23
Marzec
2005
06:02

dziennik 2005-03-23 06:02:00

PRZYPRAWĄ POTRAWY JEST GŁOD.Cycero

Marcus Tullius CYCERON ( 106-43 p.n.e.)- czołowy przedstawiciel myśli rzymskiej związanej ze stoicyzmem. Wsławił się jako radca prawny, filozof i retor. Będąc konsulem, wykrył spisek Katyliny w roku 63. Został zamordowany z rozkazu Antoniusza. Znany m.in. ze znakomitych obrończych mów sądowych. Brał czynny udział w polityce, był przeciwnikiem okrucieństwa i zepsucia obyczajów. Wedle niego najwyższe cnoty to opanowanie i rozsądek, dusz wsparta rozumem. Stał się twórcą łacińskiej terminologii w dziedzinie filozofii. Do najbardziej znanych jego dzieł zaliczamy: O powinnościach, powinnościach naturze bogów, Rozmowy tuskulańskie, O państwie, O prawach. ( Marek Niechwiej „Historia filozofii”)

Byliśmy w Gdańsku na uroczystościach przyznania tytułu doktora honoris causa uniwersytetu gdańskiego, dla Andrzeja Wajdy. Za chwilę dwudziesta piąta rocznica porozumień sierpniowych, Wybrzeże, wspominanie okresu kręcenia „ Człowieka z żelaza, obecność nas wszystkich znów w tych miejscach, Andrzeja, Jurka Radziwiłowicza, Krystyny Zachwatowicz, mojego męża Edwarda Kłosińskiego –operatora filmu. Wzruszenia. Wystawa opowiadająca o kolejnych pobytach Andrzeja Wajdy na Wybrzeżu, wspaniała laudacja wygłoszona przez prof. Jerzego Limona, spotkanie z młodzieżą. Wzruszenia.

Laudację autorstwa prof. Limona zamieszczę jak tylko ją dostanę drogą elektroniczną a na razie trochę zdjęć i życzenia dobrego dziś dnia dla Was.

Ja do Łodzi.

LAUDACJA – prof Jerzy Limon.

Magnificencjo Rektorze, Czcigodny, Wielkoduszny i Sławny Senacie, Szlachetni i Jaśnie Oświeceni Panowie, Najłaskawsze Panie, Szlachetny Panie Dziekanie i Wielce Rozumna Wysoka Rado, Dostojni Łaskawcy i Szanowni Goście, i Ty – po trzykroć Czcigodny Doktorze Honoris Causa!

Przywitałem Państwa tak, jak przed czterystu laty robili to aktorzy angielscy, którzy zjeżdżali do Gdańska podczas Jarmarku Dominika i jeszcze za życia Szekspira grali tu jego sztuki, w teatrze, który był pierwszą sceną publiczną na terenie Rzeczpospolitej. Nawiązanie do tej niezwykłej karty w tradycji teatralnej Gdańska jest w mniejszym stopniu retorycznym przywołaniem ornamentalnej stylistyki, jaką aktorzy okraszali swe supliki składane na ręce gdańskich rajców, aniżeli podkreśleniem faktu, iż dzień 21 marca Anno Domini 2005 jest nie tylko świętem Uniwersytetu Gdańskiego lecz również świętem teatru i sztuki w ogóle. Pan Andrzej Wajda dostaje doktorat honoris causa UG. Wszystkie muzy tańczą w niebie a zza kulis niebieskich spoglądają na nas ci wszyscy, którzy przez te czterysta lat tworzyli kulturę miasta, nie bez racji nazywanego perłą w koronie Rzeczpospolitej. W jednej z suplik, jakie aktorzy angielscy pozostawili po sobie w Gdańsku, piszą z wielką wiarą, że ich sztuka, podziwiana przez wielkich i maluczkich, „będzie trwała dopóty dopóki świat będzie istniał w naszej mowie i obyczajach”. Piękne to słowa i warte przypomnienia w epoce, kiedy czas oznacza już nie tylko pieniądz ale i przepływ informacji. A sztuka to przecież rodzaj komunikatu o niezwykłej złożoności, szczególnego przekazu informacji. Właśnie dzięki temu, że jest to komunikat złożony, ma on nadzwyczajną pojemność informacyjną: ma zdolność powiedzieć więcej, niż komunikaty innego typu, nieartystyczne. Dlatego wymaga czasu, zarówno w procesie twórczym jak i w odbiorze. A my daliśmy sobie wmówić, że im szybciej tym lepiej. Konsekwencją tego jest dalsze przekonanie, że im prościej, tym lepiej, stąd kulturowa globalizacja polegająca na uproszczeniu wszelkich komunikatów i ich odczytań. Widzimy to w literaturze, a także w filmie czy teatrze, że o mass-mediach nie wspomnę.

