14
Luty
2005
14:40

dziennik 2005-02-14 14:40:00

KONIECZNOŚĆ JEST ZWYKLE SILNIEJSZA NIŻ MIŁOŚĆ. Seneka Młodszy

Czyli – uczucia najczęściej przegrywają z twardymi regułami rzeczywistości a często też człowiek nie ma wyboru – nie najweselsza to myśl filozofa w dniu święta zwanego WALENTYNKI.

Ja w każdym razie życzę wam abyście byli kochani i pożądani, atrakcyjni i zawsze godni uczucia, choć i tak, jak mawiała moja babcia ”każda potwora znajdzie swego amatora”, a mówiąc potwora nie miała na myśli urody tylko charakter, tak wiec nie traćcie nadziei, żadne z was.

Wracając zaś do konieczności, bardziej wierzę w twarde reguły rzeczywistości stające na drodze do szczęścia niż osobisty brak wyboru. Brak wyboru to przeżytek choćby dziewiętnastowieczny, nie bardzo mający dziś zastosowanie i nie wierzcie takim wymówkom gdyby się zjawiły miedzy wami a miłością waszego życia, napisałabym bez wahania – „nie wierzcie bo to kłamstwo”, gdybym nie znała historii pewnej miłości, a ponieważ ją znam i zdarzyła się na moich oczach, ręka mi drży przed tak kategorycznym słowem.

Była sobie pewna miła, śliczna, wspaniała po prostu dziewczyna. Opuściła rodzinny dom i pojechała na studia do Francji. Tam zakochała się śmiertelnie i z wzajemnością w pewnym panu. Pan miał żonę i dwoje dzieci oraz stanowisko naukowe. Dzieci wspaniałe a żonę chorą, umysłowo chorą, wymagającą stałej obserwacji i opieki. Śliczna, dobra dziewczyna z Polski, ze śmiertelnej miłości do pana i na skutek wielkiego współczucia, próbowała studiując zajmować się jego dziećmi, chorą żoną, ich domem i nim samym. Szło jej średnio, ale wielka miłość trwała. W rezultacie w imię wielkiej miłości i dla dobra wszystkich przerwała studia, i całkowicie oddała się opiece nad tyloma potrzebującymi jej pomocy, ale przede wszystkim zrobiła to dla pana, który ją kochał, ale nie miał wyboru jak widzicie. Czas mijał, trwała ta sytuacja około sześciu lat, i pewnie myślicie, że zgodnie z myślą filozofa, miłość w zderzeniu trudami codzienności i rzeczywistością umarła, otóż, bardzo się pomyliliście i jeśli pomyśleliście tak banalnie. Wręcz przeciwnie, miłość rosła, piękniała, stawała się coraz bardziej dojrzała i coraz bardziej bolesna w związku z sytuacją, tak bolesna i bez przyszłości, że piękna, szlachetna i dobra dziewczyna z Polski, która już i tak oddała całej tej sytuacji swoje najpiękniejsze lata, postanowiła uciekać gdzie ją oczy poniosą, czyli wróciła do Polski, do rodzinnego domu, ze łzami zwierzając się kochającym rodzicom z całego zdarzenia, historii, miłości i losu. Rodzice płakali razem z nią, ale już chwilę potem cieszyli się, że ją mają na powrót, stawali się coraz bardziej o nią zazdrośni i wymagający, co ją męczyło i z czego zwierzała mi się co jakiś czas przez telefon, jako że znałyśmy się od dawna. Następne lata po powrocie z Francji, spędziła, więc samotnie, mieszkając z rodzicami i pracując w rodzinnymi miasteczku jako urzędniczka (była bez studiów a jej francuski nie bardzo tam się przydawał). Kochała wciąż pana we Francji i tęskniła wiecznie, żyła marzeniami i wspomnieniami oraz nieustającą miłosną korespondencją. Mijały lata. Ojciec pięknej i dobrej pani, mojej znajomej, umarł a ona, wciąż piękna, dobra i wspaniała, zajmowała się wiecznie chorą na depresję po śmierci męża, wylęknioną, ale tyranizującą ją w sposób doskonały matką i miejscową biblioteką, która po znienawidzonej pracy w urzędzie stała się jej miejscem i ambicją. Żaden z mężczyzn w miasteczku, którzy przez te lata starali się do niej zbliżyć, nie mieli szans, bo pani wciąż bardzo kochała pana we Francji i pielęgnowała to uczucie tak, że wyidealizowany a wręcz zmitologizowany jego obraz był treścią jej życia… I stało się tak, że pewnego dnia, pan z Francji przyjechał. Jego dzieci były samodzielne, żona umarła, a pan przyjechał żeby kochać panią, która tak długo na niego czekała i tak wiele mu ofiarowała i dzielić z nią dalsze życie i los. Radość i szczęście przez moment nie miały granic, pan się oświadczył i miał się odbyć ślub i wszystko, co po nim następuje zwykle i mieli żyć wreszcie długo i szczęśliwie… i pewnie by tak było gdyby nie… matka naszej wciąż pięknej i dobrej pani, która stanowczo zaprotestowała, bo chciała mieć córkę tylko dla siebie i nie wyobrażała sobie ani ślubu, ani obcego mężczyzny, ani wyjazdu z nimi do Francji. I wtedy zdarzył się ten wieczór, ta kolacja, podczas której, piękna i dobra pani, powiedziała panu z Francji, swej jedynej i największej miłości, że… nie ma wyboru… musi zostać z matką. Pan nie mógł uwierzyć, zdecydował się przenieść do Polski, urządzić się jakoś obok, prowadzić swoje badania naukowe na odległość, podróżując tylko, co jakiś czas do Francji, ale matka była zazdrosna, nieprzejednana i nieustępliwa, chciała mieć córkę tyko dla siebie, groziła samobójstwem. W rezultacie piękna i dobra pani, zerwała z panem z Francji wszelkie związki, zabiła ponad piętnastoletnie uczucie, zrezygnowała z marzeń i przyszłości, wybierając matkę i popłakując odtąd wiecznie nocami. Ale, jak mówiła temu panu i mnie potem szlochając do słuchawki, nie miała wyboru.

No i tyle, i dlatego tak trudno było mi dziś napisać:- Nie wierzcie jak ktoś, kogo kochacie mówi wam, że nie ma wyboru… ale nie mogłam tego napisać bez dygresji, bo wdarła mi się ta historia a co za nią idzie refleksja że z tymi wyborami osobistymi, rzeczywiście bywa różnie… ale tak naprawdę moi kochani mimo tej historii – jeśli rzeczywiście ktoś was kocha to nie ma sytuacji, niemożności, trudnych okoliczności i obowiązków… słowem tego wszystkiego co niejedna lub niejeden z was słyszeliście tylokrotnie… i to wam w rezultacie chciałam napisać także jako paradoksalne oskarżenie czasów w których żyjemy, ludzi wśród których żyjemy i których kochamy….

Wszystkiego dobrego na WALENTYNKI…

Dobrego dnia. I nie piszcie do mnie, bo nie mam dostępu do mojej korespondencji i nie będę miała przez najbliższe dwa tygodnie. Przepraszam.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.