03
Grudzień
2002
14:12

dziennik 2002-12-03 14:14:00

3 grudnia 2002, wtorek 14:14

Franciszka, Kasjusza, Ksawerego – Wszystkiego dobrego.

JESTEM SIŁĄ, KTÓRA SAMA SIEBIE MNOŻY, SAMA SIEBIE BUDUJE I SAMA SIEBIE PRZERASTA. (Roman Ingarden)

Moja energia nie pozwala mi spocząć. Emanuje we mnie podczas trwania. Nawet sen stwarza rzeczywistość. Człowiek istnieje wówczas, gdy buduje własne otoczenie. (Marek Niechwiej)

Od ostatniego z Wami „widzenia” byłam w Białymstoku i Poznaniu. W Białymstoku było wszystko dobrze, oprócz śnieżycy w tamtą i z powrotem, a jechaliśmy samochodem. Można uznać, że był to spektakl zagrany z narażeniem życia. W Poznaniu znów przeżyciem było granie na scenie Opery, arcytrudnej dla realistycznego, psychologicznego teatru. Huk reflektorów, pogłos, tysiąc osób na sali i te balkony pod niebem, nie sprzyjają odbiorowi takich rzeczy jak Virginia…, ale w rezultacie było naprawdę dobrze, ostatecznie grałam na tej scenie nawet Shirley, sama i jakoś było.

Traumatycznym przeżyciem był dzisiejszy poranny powrót pociągiem do Warszawy, aby zdążyć na próbę Mewy do Teatru Studio. Dziś naprawdę coś zrozumiałam. I nie najlepiej się z tym poczułam. Po raz pierwszy chyba od dziesięciu lat byłam sama. Podróżowałam sama. Pociągiem. O świcie. Sama. Po pierwsze, wszyscy się na mnie gapili. Po drugie, ja się wstydziłam i czułam głupio. Po trzecie, okazało się, że nie mogę jeździć i chodzić po ulicach zupełnie nie umalowana, bezbronna, z nagą twarzą, bo bez żadnego skrępowania ludzie przystają i wpatrują się we mnie, komentują jak wyglądam, bez specjalnego ściszania głosu, jakby mnie tam nie było, albo jakbym była przedmiotem. Jakbym nie żyła. – „Heniu, co ty mówisz? To ona? No to ona wygląda zupełnie inaczej niż myślałam! Poczekaj Stasiu, postój tu z walizkami, idę ją zobaczyć. O matko, to ona? A ja myślałam, że ona jest wyższa i ładniejsza! Młodsza. Starsza. Grubsza. Podobna do Helenki, a ona wcale nie podobna. Ale ta telewizja zmienia.”

Wstydzę się, boję, chcę się schować, łzawią mi oczy od silnych reflektorów aplikowanych poprzedniego dnia przez pięć godzin na scenie, nie mogę się umalować, bo mnie wszystko piecze, chcę się zakryć, zniknąć, zasnąć, światło w przedziale neonowe boli, a ucieczki nie ma. Jednak jak jeżdżę w grupie, z kolegami, teatrem, agentką, tak się nie dzieje. Jakoś tego nie czuję, nie widzę i nie słyszę. Wydaje mi się, że nikt na nas nie zwraca uwagi. A może to moje jakieś przewrażliwienie? Jak przyjdzie mi następnym razem tak „boleśnie” podróżować, przesiedzę podróż w ubikacji i tyle.

Jeden pan mi opowiedział wczoraj, że umysłowo chorych, ich rodziny teraz wyrzucają tak jak niechciane psy i koty, koło dworców, przy drogach, na ulicy obcego miasta, bo wiedzą, że ktoś się musi nimi zająć. Zwożą ich potem do szpitali i tam już zostają, bo gdzie mają iść? Ten pan jest pielęgniarzem w szpitalu psychiatrycznym. Mówi, że coraz więcej takich podrzutków. Nikt się do nich nie przyznaje.

Dobrego dnia. Jutro Barbary, nie zapomnijcie!


Zdjęcie z Poznania, wykonane nowym aparatem. Gratuluję sama sobie. No nieźle się zaczyna

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.