7 września 2002, sobota, 07:53
Ani jednego papierosa od 20 dni – żeby dopełnić zwyczaju panującego w książkach – pamiętnikach kobiet.
Reginy, Melchiora – wszystkiego dobrego.
Regina – czyli królowa, piękne imię, którego w ogóle nie ma w mojej książce, Melchiora zresztą też nie ma.
My znamy tylko tego Melchiora, co z Baltazarem i Kacprem przyszli do żłóbka, no i Błogosławionego Melchiora Grodzieckiego, znanego na Śląsku.
Podróż na jeden dzień do Moskwy zaczęła się od tego, że w samolocie koło mnie, piękny stary siwy Żyd założył na głowę biały szal z czarnymi paskami na dole – co zapomniałam jak się nazywa ale chyba tałes – wyjął z pięknie haftowanego czarnego aksamitnego woreczka to czarne pudełeczko, które też sobie założył na głowę, i też zapomniałam jak się nazywa, modlitewnik, i modlił się cały lot tak żarliwe, że ja zupełnie spokojna w poczuciu błogosławionego bezpieczeństwa, otworzyłam opowiadania tzw. gejowskie, czyli Muzyczne, Iwaszkiewicza i pogrążyłam się w lekturze i błogostanie.
W Moskwie na lotnisku okazało się, że ambicją witających mnie, jest to, abym nie przeszła oficjalnie żadnej z kontroli, tylko bokiem, przejściem dla VIP-ów, o czym nie chcieli słyszeć i czego zupełnie nie mogli zrozumieć ani wojskowi, ani urzędnicy pracujący na tym lotnisku, i słusznie.
Tak więc zamiast spokojnie stać sobie w kolejce z innymi i zupełnie zwyczajnie przejść, poniewierali mną, wracali, cofali, coś krzyczeli, wszyscy sprzeczając się o moje VIP-owstwo, co do którego ja nie miałam żadnych ambicji, za to witający mnie – ogromne.
Już nocą pojechałam do hotelu MIR, czyli POKÓJ, co wygląda jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, i czekałam godzinę lub dłużej, na dziennikarkę, która miała przyjść i ze mną zrobić wywiad. Czekałam zaprzyjaźniając się skutecznie i na całe życie, w tak zwanym międzyczasie, z cudowną Natalią – tłumaczką i moją opiekunką, która przetłumaczyła wszystkie polskie filmy na rosyjski i kocha Polskę i Polaków.
Wydzwoniona przez Natalię, po długim czasie oczekiwania, dziennikarka, powiedziała wreszcie, że ma coś innego do roboty, i Natalia sobie poszła do domu, a ja nocą, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, którym było poszukiwanie noża do pokrojenia arbuza, niespodziewanie zaprzyjaźniłam się w jednym z pokoi – nad kupionym przez nie i pokrojonym już arbuzem – z dwiema pisarkami polskimi, panią Terakowską i panią Grocholą.
Nad ranem około 04:00 obudziło mnie walenie do drzwi, i jacyś rosyjscy mężczyźni, sądząc z języka, którym się posługiwali, prosili, żebym ich wpuściła. Ja nie chciałam, oni mówili, że na chwilę i że nie pożałuję. Bardzo mnie rozbawił ten wieczny argument mężczyzn, że kobieta nie pożałuje jak się da namówić, bo jest on przede wszystkim w przypadku wielu panów naprawdę „na wyrost”, i powiedziałam im, że wierzę, iż byłoby fajnie, ale nie będę tego weryfikować. Zrozumiałam szybko, że zatelefonowanie do recepcji jest dla mnie bez Natalii niewykonalne, ponieważ mój pokój na przykład ma numer 1027 a numer telefonu w tym pokoju jest 876-549-734, zupełnie nie wiadomo dlaczego, i równie skomplikowany jakiś numer jest do recepcji, a ja go nie zapisałam ani tym bardziej nie zapamiętałam.
Sprawdziłam więc, czy jestem dobrze zamknięta i czy klucz tkwi w zamku, bo oni kombinowali otworzyć go czymś metalowym od strony korytarza, i spokojnie zasnęłam kołysana szumem pięści uderzających we drzwi.
