30
Kwiecień
2005
07:04

dziennik 2005-04-30 07:45:00

 

NIE CHLUBĄ JEST NADZIEJA, ŻE INNYM JEST GORZEJ. NIE JEST ZŁEM ŚWIADOMOŚĆ, ŻE INNYM JEST GORZEJ. Anaksymander z Miletu

Przygotowuję się do roli w filmie „ Miron i Jadwiga” pana Andrzeja Barańskiego. Powoli wchodzę w swat Mirona Białoszewskiego i Jadwigi Stańczakowej. To może być fascynująca opowieść. A opowiadać dzisiaj, w czasach pośpiechu i hucpy, cwaniactwa i zwycięstwa powierzchownych wartości i „jednodniowych twórczości”, o tych ludziach, o takich ludziach, to prawdziwe wspaniały pomysł. Mirona ma zagrać Tadeusz Chudziak. I na to spotkanie cieszę się jak dziecko.

Ja mam zagrać Jadwigę.

Miałam szczęście być raz w mieszkaniu pan Mirona, jeszcze kiedy mieszkał na Placu Dąbrowskiego. Zaprowadził nas do niego, wtedy studentów Szkoły Teatralnej , nasz profesor, a jego przyjaciel, który zresztą rewelacyjnie mówił jego wiersze,  Wojciech Sieminon. Pamiętam tylko że przesiedziałam całą tę wizytę na podłodze pod kaloryferem, z otwartymi ustami i zamętem w głowie, słuchałam fragmentów jego prozy i wierszy, tego co mówił i jak mówił z oczami okrągłymi jak filiżanki, a potem wszyszłam z  totalnym zamętem i zachwytem w głowie. Do dziś kiedy myślę „bohema”, staje mi przed oczyma tamto mieszkanie, Białoszewski w łożku ( przyjmował nas leżąc w łozku- miał właśnei depresję – jak powiedział) i atmosfera tego miejsca, poezji i jego głos.

Fragment scenariusza autorstwa Andrzeja Barańskiego:

SCENA 69/ 50 m. SALA-ZEBRANIE TOWARZYSTWA RADIESTETÓW, KORYTARZ Z TOALETAMI

A.

Zebranie naukowe Towarzystwa Radiestetów. Jest Jadwiga, Miron, Stacha. Usiedli w pierwszym rzędzie.

MIRON – Bardzo dużo młodzieży i ludzi starszych. Dużo łysków, panów. Podoba mi się, bo myślałem, że będą takie baby, co opowiadają sobie o snach.

Obok Jadwigi usiadł młody mężczyzna.

MŁODY – Jestem aktorem, będę czytał pani wiersze. Ja zbieram wiersze, które lubię. Pani wiersze chcę mieć w domu, jeżeli pani pozwoli.

Lech Emfazy otwiera zebranie. Potem mówi jego asystentka. I wreszcie proszą Jadwigę – teraz ona mówi. Potem demonstracja dermooptyczna. Na koniec młody aktor czyta wiersze Jadwigi.

Stoję na trawie

w moich oczach wewnętrznych

jaskrawa trawiastość

Dotykam jałowca

drobne igiełki

kole

już go widzę

Szum drzew

wiem – to brzozy

biało – czarne

zielono zwichrzone

Brodzę po rzeczce

czuję na wodzie

iskierki słońca

Jest już wszystko –

pejzaż

Sala przyjmuje życzliwie. Aktor odprowadza Jadwigę na miejsce.

Jadwiga jest fotografowana.

REDAKTORKA – Potrzebujemy zdjęcie do pani wierszy do „Pochodni” czarnodrukowej, to znaczy tej dla widzących. Redaktor Niewczasowa kiedyś pani powiedziała: „Pani będzie sławna, fotografowana”.

JADWIGA – To taka mała sławka, na skalę Polskiego Związku Niewidomych.

JADWIGA – Uf, po wszystkim!

MIRON – Ja teraz wyjdę siusiu.

JADWIGA – Ja też chcę.

B.

Wyszli na korytarz.

MIRON – Nie pamiętasz, jaki jest damski? Z kółkiem, czy z trójkątem?

JADWIGA – Ja też zapomniałam.

***

SCENA 70/ 16 m. ULICA DESZCZOWA

Ulica. Jadwiga z Zosią. Deszczyk, błotniście.

JADWIGA – O, świeci słońce, czuję na twarzy ciepło.

ZOSIA – Pani poddaje się sugestii, tak pani czuje ciepło, jak ja na Miodowej czułam kiedyś jako dziecko zapach miodu.