Na szczęście nie wszyscy się z tym godzą i cała twórczość Andrzeja Wajdy – na którą składa się, bagatela, 36 filmów i 52 przedstawienia teatralne – jest głosem sprzeciwu przeciwko kulturze uproszczonej, kalekiej czy ocenzurowanej. Wszystko, co stworzył, jest nie tylko dowodem zaangażowania artysty w dzieje i teraźniejszość własnego kraju, namysłem nad losem człowieka w ogóle, ale i stałym przypominaniem wagi sztuki, która ma ową niezwykłą zdolność przenikania przez – jak to Szekspir nazywa – „ziarna czasu”. „Nic nie oddaje wierniej biegu rzeczy tego świata niźli tragedie i komedie, ukazujące ludzi i ich losy niczym w zwierciadle, w którym każdy może ujrzeć i rozpoznać samego siebie” – napiszą 400 lat temu aktorzy angielscy, prosząc wysoką radę o zgodę na występy w Gdańsku.

Wspomniane w suplice Anglików „mowa i obyczaje” to nic innego jak szeroko rozumiana kultura – słowo, dodam, które w dzisiejszym znaczeniu do angielszczyzny weszło dopiero na początku XIX wieku. W każdym razie, dla artystów sceny, pierwszych zawodowców, którzy do Gdańska trafiali, koniec teatru i kultury w ogóle oznacza koniec świata i to niekoniecznie w sensie metaforycznym. Nawet jeśli zawarte w tym jest przekonanie o nieuchronności owego końca, to jest on oddalany przez wielkich twórców tego świata i jednym z nich jest nasz Czcigodny doktor honoris causa (może jeszcze przez chwilę: doktorant). „Jesteś jednym z ostatnich, którzy trwają w walce o kulturę europejską” – powie Ingmar Bergman z okazji wręczania panu Andrzejowi Wajdzie w 1990 roku w Berlinie honorowej Europejskiej Nagrody Filmowej – Felixa. To, co rozumiemy pod pojęciem „kultura europejska”, to nie tylko kilka tysięcy lat tradycji ale stopień złożoności, wielopiętrowych znaczeń, które owa kultura wraz ze swymi kodami tworzy.

Szanowni Państwo, w laudacjach obowiązuje styl wzniosły, gdzie z rezerwuaru figur i tropów retorycznych, stylistycznych ozdobników, buduje się wypowiedź okolicznościową, ku chwale osoby laudacją uhonorowanej. W wypadku twórczości artystycznej i wielkiego twórcy jest to jednak gorset, by nie powiedzieć kaftan bezpieczeństwa, który jedną rękę wiąże rękawem z napisem sztampa, drugą zaś rękawem z napisem banał. Jak w ciągu parunastu minut można coś oryginalnego powiedzieć o wielkim artyście kina i teatru? O którym pisze się książki i doktoraty? O którym na naszą uroczystość świetne i wnikliwe recenzje napisali znani profesorowie, Janusz Degler, Jan Ciechowicz i Tadeusz Lubelski. Którego sztuka wymyka się jednoznacznym interpretacjom i jak każde wielkie dzieło daje różne odpowiedzi w zależności od stawianych pytań. Powiedzieć bez uproszczeń i poza owym gorsetem tradycji i formalnej poprawności? Jest to zadanie niemożliwe do spełnienia chyba, że laudacja sama w sobie byłaby tekstem artystycznym: ale tylko rzeczywiście wielki poeta potrafiłby w paru słowach oddać fenomen Andrzeja Wajdy. Pozbawiony tych talentów, pozwolę sobie oprzeć się na opiniach moich uczonych kolegów, obficie czerpiąc z ich recenzji wspierających decyzję nadania doktoratu honoris causa Andrzejowi Wajdzie, choć sam wymóg owych recenzji w sprawie tak oczywistej, dowodzi jak bardzo ulegamy formie.

