18
Kwiecień
2005
06:49

dziennik 2005-04-18 06:49:00

DUSZA LUDZKA JEST ODZWIERCIEDLENIEM NIESKAŻONEJ CZYSTEJ WODY. Tales z Miletu

Wyjeżdżam z Warszawy, do 24, do mojej łodzkiej premiery. Tutaj w Warszawie we środę odbędzie się pogrzeb Jerzego Grzegorzewskiego, a w sobotę nowa premiera w Narodowym połączona z jubileuszem 30 lat pracy artystycznej Janusza Gajosa. Nie będzie mnie, będziemy wtedy mieć próby generalne.

Bardzo żałuję.

Jerzego Grzegorzewskiego, znałam tylko z widzenia, kiedyś, robiłam epizod jako zastępstwo w jego przedstawieniu w Teatrze Ateneum w „Bluzmuzalem”, nie pamiętam żeby powiedział wtedy do mnie choć jedno słowo. Zawsze uważałam go za nieśmiałego i delikatnego, kruchego jak najcieńsze szkło z wyspy Murano. Takiego go oceniałam, spotykałam, później wielokrotnie, przy okazji jego premier, na jego „czechowy” biegałam ze specjalną przyjemnością, coś im się obu z Czechowem razem zgadzało wyjątkowo, cisza była ta sama, pauzy, ich długość i zawartość. Swoje spektakle wciąż podglądał nieśmiało zza filarów, ukryty z ścianką, załomem, uśmiechał się delikatnie, kiedy publiczność reagowała. Kilka razy spotkałam go ot tak na mieście, lubił krążyć w kółko ulicami Warszawy, zapraszał nieśmiało na ciastko i kawę, nigdy nie było czasu, na końcu przy pożegnaniu, zawsze mówił – musicie coś zagrać razem panie, musicie, na pewno jest taki tekst dla was napisany. (Myślał o pani Teresie Budzisz- Krzyżanowskiej i o mnie, wiedział, że sprawia mi to wielką radość i zaszczyt, choćby powiedzenie tego.)

„Bluzmuzalem”, „Ameryka” pierwsze „kwiaty wyobraźni”, które zobaczyłam, to były wielkie spektakle, spektakle, które odwracały bieg życia, zmieniały go. Kiedy zobaczyłam Amerykę, jeszcze jako studentka szkoły teatralnej miałam uczucie, że spadły mi jakieś czarne zasłony oczu, że przejrzałam i widzę sens i kolory, a kolory tak fascynujące jakich nie podejrzewałam istnienia. A przecież sens u niego był bardziej w obrazach niż słowach, znaczenia w nastrojach, akcja i emocje w pauzach. Słowo. Słowo było właściwie bez znaczenia, albo istniało samotnie, jedno, dwa, trzy, ale za to królewsko, a jeśli dużo to jak muzyka czy dźwięk.

Podobno zasłabł pod drzwiami własnego mieszkania, upadł i tak leżał. Kiedy znaleźli go sąsiedzi jeszcze żył, pogotowie przyjechało już za późno. Ludzie mówią – nie umiał sobie ze sobą, swoją wyobraźnią, niepokojem, nieśmiałością, poradzić – jak to nadwrażliwy – mówią. Uciekał, zamykał się, zatracał. Jeśli cierpiał to sam, jak się cieszył, to po cichu w kącie. Serce nie wytrzymało. Niewątpliwie kochał teatr zmysłowo.

Dla Was, dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.