08
Listopad
2002
04:11

dziennik 2002-11-08 04:59:00

8 listopada 2002, piątek, 04:59

Klaudiusza, Sewera, Seweryna – Wszystkiego dobrego.

NIEKIEDY CZŁOWIEK ZAGUBIONY W CZASIE STARA SIĘ SIEBIE PRZEZ TO UTRWALIĆ, ŻE USIŁUJE ZAMKNĄĆ SIEBIE W SWYM DZIELE. (Roman Ingarden)

Nie dając sobie rady z rzeczywistością, życiem codziennym, usiłujemy stworzyć jakieś oryginalne dzieło, które zapewni nam „nieśmiertelność” w pamięci innych. Każdy dzień stwarza sytuację, by coś niepowtarzalnego stworzyć. Coś osobistego, co zawiera naszą osobowość i ducha.

To i o mnie. Ale nie wiedziałam, że to dlatego, że nie daję sobie rady z rzeczywistością, myślałam, że to dlatego raczej, że nie daję sobie rady sama ze sobą. Kiedyś widziałam film dokumentalny o facecie, który budował samolot w stodole, wiedząc, że nigdy go nie uwolni i nie będzie na nim latał, nigdy też nie sprawdzi, czy ten samolot w ogóle jest zdolny do latania, poświęcił temu dziełu pół życia, wszystkie chwile po powrocie z pracy. Zapytano go, czy nie zechce, jak już skończy, rozebrać stodoły, która stoi dookoła samolotu, i odlecieć. Powiedział, że nie, że to go nie interesuje, że to chodzi o coś więcej. Określenie „więcej”, w wypadku tej historii i absurdu jego „dzieła”, wtedy mnie absolutnie zaskoczyło, a potem po chwili – zachwyciło. Pamiętam, jak mój ojciec skomentował to – „Wariat”. No tak, ale dziełem życia mojego ojca była Trasa Łazienkowska i Dworzec Centralny w Warszawie, bo jego Oddział Napraw Maszyn przy tym pracował, i temu on, w tamtych absurdalnych czasach i warunkach, oddał wiele godzin swego życia i niewyobrażalną ilość emocji. Napisałam kiedyś felieton o „Dziele życia”, w którym zastanawiam się, czy urodzenie dziecka i wychowanie go wystarczy kobiecie jako „dzieło życia”.

„Zamknąć siebie w swym dziele” i zapewnić sobie nieśmiertelność, no cóż, panie Romanie Ingarden, zawsze można coś próbować robić w tej sprawie, ale… A w ogóle, panie Ingarden, jak ja tęsknię za człowiekiem, o którym pan myśli i opisuje.

Wczoraj słyszałam rozmowę hodowczyni orchidei szklarniowych z klientką, która kupowała sobie sadzonkę z nadzieją, że będzie ją hodować w domu. Hodowczyni dawała takie rady: „Najpierw dbać, nawozić, pieścić, pielęgnować, ile wlezie, a potem nie dbać, nie dbać i jeszcze raz nie dbać, i zaniedbać, a wtedy ona się ocknie i zdumiona tak się sama będzie starała, wysilała, walczyła, że nie wiem, a cały ten wysiłek pójdzie w kwiat. To tak jak z chłopem. Postępować tak samo.” No proszę! Jaka filozofia płynąca z doświadczeń hodowlanych(?!) hodowczyni orchidei, czyli storczyków. Mężczyzna jako trudna w hodowli Orchidea. Porównanie warte większego zastanowienia.

Dobrego dnia.

Wczoraj Virginia, dziś Virginia – w Warszawie. Jutro już Opowiadania zebrane – najpierw w Olsztynie a potem w Bydgoszczy, a na koniec, w poniedziałek i Virginia w Bydgoszczy. A we wtorek Callas w Warszawie po półrocznej prawie przerwie. Urodziło się dziecko w międzyczasie, nowy człowiek.

Nie będę mogła w niedzielę odebrać w Warszawie „Złotej Maski”, którą otrzymam dzięki Wam także, w konkursie zorganizowanym przez „Teletydzień”. Przykro mi, ale niestety, nasze wyjazdy teatralne były planowane dużo wcześniej. Tak się złożyło. Jestem z tej nagrody bardzo dumna a fakt, że to drugi raz pod rząd, wszystkich zdumiał, wszystkich w samej Telewizji. Podobno, jeśli chodzi o liczbę głosów nie miałam konkurencji. BARDZO. BARDZO WSZYSTKIM DZIĘKUJĘ. To wielka radość dla mnie i bezcenny dla każdego artysty znak, że to co robi ma sens.

I teraz już ostatecznie dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.