NIE MÓW, ŻE KTOŚ BŁĄDZI JEŚLIŚ SAM SIĘ ZGUBIŁ. Pitagoras z Abdery
Przeczytałam w nocy książkę Ewy Błaszczyk i Krystyny Strączek „Wejść tam nie można”. Jestem nią bardzo przejęta. To jedna z tych książek, które warto przeczytać dla siebie, żeby wrócić do „początku”, złapać grunt pod nogami i sens… Przejmująca książka. Mnie sprawy w niej opisywane, refleksje Ewy i wszystko, o czym mowa, jest bliskie pewnie z wielu innych powodów niż większości czytelnikom, z powodów oczywistych, Ewa jest moją koleżanką, aktorką, znam historię i wiele jej aspektów nieporuszanych taktownie w książce, pominiętych, znałam Jacka Janczarskiego i wiele mu zawdzięczam, ale to wszystko nie ma znaczenia, to lektura wspaniała, potrzebna nam wszystkim.
Na jednej z ostatnich stron Ewa mówi: „Mama!” Mam w uszach jej krzyk. Pamiętam go. Nie wiem, gdzie jest w tej chwili, w jakich mrocznych czeluściach, ale wciąż słyszę jak mnie woła. Nie mogę przestać walczyć. Gdybym przestała, do końca życia czułabym się winna. Ten krzyk, który wydała z siebie po siódmej dobie, mnie determinuje. Daje mi siłę”. Wcześniej w jednej z wypowiedzi Jurek Satanowski mówi o Ewie: „Ona jest dla mnie symbolem odwagi i zaciętości”, chciałabym powiedzieć to samo i więcej. Obserwuję ją i tę niewyobrażalną dla każdej matki tragedię i mój szacunek i podziw dla Ewy rośnie z dnia na dzień.
Jak mam o tym napisać? O wrażeniu po tej lekturze? Wszytko wypada konwencjonalnie niestety, a chciałabym umieć nazwać to co czuję. Nie umiem.
I jeszcze jedno zdanie Ewy z tej książki bo jakże jest celne, tak bardzo wiem co się za nim kryje i tak dokładnie je rozumiem : Staram się też omijać szerokim łukiem osoby nieodpowiedzialne, które kradną czas, a nie dają nic w zamian. Próbuję je zrozumieć i zachować spokój. Nie zawsze mi to wychodzi. Ale sie uczę.
Dla Was dobrej niedzieli.