06
Kwiecień
2005
07:04

dziennik 2005-04-06 07:57:00

PIEŚŃ O BOGU UKRYTYM

I. WYBRZEŻA PEŁNE CISZY

1.

Dalekie wybrzeża ciszy zaczynają się tuż za progiem

Nie przefrunesz tamtędy jak ptak.

Musisz stanąć i patrzeć coraz głębiej i głębiej,

aż nie zdołasz już odchylić duszy od dna.

Tam już spojrzeń żadna zieleń nie nasyci,

nie powrócą oczy uwięzione.

Myślałeś, że cię życie ukryje przed tamtym Życiem

w głębiny pochylonym.

Z nurtu tego – to wiedz – że nie ma powrotu.

Objęty tajemniczym pieniem wieczności!

Trwać i trwać. Nie przerywać odlotów

cieniom, tylko trwać

coraz jaśniej i prościej.

Tymczasem wciąż ustępujesz przed Kimś, co stamtąd nadchodzi

zamykając za sobą cicho drzwi izdebki maleńkiej

– a idąc krok łagodzi

– i tą ciszą trafia najgłębiej.

2.

To Przyjaciel. Ciągle wracasz pamięcią

do tego poranka zimą.

Tyle lat już wierzyłeś, wiedziałeś na pewno,

a jednak nie możesz wyjść z podziwu.

Pochylony nad lampą, w snopie światła wysoko związanym,

nie podnosząc swej twarzy, bo po co –

– i już nie wiesz, czy tam, tam daleko widziany,

czy tu w głębi zamkniętych oczu.

Jest tam. A tutaj nie ma nic prócz drżenia,

oprócz słow odszukanych z nicości –

ach, zostaje ci jeszcze cząstka tego zdziwienia,

ktore będzie całą treścią wieczności.

3.

Póki morze przyjmujesz w swe otwarte źrenice

pod postacią falujacych kół,

zdaje ci się, że utoną w Tobie wszystkie głębie i wszystkie granice –

lecz już stopą dotknąłeś się fali,

a Tobie się zdawało:

to Morze we mnie mieszkało

taką ciszę rozlewając w koło, taki chłód.

Tonąć, tonąć! Przechylić się, potem obsuwać sie z wolna,

nie wyczuwać w tym odpływie stopni,

po których zbiega się drżąc –

tylko dusza, dusza człowieka zanurzona w maleńkiej kropli,

dusza porwana w prąd.

4.

Nie taki jest żywioł światła.

Kiedy morze cię szybko ukrywa

i roztapia w milczącej głębi

– światło od fal powłóczystych prostopadłe blaski oderwie

i z  wolna kończy się morze, a jasność napływa.

A wtedy, zewsząd widoczny, w zwierciadłach dalekich i bliskich

widzisz swój cień.

Jak się ukryjesz w tym Świetle?

Za małoś jest przeźroczysty,

a  jasność zewsząd tchnie.

Wtedy – patrz w siebie. To Przyjeciel,

który jest jedną iskierką , a całą Światłoścą.

Ogarniając sobą tę iskrę,

już nie dostrzegasz nic

i nie czujesz, jaką jesteś objęty Miłością.

5.

Miłość mi wszystko wyjaśniła,

miłość wszystko rozwiązała –

dlatego uwielbiam tę Miłość,

gdziekolwiek by przebywała.

A, że się stałem równiną dla cichego otwartą przepływu,

w którym nie ma nic z fali huczacej, nie opartej o tęczowe pnie,

ale wiele jest z fali kojącej, która światło w głębinach odkrywa

i tą światłością po liściach nie osrebrzonych tchnie.

Więc w takiej ciszy ukryty ja – liść,

oswobodzony od wiatru,

już się nie troskam o żaden z upadających dni,

gdy wiem, że wszystkie upadną.

6.

Ktoś sie długo pochylał nade mną.

Cień nie ciążył na krawędziach brwi.

Jakby światło pełne zieleni,

jakby zieleń, lecz bez odcieni,

zieleń niewysłowiona, oparta na kroplach krwi.

