12 września 2002, czwartek, 06:17
Marii, Amadeusza, Gwidona – wszystkiego dobrego.
Dziś święto Najświętszego imienia Maryi.
Amadeusz – to tylko Mozart, dla nas wszystkich, i niech już tak zostanie, to imię Geniuszu.
Gwidon – to belgijski święty, często w jego uroczystość poświęca się konie i bydło hodowlane.
Byłam na „Pianiście”. To bardzo, bardzo ważny film. Mądry, spokojny, sprawiedliwy. Skromny. Przejmujący. Od dawna w kinie nie byłam z innymi w takiej ciszy i od dawna nie widziałam, żeby wszyscy prawie widzowie zostali do końca napisów nieruchomo, w ciszy, na miejscach, i wychodzili potem z kina w takim skupieniu. Ci, którzy mówią i piszą, że ten film powinien być nowocześniejszy, są idiotami. Właśnie tak powinna była być opowiedziana ta historia, po Bożemu, drobiazgowo, bez efektownych pomysłów, zdjęć, wynalazków, bez wszystkiego, co mamy teraz do dyspozycji w kinie, i bez narracyjnej lekkości. Na ekranie wiele scen, epizodów, których się jakby wstydzę, prostych, zbyt prostych historii, szczególnie w getcie, ale robią one wrażenie i osiągają zamierzony efekt, znaczenie.
A scena wyciągania dziecka spod muru getta pozostanie mi w pamięci całe życie. Skromnie grany, oszczędnie, z kamerą nie naciskającą, nie dobijającą znaczeń, i nie wyciskającą wzruszeń na siłę. Bardzo, bardzo piękny film. Światu się taki film należał, za karę jakby. Nie błysk, nie efekt, nie pomysł, ale opowiedziana spokojnie i jakby w lekkim otępieniu historia Żydów w Polsce, bez przyspieszeń w nudniejszych momentach, bez nerwów reżysera, który chce widzowi pomóc, ulżyć w oglądaniu i nabieraniu wiedzy, przypominaniu sobie i uświadamianiu, powtarzaniu po raz kolejny i zapamiętywaniu. Świat zasłużył sobie jakby na ten film. To film jak kara, jak wyrzut, jak prawda. I dlatego dobrze, że jest realistyczny, linearny, powolny, i cały czas słyszymy zza ekranu jakby zdanie reżysera: To nie film, uważaj, ja – zmęczony i stary reżyser, co widziałem wszystko, byłem wszędzie – teraz przypominam, opowiadam ci, zmęczony, prawdę.
Ten film robi tak, że się wstydzisz w ciemności, na sali, ty, ja, każdy, właśnie dlatego że nikogo nie wyróżnia, nie oskarża specjalnie, wyjątkowo. Jest też sprawiedliwy. Nie dzieli win i cierpienia, nie podlizuje się, nie epatuje, nie prosi, nie żąda, nie wymaga. Jest. Staje się przed twoimi oczami i cię powolnie zagarnia. Polański pisze w ulotce towarzyszącej filmowi: „Pianista jest dla mnie powrotem do dzieciństwa, ale nie jest to film o mnie.”
Jest to film o nas wszystkich, bo przez to, że jest tak zrobiony, tak zwyczajnie, jest w nim coś z naiwnej, rzetelnej opowieści o strasznym i przerażającym, ale w zdumiewający sposób wciąż nas dotyczącym. Ja bardzo dziękuję.
Dobrego dnia. Nie mam najlepszego nastroju. I nie mam nadziei.