JADWIGA – Wczoraj zamknęłam tomik wierszy dla „Czytelnika”. Chwila ważna, koniec jakiegoś etapu w życiu. Zapraszam na obiad do restauracji. Chcę uczcić zamknięcie tomiku.

ZOSIA – Po co! Po co wydawać tyle pieniędzy? Najwyżej malutka kawa „groszek” i torcik po połowie.

JADWIGA – Miron nie pokazał się od tygodnia. Bez niego życie zezwyczajniało, nudnawe. Bardzo mi go brak. Zadzwonię do dozorcy Mirona i poproszę, żeby zostawił w drzwiach kartkę, żeby się ze mną zobaczył.

I jeszcze troszkę o nich obojgu- z internetu…

Miron Białoszewski – Poeta, prozaik, dramatopisarz, urodzony 30 lipca 1922 w Warszawie, zmarł 17 czerwca 1983 tamże. Zgodnie uznawany jest za jedną z najistotniejszych postaci literatury polskiej wieku dwudziestego i, równie zgodnie, za postać wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju, zarówno jeżeli chodzi o poetykę twórczości, jak i filozofię życia.

W okresie okupacji zadał maturę na tajnych kompletach i rozpoczął studia polonistyczne. Przeżył powstanie, po jego kapitulacji został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Uciekł z transportu i po zakończeniu wojny wrócił do Warszawy. Pracował najpierw na Poczcie Głównej, później, w latach 1946-1951 jako dziennikarz w „Kurierze Codziennym” i „Wieczorze”. W latach 1951-1955 utrzymywał się ze współpracy z pismami dla dzieci i młodzieży („Światem Młodych” i „Świerszczykiem-Iskierką”), dla których pisał, częściowo wspólnie z Wandą Chotomską, wiersze i piosenki. Choć pierwsze utwory opublikował już w 1947 (wiersz CHRYSTUS POWSTANIA w tygodniku „Warszawa” i opowiadanie OSTATNIA LEKCJA. WSPOMNIENIE OKUPACYJNE w „Walce Młodych”), za datę właściwego debiutu uznaje się rok 1955. Wtedy, bowiem poezja Białoszewskiego została zaprezentowana (z wprowadzeniem Artura Sandauera) w „Życiu Literackim” w ramach „Prapremiery pięciu poetów”, obok wierszy Herberta, Harasymowicza, Czycza i Drozdowskiego. W tym samym roku Białoszewski drukuje na łamach „Twórczości” KARUZELĘ Z MADONNAMI, a w 1956 wychodzi jego tomik poetycki OBROTY RZECZY, złożony z wierszy pisanych w latach 1952-1955, z których wyboru dokonał Sandauer.

Książka ta wzbudziła ogromne zainteresowanie krytyki i czytelników. Próbowano znaleźć formułę opisującą twórczość poetycką Białoszewskiego, zarówno tę zawartą w pierwszym tomiku, jak i w następnych – RACHUNKU ZACHCIANKOWYM (1959), MYLNYCH WZRUSZENIACH (1961), BYŁO I BYŁO (1965), ODCZEPIĆ SIĘ (1978), oraz wyborach, zawierających także teksty wcześniej nie drukowane: WIERSZE (1976), POEZJE WYBRANE (1976) i tomiku w serii POECI POLSCY (1977).

Mimo wysiłków krytyki Białoszewski pozostał przez całe życie „poetą osobnym”. Jego twórczość z trudem daje się poddawać klasyfikacjom, niełatwo znaleźć twórców mu pokrewnych. Generacyjnie związany z pokoleniem wojennym (Baczyński, Gajcy, Różewicz, Szymborska, Herbert) znacznie odbiegał od nich poetyką swojej twórczości. Z wyboru był outsiderem, nie uczestniczył w życiu politycznym, unikał wiązania się z organizacjami i grupami poetyckimi.

Tym, co charakteryzuje jego poezję, oprócz związków z XX-wieczną awangardą, jest pogłębiona refleksja nad językiem, dlatego bywa często określany mianem „poety lingwistycznego”. W swoich wierszach wykraczał poza granice przyjętego języka literackiego, rozbijał jego schematyzm. Interesowały go takie zjawiska jak mowa wykolejona, zakłócona błędem lub nieporadnością, bełkotliwa gadanina, przejęzyczenia i przypadkowe zbiegi okoliczności językowych, inercja i automatyzm. Odwoływał się do języka mówionego, potocznego i dziecięcego, nieustannie wypróbowując granice systemu językowego. Gra ze słowem nie stała się w jego twórczości celem samym w sobie, zawsze była poszukiwaniem sposobu na właściwy opis rzeczywistości.