To nachylenie dobre, pełne chłodu zarazem i żaru,

które się we mnie osuwa, a pozostaje nade mną,

chociaż przemija opodal – lecz wtedy staje sie wiarą

i pełnią.

To nachylenie dobre, pełne chłodu zarazem i żaru,

taka milcząca wzajemność.

Zamknięty w takim uścisku – jakby muśnięcie po twarzy,

po którym zapada zdziwienie i cisza, cisza bez słowa,

które nic nie pojmuje, niczego nie równoważy –

w tej ciszy unoszę nad sobą nachylenie Boga.

7.

Pan, gdy się w sercu przyjmie, jest jak kwiat,

spragniony ciepła słonecznego.

Więc przypłyń, o światło z głębin niepojętego dnia

i  oprzyj się na mym brzegu.

Płoń nie za blisko nieba

i nie za daleko.

Zapamiętaj, serce, to spojrzenie,

w ktorym wieczność cała ciebie czeka.

Schyl się serce, schyl się, słońce przybrzeżne,

zamglone w głębinach ócz,

nad kwiatem niedosiężnym,

nad jedną z róż.

8.

Co to znaczy, że tyle dostrzegam, gdy nic nie widzę,

kiedy już poza horyzont ostatni osunał sie ptak,

kiedy fala w szkle go ukryła – opadłem jeszcze niżej,

zanurzając się razem z ptakiem w nurcie chłodnego szkła.

Im bardziej wzrok natężam, tym widzę mniej,

i woda schylona nad słońcem tym bliższe przynosi odbicie,

im dalszy od słońca oddziela ją cień,

im dalszy cień od słońca oddziela moje życie.

Więc w mroku jest tyle światała,

ile życia w otwartej róży,

ile Boga zstępujacego

na brzegi duszy.

9.

Z wolna słowom odbieram blask,

spędzam myśli jak gromadę cieni,

– z wolna wszystko napełniam nicością,

która czeka na dzień stworzenia.

To dlatego, by otworzyć przestrzeń

dla wyciągnietych Twoich rąk,

to dlatego, by przybliżyć wieczność,

w którą byś tchnął.

Nie nasycony jednym dniem stworzenia,

coraz większej pożądam nicości,

aby serce nakłonić do tchniena

Twojej Miłości.

10.

Za tę chwilę pełną śmierci dziwnej,

która w wieczność niezmierną odpływa,

za dotknięcie dalekiego żaru,

w którym ogród głeboki omdlewa.

Zmieszały się chwila i wieczność,

kropla morze objęła –

opada cisza słoneczna

w głebinę tego zalewu.

Czyż życie jest falą podziwu, falą wyższa niż śmierć?

Dno ciszy, zatoka zalewu – samotna ludzka pierś.

Stamtąd żeglując w niebo,

kiedy wychylisz się z łodzi,

miesza się szczebiot

dziecięcy – i podziw.

11.

Uwielbiam cię, siano wonne, bo nie znajduję w tobie

dumy dojrzałych kosów.

Uwielbiam cię, siano wonne, które tuliło w sobie

Dziecinę bosą.

Uwielbiam cię, drzewo surowe, bo nie znajduję skargi

w twoich opadłych liściach.

Uwielbim cię, drzewo surowe, boś kryło Jego barki

w krwawych okiściach.

Uwelbiam cię, blade światło pszennego chleba,

w którym wieczność na chwilę zamieszka,

podpływając do naszego brzegu

tajemną ścieżką.

12.

Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzymał sie krok od nicości,

tak blisko naszych oczu.

Zdawało się sercom otwartym, zdawało się sercom prostym,

że zniknął w cieniu kłosów.

A kiedy uczniowie łaknący łuskali ziarna pszenicy,

jeszcze głębiej zanurzył się w łan.

– Uczcie się, proszę, najmilsi, ode mnie tego ukrycia.

Ja, gdzie ukryłem się, trwam.

Powiedzcie, kłosy wyniosłe, czy wy nie wiecie,

gdzie się zataił?

