19
Grudzień
2003
11:12

dziennik 2003-12-19 11:45:00

19 grudzień 2003, piątek, 11:45

Gabrieli, Dariusza – wszystkiego dobrego.

SKORO NIE MOŻNA BYĆ UNIWERSALNYM I WIEDZIEĆ WSZYSTKIEGO (…) TRZEBA WIEDZIEĆ WSZYSTKO PO TROSZE. PIĘKNIEJ JEST WIEDZIEĆ COŚ ZE WSZYSTKIEGO, NIŻ WIEDZIEĆ WSZYSTKO O JEDNYM; TO NAJPIĘKNIEJSZA RZECZ TAKA UNIWERSALNOŚĆ. (Blaise Pascal)

Możliwości człowieka są ograniczone. Stara się zdobyć wszelką wiedzę, ale musi poprzestać na niewielkim jej fragmencie. Filozofia bada prawidłowości ogólne. Etyka jest dziedziną, która daje ogólny wgląd w zasady moralne. Pascal nie ograniczył się do filozofii. Badał, prócz praw etycznych, także fizyczne, m.in. ciśnienie atmosferyczne (prawo Pascala)

Oj, wspaniały Pascal! A my zasłaniamy się takim sformułowaniem – SPECJALIZACJA, bo niby na wszystko nie ma czasu i możliwości. Specjalizacja, tak, oczywiście, ale poza tym wiedza ogólna o tym, co dokoła, przed nami, za nami… co każdego dnia się zdarza, codziennie… Nie ma usprawiedliwienia. Sama to sobie też powtarzam.

Chciałam Wam dziś opisać, co spotkało jedną znajomą mi panią doktor, bo historyjka jest wielce pouczająca. Otóż, moja znajoma pani doktor, moja koleżanka, koleżanka zresztą jeszcze z przedszkola w Ursusie, gdzie mieszkałyśmy w dzieciństwie, jedna z niewielu, z którą do dziś, co jakiś czas się kontaktujemy. No więc moja koleżanka, jest po pierwsze wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, uroczą, wciąż piękną panią, osobą delikatną, przemiłą, usłużną, wrażliwą na każdego człowieka i jego kłopoty – zawsze taka była, oraz szczęśliwą żoną i matką od wielu, wielu lat. Jej mąż zresztą jest też moim kolegą z dzieciństwa, także z Ursusa.

Na mojej ostatniej premierze w Teatrze Powszechnym, na premierze „Czego nie widać”  spotkała niespodzianie znajomą, dawną znajomą, z Rzymu, Polkę, która tam mieszka od lat, i którą poznała kiedyś, kiedy wiele lat temu była w Rzymie z mężem, też lekarzem, na kilkuletnim kontrakcie. Panie lata temu się spotykały, w tym Rzymie, bywały na przyjęciach polonijnych, mijały, rozmawiały niezobowiązująco, ale moja znajoma tej pani nigdy specjalnie nie lubiła, bo wydawała jej się zbyt wścibska, niedelikatna, zbyt zajęta sobą, nastawiona tylko na siebie, narcystycznie nastawiona do świata i ludzi. No nic, opowiadajmy dalej.

Spotkały się więc po latach przypadkowo, w Teatrze Powszechnym. Moja znajoma była z przyjaciółmi, ta pani z Rzymu była sama. Po przedstawieniu przyjaciele mojej znajomej przygotowali kolację specjalnie dla niej, u nich w domu, kolację, na którą umawiali się od jakiegoś czasu, kolację, która miała być podziękowaniem za pomoc w leczeniu ich matki. Tak się jakoś stało, że pani z Rzymu wprosiła się na tę kolację, a oni wszyscy, trochę co prawda zdziwieni obcesowością i formą tego wproszenia się, ale jak to ludzie grzeczni i delikatni, na to przystali, przybierając maski uszczęśliwionych tym faktem. Podczas kolacji pani z Rzymu mówiła tylko o sobie, płakała nad sobą, wymagała współczucia jako że została niedawno wdową, a moją znajomą ku jej najwyższemu zdumieniu nazywała wobec gospodarzy swoją przyjaciółką, co trzecie słowo. Wieczór się skończył, państwo, którzy chcieli porozmawiać i podziękować mojej znajomej, nie mieli na to żadnych szans, wszyscy rozstawali się skonsternowani i trochę źli. Gospodarze zamówili taksówkę dla mojej znajomej, bo pani z Rzymu powiedziała, że skorzysta z tego, że „przyjaciółka”, czyli moja znajoma, ją gdzieś podrzuci tą taksówką, niedaleko zresztą.