Białoszewski jeszcze przed opublikowaniem debiutanckiego tomu poezji zaczął działać również w dziedzinie teatru – w 1955 wraz z Lechem Emfazym Stefańskim i Bogusławem Choińskim założył prywatny, eksperymentalny Teatr na Tarczyńskiej, gdzie wystawił m.in. WIWISEKCJĘ, KABARET, SZARĄ MSZĘ i WYPRAWY KRZYŻOWE. Po jego rozpadzie Białoszewski założył w swoim mieszkaniu na placu Dąbrowskiego Teatr Osobny wraz z malarzem Ludwikiem Heringiem i aktorką oraz malarką Ludmiłą Murawską – napisał dla niego m.in. OSMĘDEUSZY, DZIAŁALNOŚĆ. Zbiór programów i tekstów tego teatru został wydany w roku 1971 („Teatr Osobny”), a wpływ myślenia teatralnego daje się zauważyć również w jego poezji.

Proza Białoszewskiego to również swego rodzaju gra z językiem i przyzwyczajeniami czytelniczymi. Autor wybiera formy sytuujące się na granicy ogólnie przyjętej literackości – pamiętnik, dziennik, reportaż, wykorzystując wiele form języka. Zaciera różnice gatunkowe utworów, przeplata niekiedy prozę i poezję prowadząc także nieustanną grę pomiędzy światem fikcji kreowanym przez narratora a biografią autora. Opublikowany w 1970 PAMIĘTNIK Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO wykorzystał formę opowieści ustnej do opisu powstania z perspektywy cywila, dokonanego w sposób pozbawiony patosu, zwyczajny. Okazał się dziełem wybitnym, oryginalnym, a jednocześnie sprawiającym wrażenie dużej autentyczności. Kolejne tomy prozy: DONOSY RZECZYWISTOŚCI (1973), SZUMY, ZLEPY, CIĄGI (1976) i ZAWAŁ (1977) czy ROZKURZ (1980) to pisane w specyficzny dla Białoszewskiego sposób relacje z codziennych zajęć pisarza, spotkań z przyjaciółmi, dziennych i nocnych włóczęg. Wydane pośmiertnie, lecz przygotowane przez autora OBMAPYWANIE EUROPY i AAAMERYKA to z kolei zaskakujące w formie opisy podróży po Europie i Stanach Zjednoczonych.

Bibliografia

Poezja:

OBROTY RZECZY, Warszawa, PIW, 1956.

RACHUNKU ZACHCIANKOWY, Warszawa, PIW, 1959.

MYLNE WZRUSZENIA, Warszawa, PIW, 1961.

BYŁO I BYŁO, Warszawa, PIW, 1965.

ODCZEPIĆ SIĘ Warszawa, PIW, 1978.

WIERSZE Warszawa, PIW, 1976.

WIERSZE Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1976).

tomik w serii POECI POLSCY Warszawa, Czytelnik, 1977 .

TRZYDZIEŚCI LAT WIERSZY Warszawa, PIW, 1982.

STARA PROZA. NOWE WIERSZE. Warszawa, PIW,1984.

OHO, Warszawa, PIW, 1985.

Proza:

PAMIĘTNIK Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO Warszawa, PIW, 1970.

DONOSY RZECZYWISTOŚCI Warszawa, PIW,1973.

SZUMY, ZLEPY, CIĄGI, Warszawa, PIW, 1976.

ZAWAŁ, Warszawa, PIW, 1977.

ROZKURZ, Warszawa, PIW, 1980.

OBMAPYWANIE EUROPY. AAAMERYKA. OSTATNIE WIERSZE, Warszawa, PIW 1988

TEATR OSOBNY. 1955-63 Warszawa, PIW, 1971. (autor noty – Bartłomiej Szleszyński- Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego- marzec 2003 )

– Mówią: pani sama…   

– MÓWIĄ: PANI SAMA

A ja nie chcę nikogo

– A po co ci?

– Nie przeniosę się do bloków

– Pewnie, masz domek,

masz wybieg

a jak chcesz

-w trzy minuty załatwiania,

przyjaciele

– Tu się nie jeździ

Całość w Warszawie by wyszła na skwer.

Krąży cisza

w małe kółko.

Mama śpi.

Okno na stodołę

Zegar pyka.

Moje nowe mieszkanie

wisi gdzieś

ciepłe

w mróz

samo

naprawdę

co czuje?

Ballada o zejściu do sklepu

Najpierw zeszedłem na ulicę

schodami,

ach, wyobraźcie sobie,

schodami.

