05
Wrzesień
2005
06:10

dziennik 2005-09-05 06:10:00

 

PRÓCZ SŁOWA PODAJ TEŻ KROMKĘ CHLEBA. Sokrates z Aten

Moda ostatnio na żarty z czasów PRL lub o czasach PRL, nareszcie. Ja usłyszałam taki, cudny…

Przychodzi do działu sprzedaży samochodów mężczyzna, płaci za samochód i pyta, kiedy ma go odebrać.

– Równo za rok – odpowiada pani.

– Za rok, przed południem, czy po południu- dopytuje się z kolei mężczyzna.

– Proszę pana, to będzie dopiero za rok, czy panu nie wszystko jedno czy przed południem, czy po południu?

– Nie. Ponieważ za rok przed południem przychodzą mi założyć telefon, a umawiali się zemną pięć lat temu, więc mi nie wszystko jedno, proszę pani!

Ten żart mnie wyjątkowo śmieszy, w posiadanie swojego drugiego z kolei Małego Fiata, przed laty, weszłam w następiujący sposób: mój wujek wpłacał ratami na Małego Fiata siedem lat, szóstego roku niespodziewanie, przez jakieś przypadkowe znajomości, udało mu się zdobyć talon, ale nie mógł wycofać swoich wpłaconych ratami pieniedzy, więc ja kupiłam od niego raty, on za te pieniądze ode mnie wykupił samochód na zdobyty talon, na inne w związku z tym nazwisko, i z dokumentami na to inne nazwisko jeździł, a ja po roku na jego nazwisko odebrałam samochód i z dokumentami na jego nazwisko z kolei jeździłam. Ja jeździłam w Warszawie na dokumenty z Kielc, on jeździł w Kielcach na dokumenty z Gdyni i kiedy pewnego dnia mieliśmy wypadki to było takie zamieszanie, że nikt się nie mógł już w niczym połapać, nic innego nie robiliśmy zwalniając się wszyscy z pracy, pominiejszając tym samym dochód narodowy i oszukując państwo opiekuńcze, jak tylko jeździliśmy załatwiać formalności po całej Polsce. Ten jakiś Facet załatwiał szkodę wujka, potem wujek moją, urwanie głowy, a przepisać samochodów nie było można, bo należało odczekać antyspekulacyjną kilkuletnią karencję, to tak jak teraz z mieszkaniami na wynajem. No komy!- jak się wtedy mówiło.

Mam stary dowód osobisty, zachowałam go dlatego, że mam w nim stempelek pozwalający na wykupienie pieluch i wyprawki dla nowonarodzonego dziecka, a mój mąż ma w swoim starym dowodzie stempelek na wykupienie jakiejś tam ilości wódki na wesele, bo braliśmy ślub. Pamiętam jak bałam się, że nam tych, stempelków czyli pozwoleń, nie dadzą, bo to było dla każdego z nas było drugie małżeństwo a w nim dzieci, więc mogło socjalistycznej władzy przyjść do głowy nas jeszcze wychowywać po drodze. Tak zresztą było ze ślubem. Ja po pierwszym małżeństwie uparłam się, że więcej ślubu nie wezmę nigdy i z nikim, i żyłam z moim drugim mężem kilka lat na „ kocią łapę” aż do dnia, kiedy kupowaliśmy sobie dom, po komercyjnej cenie i za dolary zarobione na zachodzie. Pani ze spółdzielni mieszkaniowej uprzedziła nas, że nie będzie nam go mogła sprzedać, zapisać nas razem do spółdzielni mieszkaniowej a tym bardziej nie będziemy się mogli tam razem zameldować, jeśli nie będziemy formalnie małżeństwem, no i musieliśmy biegiem wziąć ślub. W poniedziałek o 8:00 rano, bo to był jedyny wolny, najbliższy termin. Socjalistyczna ojczyzna dbała bardzo o morale.

Wszystko się kupowało wtedy na zapisy, albo stojąc w miesięcznych kolejkach, no albo po znajomości jako wymienne usługi tego typu. Dziecko przyjęli mi do przedszkola, bo byłam już znana no i odstąpiłam pani dyrektor talon na lodówkę, a to, że według papierów byłam rozwódką samotnie wychowującą dziecko, nic mi nie pomogło i nie miało żadnego znaczenia. Mięso kupowałam „spod lady” w sklepie koło mnie, za serwis z Włocławka, a załatwiłam telefon z sekretarką za odstąpienie zagranicznego wózka spacerowego. Ile się na to wszystko traciło energii, nawet nie wspomnę. Miałam własnego emeryta ( pana mieszkającego w tym samym bloku, co ja), któremu płaciłam za stanie w kolejkach i zdobywanie np.pomarańczy i odżywek i zupek „Bobo-frut”, dla dziecka. Kioskarz z kolei dostawał ode mnie, co miesiąc paczkę ciężko zdobytej kawy za zostawianie Tygodnika Powszechnego i Przekroju, a jeśli zostawił dla mnie dziesięć rolek papieru toaletowego lub waty dostawał drugą kawę ekstra. Pieluszki jednorazowe przywozili mi znajomi z zagranicy, a w ogóle wszystkie tego typu artykuły kupowało się, w Peweksie za dolary. Dolary kupowało się tu i ówdzie, trzeba było wiedzieć gdzie, a za ile, to była „powszechna tajemnica”….

No nie ważne, mogłabym tak pisać i pisać, sypiąc przykładami, całe godziny, zresztą tak jak wszyscy tutaj żyjący przed rokiem 80-tym. Czasem „piramidy kombinacji” były tak absurdalne, że opowiadało się to w towarzystwie jako najlepsze żarty, ale śmiesznego było niespecjalnie.

No nic. Dobrego dnia. „Kopciuszek” niedługo w telewizji w TVP1 i TVN, a potem w wersji DVD w sprzedaży we wszystkich EMPiKach, kioskach i księgarniach, jak mi mówią, dołączony do jedynego wydanego numeru gazety pt. „Kopciuszek”, po to, aby cały dochód trafił do potrzebujących dzieci chorych na choroby nowotworowe, a nie, pomniejszony o podatek VAT. Każdy czas, jak się okazuje ma swoje kombinacje.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.