Z opinii profesora Tadeusza Lubelskiego chciałbym przytoczyć fragment szczególnie ważny dla zrozumienia fenomenu twórczości Andrzeja Wajdy. Należy on bowiem niewątpliwie „do tego grona tworzących w czasach Peerelu artystów, którzy – porozumiewając się ze swoimi odbiorcami za pośrednictwem języka ezopowego – uczynili szczególnie wiele dla podtrzymania świadomości, że wolność, którą wówczas dysponowaliśmy, jest ograniczona, że natomiast niezbędna jest i człowiekowi, i społeczności – wolność prawdziwa, że zatem warto wierzyć, iż obecny werdykt historii nie jest ostateczny. Ta ostatnia prawda nie od razu zresztą w dziele Wajdy doszła do głosu. Wcześniej, w utworach okresu Szkoły Polskiej, wystarczyć musiało poczucie tragiczności. Słynny brak dobrego wyjścia z powstańczego kanału, niezapomniany śmiech Cybulskiego nad zapalonymi lampkami ze spirytusem i śmierć jego bohatera na śmietniku – uświadamiały odbiorcom, że w warunkach braku wolności żaden wariant losu nie może być w pełni satysfakcjonujący. Nie mieli racji krytycy Popiołu i diamentu, zarzucający reżyserowi – na fali odbywanej w latach 80. Rewizji dawnych ocen, że – ujawniając omnipotencję sekretarza i bezradność akowca – w gruncie rzeczy utwierdzał odbiorców w oportunizmie. Było inaczej: ten film całą swoją konstrukcją odsłaniał mechanizm życia w Peerelu. A uświadomienie tragizmu działa jak otwarcie oczu”. Od siebie dodam, już jako anglista, że słynną scenę z prześcieradłami dosłownie zacytował z Wajdy współczesny dramaturg angielski Edward Bond, umieszczając ją w kluczowej scenie swojego Leara. Dowodzi to jak wielki był wpływ Mistrza na twórców w innych krajach, co chyba nie zostało jeszcze należycie opisane.

Na inny aspekt twórczości Andrzeja Wajdy zwraca uwagę profesor Janusz Degler: „Andrzej Wajda niemal od początku swej działalności w teatrze konsekwentnie mierzył się z wielkimi arcydziełami. Wzorem wybitnych twórców teatru XX wieku wielekroć do nich powracał, odczytując je na nowo. Czterokrotnie wystawiał Hamleta i Wesele, trzykrotnie Zbrodnię i karę i Biesy. Cztery razy inscenizował Sprawę Dantona Przybyszewskiej. Ponadto każde z tych dzieł miało swoją realizację filmową lub telewizyjną. O odmiennym sposobie odczytania owych utworów decydował przeważnie inny kontekst społeczno-polityczny lub kulturowy. Ale do tego powrotu skłaniała go jednak nie tylko chęć sprawdzenia ich w nowych układach i z wykorzystaniem nowych doświadczeń… Sceniczną interpretacją arcydzieł polskiej i światowej literatury Wajda ożywiał nie tylko uniwersalne i narodowe mity, ale docierał także do archetypów kształtujących zbiorową wyobraźnię i pamięć. To właśnie sprawia, że jest on jednym z najbardziej twórczych reżyserów kontynuujących tradycję romantyzmu w polskiej kulturze”. Profesor Degler podkreśla też szczególne powody, które ma Uniwersytet Gdański, aby przyznać tytuł doktora honoris causa Andrzejowi Wajdzie. Wątek ten rozwija profesor Jan Ciechowicz: „najmocniejszym argumentem na rzecz doktoratu honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego dla Andrzeja Wajdy pozostają, oczywiście, związki artysty z Trójmiastem… Na początku, rzecz jasna, był Zbigniew Cybulski… Andrzej Wajda wyreżyserował wtedy dwa przedstawienia teatralne w Teatrze Wybrzeże… Zadebiutował Kapeluszem pełnym deszczu Gazzo (1959)… Pisano, że jest to kapelusz pełen Wajdy, pełen Cybulskiego, pełen talentu… [Później] był pierwszy z czterech Hamletów w inscenizacji Wajdy… w nowym przekładzie Brandstaettera, po raz pierwszy bodaj w Polsce przeczytany przez studium o Hamlecie Wyspiańskiego, bez którego nie byłoby Szekspira współczesnego Jana Kotta… Andrzej Wajda wrócił na Wybrzeże jako reżyser – zarówno teatralny jak i filmowy – w roku 1980… Przyjechał do Gdańska w ostatnich dniach sierpniowego strajku… Próby ze Sprawy Dantona… – dramatu o rewolucji, napisanego przecież w międzywojennym Gdańsku – rozpoczął Wajda we wrześniu 1980 roku. Trwały one zaledwie sześć tygodni. Podczas pierwszych spotkań z inscenizatorem… aktorzy Teatru Wybrzeże nie chcieli nawet słyszeć o tak odległym terminie premiery, do której aż się palili. Proponowali próby po godzinach, dniem i nocą, bez wynagrodzenia. Chcieli przygotować spektakl w ciągu dwóch tygodni. Ostatecznie pokazano Sprawę Dantona w inscenizacji Andrzeja Wajdy, reżyserii Maciej Karpińskiego, scenografii Krystyny Zachwatowicz w budynku Wielkiego Młyna na Rajskiej, dokładnie 9 listopada 1980 roku”. Wszyscy recenzenci podkreślają „gdańskość” obu filmów: Człowieka z marmuru i Człowieka z żelaza, w których obok zawodowych aktorów zagrało wiele osób, które tworzyło gdański sierpień, Solidarność i – później – III RP, z prezydentem Lechem Wałęsą na czele. Jako anegdotę można podać też fakt, iż w Człowieku z żelaza pierwszy w swym życiu kościelny związek małżeński i to przed „prawdziwym” księdzem zawarli Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz a sprawa jego ważności do dziś pozostaje niewyjaśniona.