Potem znajomi nieznajomych

mnie mijali, a ja ich.

Żałujcie,

żeście nie widzieli, jak ludzie chodzą,

żałujcie!

Wstąpiłem do zupełnego sklepu;

paliły się lampy ze szkła,

widziałem kogoś – kto usiadł,

i co słyszałem?… co słyszałem?

szum toreb i ludzkie mówienie.

No naprawdę

naprawdę

wróciłem.

Donosy

Donos pierwszy

Markiza wyszła z domu

Donos drugi

Na Przybosia.Raz go spytałem:

-pan nie chciał nigdy pisać prozy?

-no nie, no jakbym mógł pisać takimi zdaniami:”Markiza

wyszła z domu o piatej.”

Donos trzeci Pomyślałem sobie, że racja czy nie racja, ale dowcipne wytłumaczenie.A

to nie Przyboś, a Valery.To stwierdził.

No tak, ale Przyboś pewnie nie podszywał sie pod Valery`ego, a był

pewien, że ja wiem, kto to powiedział. Czyli to ja byłem nie na poziomie.

A dowiedziałem się tego(że to Valery) dopiero teraz, z recenzji o tych

rzeczach z tego tomiku, chociaż tomik się jeszcze nie ukazał.

Donos czwarty, dodatkowy

-Ominięte „o piątej”, ale to nie szkodzi. Poprostu „markiza wyszła z

domu”. Teraz tyle ludzi wychodzi z domu i nie wraca, radio co i raz ogłasza.

Potem była mowa, że może markiz tak bardzo już nie ma.

-Jak to nie ma? Jest.Bardzo dużo.

-no tak, ty byłaś w gościach u markiza w Paryżu.

-no a ten, co podarował do muzeum do Polski meble i różne rzeczy do

urzadzenia Zamku?

-tak, racja.

Leżenia

1
naprzeciw nocnych szpar
ciemno-ja
mieszkanio-ja
leżenio-ja

2
leżenie
w wydłużanie się
bez jednej poprzeczki złości która skraca
idzie się tylko na długość idzie się idzie
puszcza się w dobrze sobie bycie
nie kończy się

3
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwania zielony

4
takie leżenie-myślenie jak ja lubię
to jest niedobre z natury
bo niech ja w naturze
tak sobie leżę-myślę
to zaraz napadnie mnie coś i zje

5
leżąc w łóżku chcę być dobrym
przez sen rożnie dużo dobroci
leżenie dobroć wygrzewa
ale wstanie ją zawiewa

 

I jeszcze wspomnienie o pani Jadwidze Stańczakowej z książki pani Anny Sobolerwskiej „ Cela” .

Jadwigę Stańczakową znałam bardzo dobrze, często podziwiałam. Pisano o niej wiele razy na łamach „Pochodni”. Chciałam także dołączyć tu krótkie o niej wspomnienie, bo każde świadectwo o człowieku, którego już nie ma, chroni go przed zapomnieniem.

Jadwiga Stańczakowa (z domu Strancman) urodziła się w 1918 r. w Warszawie i z tym miastem związała prawie całe swoje życie. Tu zaczęła przed wojną studia na Akademii Nauk Politycznych i tu przeżyła koszmar czasu zagłady – okupację hitlerowską. Była prześladowana z racji swego pochodzenia i musiała się ukrywać. Była śliczną, jasną blondynką o niebieskich oczach i ten typ aryjskiej urody na pewno pomagał jej przetrwać w tamtych czasach.

W 1944 r. znalazła się w wyzwolonym Lublinie i rozpoczęła wymarzoną pracę dziennikarską w dzienniku „Głos Ludu”. W rok później przeniosła się wraz z mężem do Gdańska i tam kontynuowała swą pracę w „Dzienniku Bałtyckim”. W młodym wieku dosięgła ją choroba oczu, widziała coraz gorzej, a po urodzeniu w 1948 r. córki, Ani, straciła wzrok. Runęły jej marzenia o karierze dziennikarskiej i życie straciło sens. Załamana wróciła do Warszawy, gdzie mieszkali jej rodzice. I tu szczęście uśmiechnęło się do niej. W 1951 r. poznała Stanisława Madeja, członka Zarządu Głównego PZN, który wprowadził ją do Związku. W 1952 r., w najtrudniejszym okresie stalinizmu i komunistycznej cenzury, otrzymała stanowisko redaktora naczelnego „Pochodni”. Była pierwszą kompetentną redaktorką. Jej reportaże z wyjazdów w teren wnosiły wówczas jakiś powiew nowości do pisma składającego się głównie z przedruków, w interesujący sposób przybliżały czytelnikom problemy niewidomych. Kierowała również kwartalnikiem „Niewidoma Kobieta”. Nie mogła się jednak pochwalić imponującym stażem w czasopismach brajlowskich. Pracowała w „Pochodni” zaledwie 6 lat, ale zaznaczyła tu swoją obecność. Nie czuła się spełniona jako dziennikarka, więc postanowiła dalej szukać swojego miejsca w życiu. W 1958 r. zrezygnowała z funkcji naczelnego redaktora „Pochodni”, aby poświęcić się pracy literackiej. Odczuwała silny wewnętrzny przymus pisania i pragnęła sprawdzić się jako pisarka. I jak się potem okazało, dokonała w życiu właściwego wyboru.

