KAŻDA SUBSTANCJA OBDARZONA UMYSŁEM JEST ZDOLNA DO SZCZĘŚLIWOŚCI. św. Tomasz z Akwinu
W korespondencji listy z prośbą żebym mówiła o sukienkach, perfumach, biżuterii, torebkach, rodzinie, dzieciach i tym podobnych sprawach, bardziej osobistych… o szczegółach życia codziennego. Bronię się przed tym ze zrozumiałych względów, poza tym rzadko kiedy z obcowania z przedmiotami da się wysnuć anegdotę nadającą się do uogólnienia i przynoszącą pożytek komukolwiek, choć przyznam, że cała tak zwana kultura materialna, style życia, stosunek do spraw codziennych i przedmiotów była zawsze moim hobby, i można by może to tak potraktować, choć trudno. W mojej bibliotece są wszystkie książki typu „Życie codzienne w okresie renesansu” „Życie codzienne w starożytnej Grecji” itd. itd., ileś książek dotyczących historii stroju, mody, historie butów, porcelany i wszelkie pamiętniki, książki kucharskie, wspomnienia opisujące obyczaj i szczegół no i przede wszystkim pamiętniki, pamiętniki, pamiętniki, które są źródłem wiedzy niebywałym. Zawsze lubiłam je czytać, a w mojej pracy się przydawało. Rozumiem więc ochotę na poznanie szczegółów z codzienności innego człowieka, nawet żyjącego współcześnie, nawet szczegółów dla wielu nieznośnie nieważnych, ale wzbraniam się kiedy prosi się o podanie takich szczegółów mnie, a takich próśb jest ciągle bardzo dużo… Jak mieszkam? Prośba żebym wpuściła fotografa, który zrobi zdjęcia dla gazety o wnętrzach. Gdzie chodzę do restauracji, kawiarni, jakie miejsca lubię, jakich kosmetyków używam, gdzie się ubieram, najlepiej u kogo i tu nazwisko, koniecznie nazwisko i dobrze byłoby polskie. Mam wybrać dwa ulubione przedmioty i gazeta je przyjedzie sfotografować. Przynajmniej raz w miesiącu ktoś zwraca się z prośbą i ulubiony przepis kulinarny, do książki, kalendarza, folderu restauracji, artykułu, i ja to rozumiem, i czasem staram się odpowiadać na zapotrzebowanie, ale… Kiedy dzwoni dziennikarka, czy dziennikarz z reguły pytam jaki będzie temat wywiadu, który chce ze mną przeprowadzić bo nie o wszystkim mam ochotę mówić (zaznaczam, że udzielanie wywiadów nawet do gazety typu w „W domu i zagrodzie” jest naszym obowiązkiem, zapisanym w kontrakcie producentem i dystrybutorem, kiedy jesteśmy okresie promocji filmu, przedsięwzięcia… teraz nawet teatralnego, czy szczególnie koncertów, płyt, książek), wracając – nawet kiedy ustalę z dziennikarzem temat, rozmowa schodzi ze spraw zawodowych, a przeprowadzający wywiad tłumaczą że czytelnicy wolą czytać o sprawach osobistych niż zawodowych… No cóż.
