27
Wrzesień
2002
09:52

dziennik 2002-09-27 09:52:00

27 września 2002, piątek, 09:52

Mirabeli, Damiana, Kosmy, Wincentego – wszystkiego dobrego.

Mirabela – w Polsce to po prostu mała żółta śliweczka, bardzo dobra na kompoty otwierane w zimowe niedziele na deser. Rośnie jak chwast prawie wszędzie, to wdzięczne drzewko, śliweczki jesienią poniewierają się po drogach i chodnikach, kopią je przechodząc ludzie i gardzą nimi jak wszystkim, co można mieć łatwo i prawie za darmo. Tylko dzieci, wracające ze szkoły z tornistrami na plecach, czasem schylą się i z łakomstwa wsuną kilka do ust. Lubię te śliweczki i mam do nich czułość. W moim ogrodzie rośnie kilka takich drzewek, a wiosną zakwitają jako pierwsze i odwdzięczają się ślicznymi białymi kwiatkami, wyglądają wtedy jak zawstydzone panny młode.

Damian ma w Warszawie klinikę, nazywa się Klinika Damiana i jest bardzo droga.

Kosma – to imię kompozytora, bardzo ładne. Chciałabym znać jakiegoś Kosmę, jestem pewna, że można by z nim zajść daleko.

Wincenty, czyli Wicek ma dziś problem z zapłaceniem komornego, szuka możliwości zamiany swojego pięknego robotniczego mieszkania, które dostał jako przodownik pracy, na mniejsze, może być bliżej cmentarza, na którym leży jego żona. Takie jest życie. Ale nie buntuje się, ma swój honor.

Dziś u mnie w domu robi się jarzyny na zimę. Panie kupiły po kilka kilogramów marchwi, pietruszki, selera i pora, obierają wszystko i trą mikserem na takiej najgrubszej tarce, potem mieszają wszystko w wielkiej misce, porządnie solą i napychają tą „włoszczyznianą” mieszaniną słoje. A potem całą zimę już tylko bierze się łyżką i włoszczyzny się już prawie nie kupuje, tyle co do rosołu. To bardzo wygodne i dużo tańsze niż potem ją kupować całą zimę. No i obiera się ją tylko raz, potem już nigdy. Bardzo lubię w domu ten jesienny moment i ładnie ta włoszczyzna wygląda w słojach. Tyle, że trzeba dużo posolić, żeby się dobrze przechowała. Jak dzisiaj rano zobaczyłam ten kosz z włoszczyzną, zrozumiałam, że to naprawdę jesień. Ja gram wieczorami Małą Steinberg, nagrywam Makuszyńskiego w studio, czytam Mewę nieustannie, bo Arkadina przede mną, i czekam na krótką wizytę męża. Takie zwykłe zajęcia jesienne.

Dobrego dnia.

Przesyłam, tak jak obiecałam, zdjęcia moich trzech ukochanych kilimów.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.