Swoją twórczość literacką rozpoczęła od cyklu felietonów radiowych. Wydała też zbiory krótkich opowiadań – „Ślepak”, „Przejścia”, „Boicie się czarnego ptaka”.

Na pewnym etapie jej życia los zetknął ją z Mironem Białoszewskim, poetą i pisarzem o wybitnej indywidualności, który stworzył jedną z najoryginalniejszych koncepcji antypoezji, czyli poezji pisanej wbrew wszelkim tradycyjnym regułom, a równocześnie urzekającą dowcipem i paradoksem sformułowań. Przyjaźń Jadwigi i Mirona należała do najciekawszych związków, bowiem łączyła bliskość intelektualna. Byli idealnie zharmonizowani i idealnie się uzupełniali. Miron nie grzeszył praktycznością, nie dbał o sprawy życia codziennego. O tym myślała Jadwiga. To ona, niewidoma, prowadziła jego papiery, pilnowała, by niczego nie wyrzucił, nauczyła go obsługiwać magnetofon, bo Miron nie znał się na technice. Była też jego kronikarką. Pisany przez nich wspólnie „Dziennik we dwoje” to pozycja pod wieloma względami wyjątkowa. Jest też nieocenionym źródłem wiedzy o życiu i osobowości autora „Donosów rzeczywistości”. Istnieje opinia, że przyjaźń, jaką Stańczakowa świadczyła Mironowi, to jej drugie dzieło obok dzieła literackiego. Miron z kolei namówił ją do pisania poezji. Pierwszy swój tomik pt. „Niewidoma” wydała w 1979 r. Stała się debiutantką poezji w wieku 60 lat. Następne opublikowane jej zbiory poetyckie to: „Magia niewidzenia”, „Depresje i wróżby”, „Na żywo”, „Ziemia-kosmos”, „Refugium”, „Wiersze dla mojej córki”. Jest autorką cyklu haiku (specyficzny rodzaj krótkich form poetyckich), wydrukowanego w Japonii. Była dumna, że stworzyła haiku dla dzieci. Jadwiga Stańczakowa otrzymała za swą twórczość wiele odznaczeń i nagród w kraju i za granicą.

Początkowo, pisząc wiersze, była poetycką uczennicą Mirona. Tworzyła swoje utwory pod jego artystyczną presją. Z czasem uwolniła się od wpływu poety, przekazując w swych wierszach cząstkę osobistych przeżyć, swój własny świat widziany po niewidomemu. Wyciągając zdarzenia ze swego życia, najczęściej drobiazgi, potrafiła odnaleźć w nich okruch czegoś uniwersalnego. Czytając jej utwory, zastanawiałam się, skąd w jej twórczości tak wiele ciepła i uśmiechu. Los nie szczędził jej przecież najtrudniejszych doświadczeń. Miewała też chwile depresji. A mimo tych wszystkich przeżyć żyła w harmonii z ludźmi (miała wielu przyjaciół), przyrodą i pewnie sama ze sobą. Od lat uprawiała jogę.

Pamiętam, po śmierci Mirona, zatelefonowałam do Jadwigi, aby ją jakoś wesprzeć moralnie. Rozmawiała ze mną spokojnie, opowiadała o okolicznościach jego śmierci, bez łez i załamań w głosie. Byłam zdziwiona, że tak łatwo potrafiła pogodzić się z koniecznością nieuniknionych pożegnań. I zaraz poczułam dla niej podziw.

Zamieszczam to wszystko, żebyście sobie o nich przypomnieli albo dowiedzieli. A ja sobie czytam „ Dziennik we dwoje” i się zachwycam. Scenariusz, który dostałam do pracy jednym z najładniejszych, jakie miałam w ręku. Tak się cieszę na tę pracę!

I Wam jeszcze,

dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.