Kiedy wyszły, w związku z tym obie, pani z Rzymu oświadczyła, że jedzenie było tak ciężkie i okropne, że ona ma potworne problemy z żołądkiem i moja znajoma jako lekarz mogłaby jej może pomóc, że pojedzie do niej na chwilę, na pewno znajdą się w domu lekarzy jakieś lekarstwa, a jest tak późno, że ludzie, do których przyjechała na święta, jej daleka rodzina, na pewno jej nie pomogą i w ogóle są okropni, więc nie może na nich liczyć. Że tylko w mojej znajomej jej nadzieja. Uprzejma i nieumiejąca odmówić pomocy nikomu, moja znajoma pani doktor zabrała więc panią z Rzymu do siebie. Pani z Rzymu obejrzała skromne mieszkanie, zdjęcia, dowiedziała się, że wszystko w życiu mojej znajomej jest w zasadzie w porządku, i westchnęła, że inni mają szczęście, ona nigdy, i pozwoliła się leczyć.

Były same, bo mąż mojej znajomej wyjechał właśnie na jakiś kongres, więc panie usiadły, z herbatami, ziółkami, lekarstwami. Była pierwsza w nocy. Moja znajoma już słaniała się ze zmęczenia, i była trochę zmartwiona tym, że rano musi być w pełnej formie o szóstej w szpitalu, u siebie na oddziale, bo ma tam bardzo poważną sprawę, problem z chorym po ciężkiej operacji, problem, który musi rozwiązać, podjąć poważne decyzje co do dalszego leczenia. Właściwie cały czas, nawet podczas spektaklu denerwowała się i włączała swój telefon na każdej przerwie, gotowa jechać do szpitala w każdej chwili, gdyby to było konieczne. Na szczęście telefon nie dzwonił, ale problem do rozwiązania na rano pozostawał, i moja znajoma pani doktor miała tym zaprzątniętą głowę. Pani z Rzymu jednak, zamiast podziękować i się „ewakuować”, zażądała nagle alkoholu, który miał jej pomóc w jej kłopotach żołądkowych, wspomagając lekarstwa, a żądanie było tak sformułowane, że zahukana i uprzejma pani doktor nie ośmieliła się odmówić, bąkała coś tylko, że chciałaby pójść już spać i że jest troszkę zmęczona, ale pani z Rzymu jakby tego nie słyszała. Następne dwie godziny pani z Rzymu opowiadała całe swoje życie, a biedna pani doktor umierała już ze zmęczenia słuchając i pocieszając, pochylając się nad właścicielką nieszczęsnego życia przez cały czas.

Około czwartej rano pani z Rzymu stwierdziła, że właściwie to jest głodna, i nie szczędząc złośliwych uwag pod adresem znajomych mojej pani doktor i ich przyjęcia, poprosiła o coś lekkiego do zjedzenia. Całkowicie już zrezygnowana moja znajoma stanęła do kuchni, aby robić omlet z bitą pianą pod dyktando pani z Rzymu. Około piątej pani z Rzymu stwierdziła, że bezsensem byłoby teraz jechać do domu, który ją gości, więc lepiej będzie jak zostanie i przenocuje, szczególnie że męża, Karola, nie ma. Pani doktor, bez słowa już poszła ścielić łóżko dla niej, zmieniać pościel na czystą i przygotowywać dla niej łazienkę, wyrzucając sobie jak zwykle w takich sytuacjach, że nie umie się przeciwstawić, że całe życie nie umiała mówić nie, że właściwie każdy może z nią zrobić, co chce, bo ona nie ma i nigdy nie miała odwagi odmówić itd., itd.

