ŻYCIE JEST ZBYT KRÓTKIE, BY DOJRZEĆ DO WIECZNOŚCI. Johannes Eckhart.
I znów opanował mnie spokój, i znów Polska i problemy daleko, i jeszcze raz wszystko odpłynęło i straciło znaczenie, i kolejny raz nie mogę sobie przypomnieć o co mi chodziło tam na miejscu, i czym ja się tak denerwowałam, i znów powietrze jest temperatury ciała i ma zapach bazylii i ciepłego wiatru, a poranki przynoszą zapowiedź dnia wypełnionego beztroską i leniwą przyjemnością. Jakie słowo przychodzi ma najczęściej do głowy? Uśmiech. Słowo – uśmiech. Już mam swój rower, który ma siatkę żeby nie wkręciła mi się w tylnie koło suknia, i jak twierdzi pan od rowerów, specjalnie dla mnie ją dorobił bo oni tu pamiętają mój incydent z suknią i rowerem, jak to mnie rower „rozebrał” na środku głównej ulicy prowadzącej do plaży, jak zostałam w jednym momencie w samych majtkach bo cała suknia wkręciła się w rower. Na plaży Direttore przywitał nas z otwartymi ramionami – Kocinsky! – darł się na nasz widok. Arrivato Kocinsky! (Dla tych, którzy nie czytali ani moich felietonów, ani poprzednich zapisków wyjaśniam, że występuję tutaj jako Madam Kocinsky, od nazwiska mojego męża Kłosiński, tak jak powinno być, oraz że z powodu dużej ilości dzieci i posiadania wnuczki, a także pewnie wyglądu, jestem gospodynią domową, aczkolwiek nie dla Aramando czyli direttore della spiaggia, bo ten widział moje zdjęcie w polskiej gazecie i myśli, sadząc po tym zdjęciu, że jestem kierowniczką „gabinetu masażu”, choć moi znajomi z Polski mówili jak ich wypytywał, że aktorką, ale on moim zdaniem wie swoje). Wczoraj we wszystkich barach ludzie tutaj oglądali mecz, na ulicach siedzą na krzesłach powystawianych z domów bo gorąco i patrzą w kierunku telewizorów w domach bo mecz, nawet na plaży wieczorem mecz… Włosi kibicowali Portugalii bo kiedyś z nią wygrali jakiś najważniejszy dla Włochów mecz, jak mi wyjaśniono. Okazało się, że moim szczęśliwym kamieniem nie jest turkus jak myślałam ostatnie dziesięć lat i w związku z tym wciąż kupowałam turkusowe „talizmany”, ale szafir… no to teraz będzie dużo, dużo drożej, więc chyba przestanę wierzyć w te bzdurne kamienie…
Dobrego dnia. Idę do fryzjera i to jest dzisiaj moje najważniejsze zajęcie. Aż jestem podekscytowana, a w Polsce chodzę co drugi, trzeci dzień, i bez wrażenia… Jest 7:00, jadę na rowerze do baru na kawę z puszystym rogalikiem oraz pogapić się na ludzi co nieuczesani w piżamach i zaspani przyjadą po zakupy do sklepu obok baru… Wczoraj na plaży zauważyłam niezłe towarzystwo, ale jeszcze ich poobserwuję i wam opiszę… no mówię wam odjazd, dyrektor banku z żoną i dwojgiem dzieci i dwóch pracowników tego banku, podwładnych, też z żonami i dziećmi, cztery leżaki obok siebie… I dyrektor i jego dzieci – gatunek „Neron”, żona Nerona, adorowana przez żony pozostałe… cyrk! A wczoraj dwóch pracowników leciało po kawę dla Nerona po gorącym piasku, że się chcieli pozabijać, ich dzieci wbiegały im pod nogi i darły się – loda, lizaka, pić!….a oni odkopywali je i na wyścigi biegiem, który pierwszy Neronowi… Jakbym była w telewizji polskiej na korytarzu…
No nic, dobrego dnia.