26
Listopad
2002
07:11

dziennik 2002-11-26 07:01:00

26 listopada 2002, wtorek, 07:01

Dionizego, Szczepana – Wszystkiego dobrego.

NATURA LUDZKA POLEGA NA NIEUSTANNYM WYSIŁKU PRZEKRACZANIA GRANIC ZWIERZĘCOŚCI TKWIĄCEJ W CZŁOWIEKU I WYRASTANIA PONAD NIĄ CZŁOWIECZEŃSTWEM I ROLĄ CZŁOWIEKA JAKO TWÓRCY WARTOŚCI. (Roman Ingarden)

Trwanie polega na przekraczaniu, nie na „byciu”. Stwarzamy siebie poprzez działanie i wysiłek.

Ach, to wspaniała myśl. Mogłabym ją przyjąć za swoje motto. Tyle tylko że nie można działać w pojedynkę a coraz więcej ludzi, żeby działać, muszę najpierw obudzić. Całkiem zwyczajnie. Dzwonię i mówię przez telefon: – Wstań, nie zaśpij na spotkanie, próbę, pociąg, wyjazd, miłość, szczęście, życie.

Przejechała do Warszawy Anna Bojarska. Wychodzi ponownie „Ja”, jej dawna książka, jedna z moich ulubionych, według której kiedyś Zygmunt Hübner chciał zrobić ze mną film, potem ja starałam się doprowadzić projekt do końca, jeszcze później, kiedy okazało się, że pomysł jest „zbyt niekonwencjonalny” delikatnie mówiąc, starałam się zrealizować spektakl dla Teatru Telewizji, też mi nie pozwolono. Kogo obchodzi historia, problemy współczesnej kobiety, zobrazowane tak, że kobieta JA, podzielona na kilkanaście postaci, mieszkających w jednym mieszkaniu, zmaga się sama ze sobą, ze swoimi obsesjami, strachami, stereotypami? To miał być taki film, spektakl telewizyjny w stylu Woody Allena, gorzki, złośliwie obserwujący nasz świat, i nas, zmagające się w nas ambicje, związane z karierą, pieniędzmi, byciem matką, twórcą, miłością, chorobą, obsesjami, itd. itd.

Nie będę pisać, bo seria obrazów, scen, pomysłów, staje mi przed oczami i znów mi żal, i wzbiera we mnie złość, że nikt nie chciał nam dać szansy. Annie i mnie. Scenariusz filmowy Anny i moja adaptacja telewizyjna są w tym laptopie i aż się wyrywają do życia. No trudno.

Rozmawiałyśmy wczoraj z Anną na tysiące tematów, ustaliłyśmy kilka rzeczy, choćby taką, że klony, gdyby żyły, myślałyby różnie, bo mają inne doświadczenia życiowe, a ponieważ myśl jest najważniejsza, właśnie w związku z tym nie boimy się klonów, ostatecznie coś trzeba było postanowić wreszcie w tej sprawie. Rozmawiałyśmy o Paryżu, Czechowie i Jeanie Cocteau i pewnym pomyśle, przy okazji refleksji, że teraz w teatrze nikt nie umie mówić o miłości w sposób ostateczny i czysty, wszyscy się wstydzą, jest to de mode i „badziewiate”, i że tematowi miłości należałoby w słowach ostatecznych, wielkich i pięknych przywrócić aktualność, wagę i siłę.

Wynikła dyskusja o francuskim systemie gwiazd i że się właśnie skończył. Ustaliłyśmy także, że syn Anny jest jednym z najprzystojniejszych mężczyzn, jacy istnieją, i studiuje teologię. Przypomniałyśmy sobie pudla pani Haliny Mikołajskiej, który siedział naprzeciwko niej i zaciągał się tym dymem papierosowym, który ona wydmuchiwała paląc, palili razem. Omawiałyśmy jeszcze wiele, wiele spraw, ostatecznych, najważniejszych, a nie wspomniałyśmy o pieniądzach, karierze, dyrektorach, rządzie, bezrobociu, drożyźnie, zwyrodnieniu obyczajów, pospolitowaniu się artystów i życia w Polsce, telewizji. Rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, aż bardzo nam się zachciało spać. W trakcie rozmowy siostra Anny, Maria musiała iść, dalej pisać książkę, bo już nie mogła bez tego pisania wytrzymać tak długo, i jak matka, która opuściła oseska na zbyt długo, drżąca z niecierpliwości pobiegła.

Dobrego dnia.

Czuję się dziś jak kobieta w czerwonym kapeluszu, siedząca na nie pościelonym łóżku ze świadomością, że jej nikt nie rozumie.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.