27 listopada 2002, środa, 06:47
Fabioli, Żanety, Jana, Maksyma, Teodora – wszystkiego dobrego.
CZY SAMA OBFITOŚĆ JADŁA, ZMYSŁOWEJ ROZKOSZY I WYGODY ZDOŁAŁABY NAS NA TYLE PRZYWIĄZAĆ DO ŻYCIA, IŻBY SIĘ OPŁACAŁO ZNOSIĆ JEGO TRUDY, NIEBEZPIECZEŃSTWA I CIERPIENIA? (Roman Ingarden)
Egzystencja nie sprowadza się do konsumpcji dóbr. W przeciwnym razie nie byłaby warta tego, by ją w tak wielkim trudzie znosić.
Przepraszam panów, ale jestem odmiennego zdania. W każdym razie w tym momencie, kiedy jestem trochę głodna, po nocy, niewygodnie mi, bo wolałabym się jeszcze położyć i tęsknię za bezmyślną rozkoszą.
Weszłam wczoraj do mojej szafy i stwierdziłam, że trzy czwarte moich ubrań to rzeczy kupione na okres, kiedy schudnę. Połowa w ogóle na mnie nie wchodzi, a w drugiej połowie wyglądam jak salceson. Te kilka luźnych rzeczy, które mam, noszę na okrągło, traktując ten właśnie okres jako przejściowy i tak to już trwa od dziesięciu lat. Moja garderoba to wynik moich nigdy nie zrealizowanych nadziei i groteskowej wiary w to, że czas się cofnie i już za chwilę będzie tak jak przed chwilą, a nie zauważam w moim pędzie, że to przed chwilą było tak naprawdę bardzo dawno.
Oglądałam więc sobie mnóstwo zdumiewających fatałaszków, czekających na moją młodość i powrót do formy, i robiłam drastyczne resume. Obraz moich oczekiwań od życia i samej siebie przeraził mnie i rozśmieszył. Stopień niezauważania, że czas mija, wydał mi się nadto egzagerowany. Przeżyłam w mojej szafie „Bulwar zachodzącego słońca” i… postąpiłam tak. Wyjęłam wszystkie ubrania, w których chodzę i które są na mnie dobre, i dobrze się w nich czuję a nie głupio. Przyjrzałam się im i stwierdziłam, że na pewno ja się tak ubierać nie będę. Wygoda wygodą, dobre samopoczucie dobrym samopoczuciem, ale to skrzyżowanie zakonnicy szarytki, bibliotekarki, sekretarki i globtrotera to nie ja. To „żegnaj kobieto zalotna”. No i fajnie, tyle że teraz nie wiem co mam robić, ponieważ znowu po długim namyśle nad epokowym pytaniem – w co się dziś ubrać? – sięgnęłam po workowatą, szeroką, czarną jak zwykle, suknię z jerseju, płaskie buty, włosy związałam gumką i nie umalowałam się. Próbowałam założyć biżuterię, ale natychmiast ją zdjęłam, bo mi przeszkadzała i mnie denerwowała, a wychodząc z domu postanowiłam mimo wszystko zakupić komplet wełniany widziany niedawno w jednym z warszawskich sklepów, przez przypadek zresztą, komplet oczywiście w kolorze czarnym – worowate, wielkie, wygodne spodnie i wielki, bezkształtny sweter, całość przypominająca piżamę i wygodna jak piżama. No i po chwili znów… poczułam się szczęśliwa. Aaaa! Wszystkie szpilki, szminki, gorsety, biustonosze, Bardotki, dekolty, bluzki w tygrysi wzór i kabaretki, szpice i wypasowania, klamry i zapinki, zaciski i muszki, niech dalej czekają na lepsze czasy. Co prawda przy okazji uświadomiłam sobie, że od dawna żaden mężczyzna nie dzwonił do mnie tak sobie, a dzwonią tylko i wyłącznie z kłopotem i prośbami o radę, również w sprawach sercowych, i to dzwonią stadami, ale trudno. Mimo że przecież wiemy, iż kobieta, do której dzwoni się po pomoc i przytulenie w sprawie problemu z inną kobietą, to już nie kobieta.
Wczoraj pewien pan zajechał na Pradze jednej pani drogę swoim samochodem. Ta o mało nie wpadła swoją maszyną na inną panią w samochodzie. Ten pan, co był sprawcą wszystkiego, wysiadł z samochodu i machał rękami do tej pani, której zajechał, i coś się mądrzył w akompaniamencie potakiwań innego pana w samochodzie za nim. Ta pani zajechana i zagabywana jednoznacznym machaniem rąk, wysiadła z impetem ze swojego samochodu i wrzasnęła do tego pana bez namysłu i na całe gardło, skrzyżowanie i Warszawę: – A DO GARÓW! Jego zatkało. Skrzyżowanie na moment zawisło w locie a potem gruchnęło śmiechem, ten pan najpierw chciał bić tę panią, zostawiwszy samochód otwarty na środku skrzyżowania, potem wymachiwał pięściami ludziom, co się śmiali, a potem zapłakał jak dziecko i odjechał. A ta zajechana pani odwróciła się do ludzi, zrozumiała, że tam są sami mężczyźni, więc nie powiedziała nic. Obróciła się natomiast do tej drugiej, za nią pani i zapytała spokojnie: – Widziała go pani? A ta pani odparła z równym spokojem: – Widziałam. Uśmiechnęły się porozumiewawczo i powoli z godnością opuściły obie skrzyżowanie.
Dobrego dnia.