14
Listopad
2002
07:11

dziennik 2002-11-14 07:47:00

14 listopada 2002, czwartek, 07:47

Judyty, Emila, Wawrzyńca – Wszystkiego dobrego.

CZŁOWIEKA USZCZĘŚLIWIA URZECZYWISTNIENIE WARTOŚCI. ULEGA ICH SZCZEGÓLNEMU UROKOWI. (Roman Ingarden)

Szczęście ma swe źródło w postępowaniu wedle wartości. Sami wyznaczamy sobie priorytety. Ich realizowanie daje poczucie szczęścia.

Zamieszczam zdjęcia z promocji mojej książki, dostałam je w prezencie, prosto do komputera, za co bardzo dziękuję.

Co do pierwszych chwil życia mojej książki, spotykają mnie za nią nieprawdopodobne pochwały, nieprawdopodobne. Wielu poważnych ludzi mówi, żebym natychmiast rzuciła aktorstwo w cholerę i zajęła się naprawdę pisaniem. Że ilość tematów, refleksji, perspektyw otwierających się po lekturze jest tak duża, przyjemność z czytania tak wielka, że mam pisać ciągle i wciąż, nie mówiąc już podobno o działaniu terapeutycznym tych zapisków. Poza tym, jak mówią, takiego przykładu, podobnego, tego rodzaju pisania, nie ma i nie było.

Piszę to wszystko, bo mi to mówią a nikt tego nie napisze, więc sobie piszę. Ostatecznie to ja mam sobie tę stronę i czasem mogę się na niej też pochwalić.

Wczoraj powiedziano mi takie zdanie: „Wiesz, jaki jest twój problem? Gdybyś nie nazywała się Janda i nie była tak znaną aktorką, książka wywołałaby sensację, a tak, zastanawiają się tylko nad tym, po co ci jeszcze pisanie, tak na doczepkę, i nie traktują poważnie. Jeśli w telewizji pojawiłby się reżyser, który by wykonał 9 Teatrów Telewizji, tak różnorodnych i tak jak ty to zrobiłaś, z takim ładunkiem kreatywnym w sferze formy telewizyjnej, a nazywał się Jakiśtam, i nie byłabyś to ty, okrzyknięto by go jedną z największych nadziei tego gatunku. Po „Pestce” dostało ci się za wszystkich aktorów, którzy ośmielają się myśleć o reżyserii, a dodatkowo za wszystkie kobiety, dostałaś nagrodę za debiut filmowy, powinni cię jeszcze uznać za nadzieję reżyserii w pewnym gatunku, który to gatunek jest dziś w zaniku, ale nie potraktowano cię bynajmniej poważnie i do dziś nie możesz zrealizować nic więcej.” No, to może zacznę wszystko, oprócz grania, robić pod pseudonimami, męskimi oczywiście? „O nie. Nie uda ci się, bo masz zbyt charakterystyczny styl. Swój charakter pisma. Jesteś rozpoznawalna w każdym gatunku. To ty.”

A teraz, na koniec, marzenia zawodowe, o które mnie zresztą wszyscy pytają, a ja nieodmiennie odpowiadam: – Ja nie mam marzeń, nierealizowalnych, chciałabym, aby moje dzieci były zdrowe. No bo tak, chciałabym, bo to jest najważniejsze ale ….oto marzenia zawodowe nierealizowalne, oto one:

  1. Chciałabym mieć własną salę w Warszawie. Do grania małych form i do tego, aby tam zapraszać moich kolegów z podobnymi formami teatralnymi. Chciałabym mieć swoje miejsce i tam móc grać.
  2. Chciałabym realizować swoje pomysły, tytułów, tekstów, a nie być wiecznie bita po łapach i odganiana od tematów zarezerwowanych dla poważnych reżyserów a przede wszystkim dla mężczyzn.
  3. Chciałabym zrealizować film, który wymyśliłam i bardzo bym chciała, żeby na mój widok nie uśmiechano się pobłażliwie, jednocześnie nie traktując mnie poważnie. Chciałabym konkretnych rozmów i argumentów.
  4. Chciałabym realizować swoje pomysły artystyczne bez błagania tych wszystkich facetów dookoła mnie, bez udawania wariatki, koteczka, kapryśnej gwiazdy, która ma kaprys zrealizowania czegoś, podlizywania się im i udawania, że oni są lepsi, bardziej utalentowani, mądrzejsi, ważniejsi, piękniejsi, i w ogóle bardziej wartościowi niż to się wszystkim wydaje, bo moje osiągniecia w wielu dziedzinach są wystarczające, aby mi zaufać, i obraża mnie wciąż atmosfera, w której wciąż jakiś facet mi na coś łaskawie pozwala.

Oto są moje nierealizowalne marzenia, których wypowiedzenie mnie upokarza, obraża, i wyznanie ich jest nieeleganckie i dlatego nie zwierzam się z tego w realnym życiu, a pozwalam sobie na to w internecie. Powiedziałam! Raz! Więcej nie powtórzę! I w ogóle wszystkich za to przepraszam!

A poza wszystkim wiem, że chcę za dużo w ogóle.

Dziś czuję się zmęczona i smutna, i zgorzkniała, i zniechęcona, i w ogóle nic mi się nie chce. Co ja bym zrobiła dziś z tą moją salą? Z tym filmem, z tymi wszystkimi pomysłami, co mi się plączą po głowie. Nawet gdyby faceci wszyscy uwierzyli, że ze mną warto ryzykować w każdej sprawie, bo i tak coś z tego wyjdzie.

Tak naprawdę to dziś nie chciałabym nic, tylko zostać w domu i pić herbatę z cytryną, leżąc na futonie w miękkim szlafroku, czytając kryminał, zagryzając szarlotką, i żeby mąż pochylał się nade mną raz po raz, współczuł i mówił „biedna”, i całował w czoło, a wszystkie teatry, zobowiązania, podania, rachunki za gaz i za światło a przede wszystkim za telefony, fundacje, akcje charytatywne, zgubione buty i czapki moich synów, nagrania, Czechow, Arkadina, zmartwienia i tęsknoty, czekały przywarowane u moich stóp i z cierpliwością i oddaniem lizały mi stopy.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.