Dziennik czy blog jak wy to nazywacie, choć nie lubię tej nazwy bo ma „krok w kolanach”, jest niby z założenia wyznaniem intymnym, i słusznie się spodziewacie tutaj tego co lubicie, czyli szczegółów osobistych, i czasem one są, ale tylko wtedy kiedy uznaję, że ma to funkcję także inną, albo wtedy kiedy pomyślę, że wielu ludzi ma podobne problemy co ja i pewnie też nie umie sobie z nimi poradzić lub kiedy uznam, że coś jest tak powszechne że warte publikacji, a przede wszystkim kiedy mam ochotę podzielić się szczegółem który mnie samą cieszy, bawi, sprawia mi przyjemność, zastanawia, uczy… i wtedy zdradzam coś intymniejszego, nie przekraczając jednak granicy, która dawno, dawno temu założyłam…
Zapytała mnie kiedyś znajoma i moja stała czytelniczka, która twierdzi że moje zapiski są jej potrzebne do życia a w związku z tym pożyteczne także dla ogółu… która także uważnie obserwuje moje zacięcie społeczne i sposób myślenia, wybory spraw jakimi dzielę się z ludźmi, nierzadko kpi z moich dylematów z tym związanych, czy o czymś pisać czy nie… zapytała – co bym zrobiła gdybym się dowiedziała że mam śmiertelną chorobę i zaczynam walczyć o życie, zmagać się z tym problemem? Czy opisywałabym dzień po dniu, godzina po godzinie wszystko, ja osoba nie anonimowa? Przecież byłoby to społecznie przydatne. Być może potrzebne ludziom, dodała, czy pisałabym? Zaczęłam się zastanawiać… Czy ja tu opisuję naprawdę co się ze mną dzieje, co przeżywam , jakie mam problemy, choć opis tego byłby moim zdaniem absolutnie społecznie przydany? Nie. Nie opisuję. Wybieram. Więc pewnie gdybym dowiedziała się że muszę walczyć o swoje życie, to albo przerwałabym pisanie, albo pisała dalej tak jak piszę, wybierając interesujące i pogodne, zabawne strony życia, tak jak to robię teraz… Zresztą nie wiem. Często myślę o tych ludziach, których znałam, spotykałam się z nimi, pracowałam, nie wiedząc że walczą o życie, że zmagają się ze śmiercią , nie dopuszczając nikogo poza najbliższą rodziną do tego tematu. Pracowali, funkcjonowali pozornie bez zmian. Przecież znałam takich niemało, kolegowałam się i pracowałam z nimi, spotykałam się z nimi nierzadko codziennie. Dowiadywałam się potem o „sprawie”, kiedy znikali z życia codziennego, albo na pewien czas albo niestety na zawsze… Z Agnieszką, która wiedziała i walczyła podobno 10 lat, spotykałam się często, ja nie wiedziałam, nikt prawie nie wiedział, nikomu nic nie powiedziała, a jej tylko czasem tylko „wymknęła się” piosenka o śmierci czy odchodzeniu…
I tak od spokojnej krótkiej w założeniu, odpowiedzi i tłumaczenia się z powodu prośb i pytań dlaczego zdradzam za mało szczegółów i nie piszę o sukienkach, doszłam niespodziewanie do śmierci. No ale tak to już jest.
W każdym razie, tego lata zakochałam się… w perfumach SUN, jeśli to kogoś interesuje i właściwie nie mogę bez nich żyć… Kończę bo muszę wziąć prysznic, używając do tego żelu z pilingiem, przykleić nowy plaster z gorczycy na bolące korzonki, umalować się za pomocą kosmetyków firmy CHANEL, nakładając na usta szminkę Chanel nr 50 o kolorze „China”, uczesać się szczotką nie elektryzującą włosów, założyć białą bawełnianą indyjską bluzkę z długimi rękawami, bo nie cierpię gołego spoconego ciała w upał, wysławianego na widok publiczny w mieście kiedy się przekroczyło 40 rok życia, nawet jeśli to ciało jest cudne zdaniem właścicielki, zejść na śniadanie i zjeść tam kawałek ciemnego pieczywa z białym serem, wypić szklankę soku z pomarańczy i kawę z mlekiem, wysłać to do was o ile zdążę to co piszę i iść na dziesiątą na próbę na której dzisiaj najpierw przegląd kostiumów… Zadowoleni? Ach mam torebkę, kupioną na targu w Włoszech, taka śmieszna zrobioną na szydełku ze sznurka… a mąż w Moskwie, w Mosfilmie na dokumentacji, a tam wybudowana na hali do jakiegoś właśnie kręconego rosyjskiego filmu dekoracja – drewniane domy, ulice, nawieziona ziemia, kwiary rosną itd., wielka jak cała Warszawa, on pod wrażeniem bo dawno czegoś takiego nie widział, dzwoni do mnie i mi to opowiada…
Wczoraj widziałam tutaj na Festiwalu Szekspirowskim „Kupca weneckiego” Roberto Ciulli, spektakl zrobił na mnie wrażenie, ale kiedy powiedziałam mężowi przez telefon, że Shylocka – grała kobieta, w drugim akcie ubrana w pasiak oświęcimski, a na końcu jeszcze ją rozebrali do naga, odparł że to świetne pomysły dla czytelników komiksu i rzucił słuchawką.
Dobrego dnia.