Gdzie Go szukać? – kłosy, powiedzcie,

gdzie Go szukać w tym urodzaju?

13.

Bóg spoczywał w sercu i wszechświat,

lecz wszechświat gasł.

z wolna stawał się Rozumu Jego pieśnią,

najniższą z gwiazd.

Opowiadam wam zdziwienie wielkie, helleńscy mistrze:

nie warto czuwać nad bytem, który wymyka się z rąk,

jest Piękno rzeczywistsze,

utajone pod żywą krwią.

Cząstka chleba rzeczywistsza niz wszechświat,

pełniejsza bytu i Słowa

– pieśń jak morze zalewająca

– odmęt słońca

– wygnanie Boa.

14.

Synu, kiedy odejdziesz, wzbierajaca głebio odwieczna,

w której wszystko ujrzałem –

Ojcze, Miłość oznacza konieczność

wzbierania chwałą.

Synu, spójrz, niedaleko od Twojej jasności

jest kłosów dojrzałe pęcznienie –

Przyjdzie dzień, gdy odejmą Ci blask,

kiedy jasność Twą wydam ziemi.

Ojcze, spójrz, niedalekie od mojej miłości

jest me spojrzenie,

którym ograniam odwiecznie

ten dzień wzbierajacej zieleni.

Ręce twoje odejmą z mych ramion –

Synu, widzisz to unicestwienie,

Twój blask, kiedy przyjdzie dzień,

wydam kłosom pęczniejącej ziemi.

Ojcze, ręce odjęte z Twoich ramion

spoje z drzewem odartym z zieleni,

bladym światłem pszenicznym nasycę

ten blask, który w kłosy zmieniasz.

Synu, kiedy odejdziesz, Miłość odwieczna,

któż ogranie Cię nurtem najbliższym?

Ojcze, opuszczam Twoje wejrzenie wzbierajace zalewem słonecznym,

obieram oczy ludzkie –

obieram oczy ludzkie zalane światłem pszenicznym.

15.

Stać tak przed Tobą i patrzeć tymi oczyma,

w których zbiegają się drogi gwiazd –

Oczy, nieświadome Tego, Kto w was przebywa,

odejmujac Sobie i gwiazdom niezmierny blask.

Więc wiedzieć jeszcze mniej, a jeszcze wiecej wierzyć.

Powieki powoli zamykać przd światłem pełnym drżeń,

potem wzrokiem odepchnać przypływe gwieździstych wybrzeży,

nad którymi zawisa dzień.

Boże bliski, przemien zamknięte oczy

w oczy szeroko otwarte –

i nikły podmuch duszy drgającej w szczelinach róz

otocz ogromnym wiatrem.

16.

Często myślę o tym dnu widzenia,

który pełen będzie zdziwienia

nad tą Prostotą,

z ktorej świat jest ujęty,

w której przebywa nietknięty

aż dotąd

– i dalej niż dotąd.

A wtedy konieczność prosta coraz większą się wydaje tęsknotą

za owym dniem,

który wszystko obejmie niezmierną Prostotą,

miłosnym tchem.

17.

Zabierz mnie, Mistrzu, do Efrem, i pozwól tam z sobą pozostać,

gdzie ciszy dalekie wybrzeża opoadają na skrzydłach ptaków,

jak zieleń, jak fala bujna, nie zmącona dotkanięciem wiosła,

jak koło szerokie na wodzie, nie spłoszone cieniem przestrachu.

Dzięki, żeś miejsce duszy tak odsunął od zgiełku

i w nim przebywasz przyjaźnie otoczony dziwnym ubóstwem,

Niezmierny, ledwo celkę zajmujesz maleńką,

kochasz miesca bezludne i puste.

Bo jesteś samą Cisza, wielkim Milczeniem,

uwolnij mnie już od głosu,

a przejmij tylko dreszczem Twojego Istnienia,

dreszczem wiatru w dojrzałych kłosach.

                                                                       Karol Wojtyła

„Zmieszały się chwila i wieczność, kropla morze objęła” – jak sam napisał.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.