Do słów moich uczonych kolegów mogę jeszcze dodać podziw dla działalności politycznej i społecznej Andrzeja Wajdy, podziw nie bez cienia zazdrości – jeśli idzie o skuteczność zwłaszcza tych ostatnich. Wybudowanie centrum kultury japońskiej w Krakowie było czynem wprost heroicznym i do dziś pochłania dużo czasu i energii Mistrza. Realizując ów projekt, tchnął Andrzej Wajda nadzieję w często łopoczące bezradnie żagle organizacji pozarządowych, skazanych na – jak to Szekspir w nieco innym kontekście ujął – „pychę możnych i bezczelność urzędu”. Wcale nie łatwiejszym przedsięwzięciem jest inicjatywa budowy teatru elżbietańskiego w Gdańsku, którą – jako patron honorowy całego przedsięwzięcia – wspiera od wielu lat, aktywnie biorąc udział w spotkaniach promocyjnych, a także – ostatnio – w obradach sądu międzynarodowego konkursu architektonicznego, który wybrał najlepszy projekt. Nasza ścisła współpraca rozpoczęła się w 1996 roku, kiedy Andrzej Wajda pomógł nam opracować koncepcję artystyczną imprezy promocyjnej w Brukseli, którą prześwietną francuszczyzną poprowadził pan Jerzy Radziwiłowicz, wychodząc na scenę dosłownie z ekranu, na którym wyświetlano fragmenty „Człowieka z żelaza”. To wydarzenie do dzisiaj w Brukseli pamiętają. Wielką też wagę Mistrz przywiązuje do kształcenia młodych twórców filmowych, kierując Szkołą Mistrzowską w Warszawie. Wspomina o tym w swej recenzji profesor Tadeusz Lubelski. Z prywatnej wypowiedzi Mistrza wiem, że szczególną satysfakcję daje mu nauczanie w – jak to nazywa – „filmowym przedszkolu”, gdzie przedszkolakami są uczniowie szkół średnich. Wydaje mi się jednak, że w jakimś sensie – i w różnym oczywiście stopniu – wszyscy jesteśmy Pańskimi uczniami. Uczniami wrażliwości artystycznej, społecznej i politycznej, przenikliwości i ostrości widzenia.

Chciałbym jednak chociaż w niewielkim stopniu odejść od sztywnej formy tradycyjnej laudacji i zakończyć swoje wystąpienie akcentem osobistym, choć jestem przekonany, że dotyczy on całej grupy pokolenia urodzonego i wykształconego po wojnie, które aż do 1989 roku nie miało i nie znało innej ojczyzny od PRL-u. Profesor Janusz Degler w zakończeniu swojej opinii pisze, iż przyznanie tytułu doktora honoris causa Andrzejowi Wajdzie przez Uniwersytet Gdański „to nie tylko wyraz uznania dla jego olbrzymiego dorobku artystycznego i zasług dla polskiej kultury, ale także symboliczna forma podziękowania za to, co mu wszyscy zawdzięczamy”. Chciałbym do tych słów nawiązać i sprecyzować, co ja i – przypuścić można – znaczna część mojego pokolenia zawdzięczamy panu Wajdzie.

