04
Maj
2005
08:05

dziennik 2005-05-04 08:31:00

GŁUPOTA MA DŁUGI JĘZYK. Anaksymander z Miletu

Dziś, obiecane sprawozdanie z wczorajszego przedstawienia Teatru Narodowego w Kaniach, pod dyrekturą Jerzego Radziwiłowicza, który w wiosennej sesji pierwszego sezonu artystycznego wystawił „Moralność pani Dulskiej” w reżyserii i adaptacji Andrzeja Domalika, jak zwykle w doborowej obsadzie i przy obecności wspaniałych gości z okolic Brwinowa, Podkowy Leśnej, Milanówka, Komorowa, Pęcic Małych i Kani.

Pogoda dopisała aż nadto, kostiumy okazały się uciążliwe i mylące, bo często błędnie określały postaci. Nie porozumiano się dostatecznie, co do ogólnej stylistyki i to zaciążyło nad całością przedstawienia. Powierzenie kobietom ról męskich, a mężczyznom ról kobiecych, proceder tak powszechnie ostatnio w teatrach stosowany, spowodowało galimatias, ale że tekst jest powszechnie znany, jest to wszak lektura szkolna, a publiczność wielce wyrobiona, po małych wyjaśnieniach i korektach już w trakcie spektaklu, a szczególnie dzięki temu, że na scenie obecny był narrator, objaśnający, kto wchodzi właśnie na scenę i co robi. Aktorom pozostawało już tylko pokazać co czuje postać w danym momencie, publiczność, szczęśliwie nie zagubiła się w akcji i konflikcie. Jak wiadomo utwór ma głęboką wymowę obyczajową i moralną, którą żal byłoby zagubić. Nie mniej kilka momentów interpretacyjnie pogrążyło się w chaosie, a inne znów przybrały nieoczekiwany obrót, jak np. scena Juliasiewiczowej granej przez pana Daniela Olbrychskiego i Zbyszka granego przez panią Ewę Telegę, ale to z kolei podniosło temperaturę i atrakcyjność całości. Generalnie aktorzy użyli środków zbyt szlachetnych i powściągliwych, które dobre byłyby przy interpretacjach dzieł dramatów narodowych jak „Dziady” czy „Beniowski”, a zastosowane ich do tej literatury, bynajmniej jej nie służą i nie pomagają. Tutaj należało nie bać się pewnych przerysowań i charakterystyczności, co zresztą sugerują didaskalia autorki: usta zasznurowane, buzia w ciup, tarza się po dywanach itd itp… Całkowitym nieporozumieniem okazała się rola pani Jandy, która obdarzona zaszczytem interpretacji Felicjana Dulskiego, nie podołała zadaniu i mętność tej postaci zaważyła na całości. Aktorka poza tym szalenie przytyła zimą, podczas długiego urlopu od sceny, co niewątpliwie nie pomaga w tej profesji. Miejmy nadzieję, że do jesieni wróci do formy fizycznej, bo jeśli chodzi o artystyczną nie da się w tej chwili nic powiedzieć, a raczej można by tu użyć słowa „zagubienie”. Pozostali aktorzy w świetnej, wciąż trenowanej formie, potykali się tylko o nieprecyzyjnie ustalone zadania sceniczne. Nie można się zresztą dziwić, ponieważ reżyser a zarazem adaptator tekstu, wziął na siebie także rolę narratora, i nadmiar obowiązków widocznie odbił się na przedstawieniu.

Być może całość wypadłoby lepiej, choć w kuluarach głośno było od słów pochwały, gdyby związki zawodowe teatru, nie żądały podczas przygotowań spektaklu, coraz dłuższych przerw na dopełnienie płynów w organizmach, miedzy próbami czytaną i trzema generalnymi, co zabrało wiele czasu, którego właśnie widoczny brak objawił się podczas samego już występu.

Nie mniej, spektakl można uznać za bardzo udany, publiczność, licznie zgromadzona wydawała się zadowolona, wielu z nich prosiło o powtórne odegranie upatrzonych podczas przedstawienia fragmentów, na co aktorzy nie przystali, co im się chwali, szczególnie że zbytnie uleganie żądaniom publiczności i schlebianie ich poślednim często gustom jest ostatnio wstydliwe acz powszechne. Jedynym zgrzytem była być może muzyka wybrana do tego tekstu, która gatunkowo określiła go w błędną stronę, oraz dłużyzna bicia zegara, sześć uderzeń w ciszy przy pustej scenie i poprzedzone tak monumentalna muzyką, zaciążyło na całym początku przedstawienia, a aktorom długo później nie udało się zbudować odpowiedniego nastroju. Dopiero taniec Hesi i Meli oraz końcówka z wejściem Juliasiewiczowej i Tadrachowej (tu gratulacje za kostium i charakteryzację, tupecik oraz rekwizyty) pozwoliły osiągnąć pożądane napięcie.

Publiczność po długich brawach, wyraziła nadzieję, że następne spektakle pojawią się niebawem. Na co i my mamy nadzieję.

A pochwały nie byłyby kompletne, jeśli nie wspomnielibyśmy sprawności organizacyjnej całości, czego powinny pozazdrościć inne tego typu przedsięwzięcia oraz zachwyty nad bufetem, który zaprezentował dbałość o zdrowie i podniebienia widzów, a sałatka owocowa pan dyrektorowej zasługuje na szczególne pochwały, może ona wejść na stałe do historii tego teatru przywoływana określeniami godnymi dziełom sztuki.

Tyle o wczorajszym przedstawieniu a dla Was dobrego dnia. Deszczowego i smutnego z wyglądu.

Zdjęcia dające tylko mętne pojęcie o całości zdarzenia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.