Kiedy wykąpana pani z Rzymu kładła się do czystego łóżka, moja znajoma stwierdziła, że pozostało jej tylko tyle czasu, żeby wziąć szybki prysznic i natychmiast jechać do pracy, i powiedziawszy dobranoc chciała odejść, kiedy wdzięczny za gościnę i pomoc, senny też już nareszcie gość, leżąc w łóżku wyznał od niechcenia: – Wiesz, nigdy cię nie lubiłam, a ty okazuje się jesteś taka miła! A zawsze miałam w stosunku do ciebie takie trochę wyrzuty sumienia, nawet o tym nie wiedziałaś… Moja znajoma zatrzymała się w progu zdziwiona. Pani z Rzymu mrucząc ciągnęła dalej: – Kiedy byliście z Karolem w Rzymie, pamiętasz, ja się z nim przespałam, wiesz? Miałam ci o tym nie mówić, ale postanowiłam ci powiedzieć, bo jesteś dla mnie naprawdę nadzwyczajna.

I tyle. Pani doktor, nic nie mówiąc, odwróciła się i zamknęła drzwi. Wzięła prysznic płacząc. Pojechała zapłakana do szpitala, cały dzień na telefony nie odpowiadała, poprosiła tylko zięcia, żeby wstąpił do niej do domu i wziął klucz od zdziwionej zresztą tym faktem pani z Rzymu, a noc spędziła w domu córki i zięcia, śpiąc z wnuczką w jednym łóżku. A teraz od dwóch dni płacze, nie wie co będzie ze świętami, mąż Karol wraca w niedzielę i ona nie wie jak go przywitać, co będzie dalej z ich życiem, bo ona teraz to już chyba nie potrafi…

Radzę jej, żeby się pozbierała, nic nikomu nie mówiła, dzieciom, znajomym a Karolowi przede wszystkim, bo jej mąż jest wspaniałym, świetnym facetem, dobrym mężem i ojcem, przeżyli ze sobą szczęśliwie wiele lat, i przed i po pobycie w Rzymie, a moim zdaniem pani z Rzymu zwyczajnie kłamała. Ot po prostu zawistny, zły człowiek. Nieszczęśliwy i samotny. A żeby czuć się lepiej rani wszystkich, wszystkich i wszystko niszczy dookoła. Moja znajoma pani doktor zadzwoniła do mnie znów dziś rano: – A jeśli to prawda? Jeśli ona mówiła prawdę?” – zapytała mnie kolejny raz. – Moim zdaniem to nieprawda, a nawet jeśli, to po co to sprawdzać? Idź do fryzjera, bo to lubisz, zrób zakupy, zamarynuj śledzie, zaproś dzieci na wigilię, poproś, żeby zrezygnowali w tym roku z nart, i bądźcie tak jak dawniej szczęśliwi. W telefonie najpierw była długa cisza, a potem słabe: – Spróbuję. – A ten pacjent? Co z tym pacjentem? – Żyje. Będzie dobrze. – odparła. – Zaryzykowałam leczenie, którego się wszyscy bali i miałam rację. – No i to jest najważniejsze – pocieszyłam ją.

A teraz sobie myślę, że ja chyba zadzwonię do Karola, żeby wiedział jak ma wracać, jak się zachowywać i żeby niby nic nie wiedząc mógł wszystko naprawić. Wiecie co? Ja też się z nim całowałam raz, na prywatce, w tańcu, jak byliśmy nastolatkami. Ale oni chyba jeszcze wtedy ze sobą nie byli. Ale wcale nie jestem pewna.

A dla Was dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.