Całe życie przyszło mi żyć w kraju, który stale ktoś stara się mi obrzydzić, uczynić wstrętnym. Ja natomiast, urodzony w połowie wieku, chciałem i chcę być z tego kraju dumny, bez popadania w coraz bardziej dziś niedorzeczny nacjonalizm. Dumny z historii i ludzi, którzy ten kraj tworzyli i tworzą. Dumny z ich osiągnięć, które w jakiejś małej cząstce spływałyby i na mnie. Dlatego już w szkole podstawowej, kiedy zaczęto nas uczyć historii, bardzo mnie bolało może nawet nie to, że piórami usłużnych jak zawsze historyków opluwano cały dorobek przedwojennej czy szlacheckiej Polski, lecz poruszał mnie do żywego powtarzany z niejaką dumą fakt, iż w naszych dziejach do boju zawsze ruszaliśmy nie tylko z mniejszą liczebnie siłą ale i gorzej uzbrojeni. Szczególnie to ostatnie było niezrozumiałe. Dlaczego zawsze z maczugami czy pałkami i na dodatek pieszo na zakutych w zbroje konnych rycerzy albo z szablami na czołgi? Dlaczego zawsze zwycięstwo zawdzięczaliśmy Opatrzności, bohaterstwu i poświęceniu, a nie osiągnięciom myśli? Ten niedorozwój techniczny, jaki wyłaniał się z lekcji historii, nadrabiany oczywiście niespotykanym – jak nam mówiono – u innych narodów hartem ducha i walecznością wojów, rycerzy i żołnierzy, znajdował swoją kontynuację w tym, co oferowała powojenna Polska, w świecie przedmiotów, jakże trudnych do zdobycia, ale jakże tandetnych i zacofanych w porównaniu z tym, co miał do zaoferowania Zachód. Ale i tak potrafiłem odczuwać dumę z tego, że samochód Syrenka, startujący w rajdzie Monte Carlo, dojechał do mety. Nieważne było na jakim miejscu, ważne, że polska myśl techniczna sprawiła, iż pojazd ów dojechał. W końcu Marusarz też sobie wystrugał narty, a Janko Muzykant skrzypki. Wydawało się przy tym, że cały świat patrzy na nas i podziwia. Tak jak podziwiał nas za osiągnięcia sportowe, elektryfikację wsi, czy osiągnięcia w produkcji kwasu siarkowego i wydobyciu węgla. W zanadrzu były jeszcze trzy karty atutowe: walet Chopin, król Kopernik i dama Curie-Skłodowska. Dopiero w szkole średniej, kiedy miałem pierwszy kontakt z mediami zachodnimi, słuchałem Wolnej Europy (głównie – przyznaję ze wstydem – ze względu na audycje muzyczne), czytałem przemycane książki i czasopisma wydawane przez Polaków za granicą, dopiero wówczas zrozumiałem, że to, co do tej pory napawało mnie dumą, dla wielu było fałszem, pół-prawdą albo po prostu farsą. Był to zimny prysznic. Z perspektywy wspaniałego, lepszego świata, paryskich kafejek i bistro, gdzie pito tajemniczy napój o nazwie absynt, wyśmiewano to wszystko, z czego do tej pory chciałem być dumny. Pisano inną historię, cieszono się z każdego niepowodzenia, niczym opozycja w dzisiejszych czasach. Kraju, w którym się urodziłem i w którym żyłem, miałem się wstydzić, postrzegać jako urągowisko Europy. Ucieczka z niego stawała się czynem heroicznym, pozostanie – graniczyło z hańbą i konformizmem. Ale z tym nie chciałem się pogodzić i aczkolwiek dostrzegałem wyraźnie opary absurdu, jaki nasz kraj spowijały, to nadal chciałem znaleźć sens życia tutaj, w egzotycznej dla Zachodu krainie dyktatury ciemniaków.

