tam leżąc paliła się dużym płomieniem. Nie mogłam jej zgasić dmuchnięciem bo miałam w ustach papierosa, więc jedną ręką przytrzymywałam kierownicę, drugą starłam się uchwycić zapałkę tak aby się nie oparzyć, ale zdołałam ją tylko przerzucić na sweter, równie szary i w dodatku ażurowy gdzie zapałka już całkiem swobodnie i wesoło rozpaliła się na dobre. W tym czasie pani z GPSu – znalazła rozwiązanie, jak naprawić mój błąd w drodze do domu i radziła skręcić w prawo za 600 metrów. Ja uchwyciłam zapałkę, zobaczyłam że mam dwie wypalone dziury na sukience i swetrze i parząc się przypaliłam papierosa. Co się dalej stało z zapaloną zapałką nie wiem, bo wpadł mi do oka żar i wściekła wyrzucając jedną ręką ledwie zapalonego papierosa przez okno na jezdnię, i przyrzekając sobie że nie zapalę już nigdy w życiu, drugą ręką tarłam piekące oko, zostawiając kierownicę bez opieki. Ta z GPSu się załamała, bo znowu nie skręciłam w prawo, więc zahamowałam niespodziewanie na środku, inni kierowcy za mną na szczęście zorientowali się wczesnej, że jadą za wariatką i mieli na mnie baczenie, dzięki temu nic się nie stało. Zjechałam, na pobocze, zatrzymałam się i się rozpłakałam, (a jak płakałam zauważałam, że nawet płacząc chrypię i jest to nie do słuchania dźwięk, nawet podczas płaczu, taka ot po prostu zawodowa refleksja w dramatycznym momencie, silniejsza ode mnie i od rozpaczy). Koło mnie zatrzymał się inny sanomochód a nim jakaś pani. Odsunęła swoją szybkę, moja już była odsunięta wcześniej, w celu wypalenia papierosa i nie nasmrodzenia nim w samochodzie, i pani ta, zapytała jak mi pomóc i czy coś się stało. Odpowiedziałam jej, że wiele się stało, wiele, i długo by o tym mówić, ale na razie mam prośbę czy ona nie mogłaby do mnie zadzwonić, na mój numer telefonu, a wtedy ja zobaczę czy mam gdzieś w samochodzie swój telefon. Pani trochę się zdziwiła, ale wykręciła dyktowany przeze mnie numer a cisza trwała niemiłosiernie. Obie słuchałyśmy. Druga próba dzwonienia również okazała się bezowocna , a raczej owocna bo było cicho czyli telefonu w samochodzie być nie mogło. Podziękowałam, zasunęłam szybkę i spokojnie ….Zaczęłam wracać do teatru po telefon. Uspokojona i zadowolona, że znów tam jadę i zobaczę, co tam słuchać ci czy wszystko w porządku. Ta z GPS-u oszalała i darła się, że jadę w odwrotną stronę, że nic nie umie już przeliczyć, bo to jest całkiem nie do domu, ale ja na nią nie zwracałam już uwagi.
Potrzebuje moim zdaniem oprócz foniatry i laryngologa także psychiatry i to w trybie pilnym.
Liczę się z tym, że po tym wyznaniu internetowym, zostaną wobec mnie wysunięte zarzuty prokuratorskie za narażanie bezpieczeństwa innych użytkowników dróg w moim mieście. Z nowym ministrem sprawiedliwości nie ma żartów, ale w takim wypadku powołam się na okoliczności łagodzące.
Dobrego dnia.
Dołączam zdjęcia z budowy, wczoraj wylano ostatni stopień naszej amfiteatralnej widowni.