17
Listopad
2002
00:11

dziennik 2002-11-17 00:00:00

17 listopada 2002, niedziela 2002

Elżbiety, Salomei, Grzegorza, Hugona – wszystkiego dobrego.

Z PEWNOŚCIĄ ROZUM DOMINUJE W WIĘKSZOŚCI LUDZKICH CZYNÓW INDYWIDUALNYCH, SPOŁECZNYCH CZY NARODOWYCH, JEST JEDNAK CZYMŚ SPECYFICZNIE LUDZKIM DZIAŁAĆ WYŁĄCZNIE DLA CUDZEGO DOBRA CZY SZCZĘŚCIA I W WYPADKACH WYJĄTKOWYCH ODDAĆ SWE ŻYCIE DLA URATOWANIA CUDZEGO ŻYCIA, CZASEM NAWET KOGOŚ ZUPEŁNIE OBCEGO. (Roman Ingarden)

Rozum nie zawsze pozwala na poświęcenie. To sumienie nakazuje mi pomagać innym. Nie liczę wówczas na racjonalne uzasadnienie swych czynów.

Wróciłam w nocy. Przywiozłam zadowolenie, zmęczenie i kilka zdjęć.

Obserwowałam sobotniego ranka w Krakowie pijanego mężczyznę z chyba ośmioletnim synem, zarabiających jako samozwańczy parkingowi na jednej z ulic przy rynku. Chłopiec pracował z niebywałą energią, entuzjazmem i oddaniem. Pokazywał już z daleka, kierowcom nadjeżdżającym, że specjalnie dla nich trzyma miejsce, najlepsze na tym parkingu, pomagał parkować, przysięgał, że otoczy samochód specjalną opieką. Jego ojciec natomiast stał chwiejąc się i swą postawą i spojrzeniem sugerował, że jeśli kierowca nie zgodzi się na pilnowanie samochodu przez syna, nie da pieniędzy, to on właśnie będzie tym przypadkowym złodziejem, czy tym, który stłucze szybę w tym właśnie aucie. Obserwowałam ich dość długo, czekałam na kogoś. Zastanawiałam się nad dzieckiem wciągniętym w taki proceder, nad jego światem pojęć, myślami i życiem. Imponowała mi „pracowitość” i oddanie tego malca, zapobiegliwość i determinacja.

Myślałam też o tym, jakie jest prawo w Polsce, czy można zmuszać dzieci do pracy i w jakim zakresie. Na koniec do obu podeszła kobieta w widocznej ciąży, matka, z innym małym dzieckiem na ręku. Była także pijana. Mały parkingowy, na jej widok skoczył, podbiegł, „pogliglał” po twarzy z czułością braciszka czy siostrzyczkę, uszczęśliwiony, pocałował małe dziecko, pocałował matkę i wysupłując z kieszeni wszystkie pieniądze oddawał je. Potem podszedł do ojca i, podczas kiedy ten kłócił się w ordynarny sposób z tą kobietą, używając najgorszych słów, wysupłał i jemu z kieszeni pieniądze i też oddał matce. Ta odeszła, ojciec gdzieś odwrócił się i gdzieś zły polazł, a chłopiec wrócił do pracy. Mnie zachciało się wymiotować i zaczęłam mieć dziwne duszności. Nagle znów, jak często ostatnio, pomyślałam, że mam zawał, choć wiedziałam, że to tylko nerwy. Histeryczne serce. Pomyślałam też, nie bój się – twojego samochodu i ciebie jednocześnie, bo siedzisz w tym samochodzie, pilnuje ten chłopiec. Da sobie radę w razie czego. Odzyskałam poczucie bezpieczeństwa.

Dobrej niedzieli, moi Drodzy.

Łopotania nieprzyzwyczajonego serca to codzienność. Tego się nie da leczyć farmakologicznie, do tego trzeba się albo przyzwyczaić, albo nie należy konfrontować się z życiem.

Znam takiego chłopca, taką rodzinę i w Warszawie, koło pomnika Kopernika. Czekałam tam kiedyś na kogoś, kto miał wyjść po spektaklu z Teatru Polskiego. Chłopiec z ojcem i kolegą ojca pracowali, matka siedziała nieopodal w MacDonaldsie. Przychodziły, z młodszą siostrą chłopca, co jakiś czas. Wszyscy byli uśmiechnięci i w szampańskich humorach.

Jeszcze raz dobrego dnia.

A zdjęcia to już zwyczajowo, moje lustra w teatrach podczas tego wyjazdu, kilka zdjęć z drogi, i tyle.


Lustra. Groteska, Kraków


Alpinista


Moje ulubione zimowe jabłonie

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.