I wówczas – jako kilkunastoletni chłopak – dostrzegłem, że jest dziedzina aktywności człowieka, w której jesteśmy rzeczywiście dostrzegani i podziwiani przez świat. Ową dziedziną była sztuka. I nie w tym rzecz, że jesteśmy narodem szczególnie predestynowanym do twórczości artystycznej, ale los sprawił, że w powojennej Polsce pojawiła się niewielka grupa twórców, zaledwie paru poetów i reżyserów filmowych i teatralnych, których dokonania rozsławiły Polskę na świecie, jako kraj wielkiej sztuki. A wszystko dzięki paru, dosłownie paru ludziom. Jeden z nich siedzi tu, na tej sali. To dzięki niemu nie musiałem się wstydzić. To on sprawił, że jako student odczułem autentyczną dumę, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Anglii a tam poznany przypadkowo poeta przywitał mnie słowami: „Jakże się cieszę, że mogę spotkać kogoś, kto pochodzi z kraju Mrożka, Wajdy i Herberta”. Nieco później to w znacznej mierze dzięki filmom Andrzeja Wajdy, „Solidarność” i Gdańsk stały się rozpoznawalne na świecie. To też napawało nas wszystkich dumą: powiedzieć „jestem z Gdańska” wywoływało zawsze błysk zrozumienia a często i podziwu. Był Andrzej Wajda również współtwórcą niezwykłego okresu świetności teatru polskiego. Opowiadał mi znany krytyk angielski, John Elsom, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jeździło się do Polski, by zobaczyć teatr – również w Pańskich realizacjach – na najwyższym poziomie światowym. Wówczas zrozumiałem, że czarny obraz naszej powojennej historii nie do końca jest prawdziwy, przecież i tu było miejsce na osobiste szczęście, a także – pomimo ograniczeń cenzury – na wielką sztukę. Ta sztuka mówiła nie tylko o moim kraju, ale również o mnie, o doświadczeniach wyniesionych z życia w kraju cudacznym, w krainie króla Ubu, którego niesforni poddani co rusz odmawiali udziału w narzuconym scenariuszu. I z tego doświadczenia i przeżycia artystycznego byłem dumny. I za to wszystko, chciałbym Panu, Mistrzu, podziękować.

To dzięki Pańskiej fenomenalnej szczepionce mogłem uodpornić się też na to, że nadal, po kolejnym cudzie nad Wisłą (a może raczej „nad Bałtykiem”?), po uzyskaniu pełnej niepodległości, stale ktoś chce mi mój kraj obrzydzić. Okazuje się, że według nowych „obrzydzaczy” III RP jest dzieckiem narodowej zdrady, zmową służb specjalnych. Nawet „Solidarność” jest dziś opluwana a jej rola w rewolucji ustrojowej – pomniejszana. Haniebne ataki nie oszczędzają jej wielkich przywódców. Nie wątpię jednak, że cały ten bełkotliwy zgiełk przeminie, a pozostanie to, z czego my wszyscy możemy być dumni – wielka sztuka. Podzielam Pańską niezachwianą wiarę z niezwykłą precyzję i przenikliwość widzenia świata przez wybitnych ludzi sztuki. Zauważmy, że w filmie Człowiek z marmuru to Agnieszka, tak świetnie zagrana przez Krystynę Jandę, artystka, młody reżyser filmowy, dochodzi do prawdy o przeszłości. Nie dziennikarz, nie uczony, nie polityk, lecz artystka. Przygotowując się do wspomnianego konkursu architektonicznego na projekt teatru elżbietańskiego w Gdańsku i chcąc poznać ducha miejsca, włoski architekt Renato Rizzi sięgnął po dwa dzieła wybitnych twórców, Guentera Grassa Blaszany bębenek i właśnie Andrzeja Wajdy Człowieka z marmuru; z nich wyczytał więcej, niż z opasłych tomów historyków, socjologów czy publicystów. Dumny jestem, że decyzją Rady Wydziału Filologiczno-Historycznego i Senatu obaj ci artyści są teraz doktorami honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. I chociaż w dzisiejszym świecie medialnego wrzasku, blichtru, tandety i pozoru, wśród porykiwań troglodytów (których wzorcem osobowym i etycznym zdaje się być tak przenikliwie w teatrze telewizji przez Andrzeja Wajdę ukazany Bigda, który idzie), którzy na naszych oczach starają się napisać na nowo historię i stworzyć nowy, kuriozalny ustrój czyli demokrację ciemniaków, głos sztuki jest przygłuszony i często mało słyszalny, to jednak nie wątpię, że to on przetrwa – „dopóki świat będzie istniał w naszej mowie i obyczajach” – a co więcej – przekaże prawdę o tym, jak my sami postrzegamy siebie, naszą przeszłość i teraźniejszość. I za to też, za naukę ostrości widzenia, dziękuję Panu – Mistrzu.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.