Następnego dnia rano, mojego ważnego moskiewskiego dnia, poszłam na śniadanie za piętnaście dziesiąta, bo jestem na diecie i na śniadanie mogę wypić tylko kawę. Poprosiłam kelnera o mleko do kawy, a on pokazał mi palcem odległy stół-bufet i poradził, żebym sobie sama przyniosła, ja go zapytałam w związku z tym, co on robi na tej sali, on mi na to odpowiedział, że on „rabotajet”, ja na to powiedziałam aha, i poszłam sobie po mleko. O 10.02 poprosiłam innego kelnera o dolewkę kawy a on pokazał na swoim zegarku, że jest dwie minuty po 10.00 i już czas minął, jest po śniadaniu. Zapytałam czy za „dieńgi” – co w moim przekonaniu znaczy pieniądze – dostanę kawę, powiedział, że tak, ale nie u niego, mam sobie gdzieś tam iść, na piąte piętro do baru czy coś, więc zrezygnowałam.
Następnie pojechałam, z czekającymi na mnie Natalią i kierowcą Saszą, aby wypełnić mój pierwszy punkt programu – Spotkanie z czytelnikami i podpisywanie książek na terenie wystawowym. Teren wystawowy, to słynny teren wystawowy zbudowany na rozkaz Stalina około roku 1950, bez liczenia się z kosztami, z okazji Wielkiej Wystawy Myśli i Nauki Radzieckiej. Nieprawdopodobne miejsce, w którym Fellini marzył, żeby nakręcić film.
Na miejscu, przed szlabanem w bramie wjazdowej, okazało się, że niestety nie mamy załatwionej przepustki na wjazd, więc byłam świadkiem nieprawdopodobnego „teatru” urządzonego natychmiast przez moją, ulubioną już w tym momencie, Natalię. Ta darła się na całą Moskwę: – Eta Wielikaja Aktrisa iż Polszy!!! Strieljaj!!! Ubij mienia a ja wjedu!!! Czyli – Ja wiozę wielką aktorkę z Polski, tam na nią czekają telewizje i tłum ludzi! Rozstrzelajcie mnie a ja wjadę! Zabijacie a ja muszę wjechać! Ja wam tu zostawię moją torebkę! (I rzucała torebkę na ziemię) Dokumienty! (I wyszarpywała dokumenty z torebki i rzucała w okienko budki zupełnie tym nie poruszonej i – co więcej – nie zdziwionej zachowaniem Natalii, strażniczki, „Strzelaj!” – darła się dalej do umundurowanych strażników. Zabij!!! A wszystko to w akompaniamencie klaksonów aut czekających na wjazd stojących w potwornej kolejce za nami. Umundurowani z kolei dorównując Natalii ekspresją krzyczeli: – Nie lzija! Odjeżdżaj! Ona wtedy krzyczała do naszego kierowcy „Sasza! Stój!” Itd. Itd. W pewnym momencie jakiś samochód chciał wyjechać z wystawy i szlaban podniesiono, a wtedy Natalia, zupełnie dla mnie niespodziewanie, wrzasnęła „Sasza! Dawaj! Dawaj!”, i wskoczywszy do samochodu, zbierając jednocześnie torebkę i dokumenty, zmusiła Saszę krzykiem do naciśnięcia gazu i przejechaliśmy bezprawnie. Myślałam, że będą za nami strzelać, ale okazało się, że nie. Zresztą Sasza odjechał całą mocą silnika i tyle nas widzieli.
Na wystawie, w stoisku polskim, okazało się, że nie czeka na mnie ani jeden czytelnik i nie ma żadnej telewizji, więc Natalia i Sasza oddaliby życie po to, żebym się mogła punktualnie, według harmonogramu Instytutu Polskiego napić kawy, bez nerwów, spokojnie w towarzystwie miłych księgarzy i wydawców z Polski. Siedziałam sobie dość długo, nic się nie działo, Natalia odganiała wariata, co wciąż sięgając przez moje ramię brał nam ciasteczka Delicje, po które przychodził codziennie, jak twierdziły panie obsługujące od kilku dni polskie stoisko, lubił też krówki cukierki przygotowane do częstowania ewentualnych kontrachentów. Nagle ni stąd, ni zowąd zrobił się jakiś tłum i zdumiona spostrzegłam, że w moim kierunku idzie były prezydent Jelcyn, z żoną i osobami towarzyszącymi.
Zgłupiałam, wstałam, Natalia rzuciła się i włożyła mu natychmiast do ręki książkę „Gwiazdy mają czerwone pazury” po polsku a on długo stał i się w nią wpatrywał, po czym zapytał rozbrajająco: „Szto eta?”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Co to jest”. „Eta kniga” – „To książka” – odparłam równie prostolinijnie i rozbrajająco, bez namysłu, ale Natalia już mówiła, że ja jestem najważniejsza aktorka polska i Wajda, i Złota Palma, i Człowiek z Marmuru, i z Żelaza, i w ogóle, ale jemu nic nie mówiły te nazwy i nazwiska, rozejrzał się dookoła i zobaczywszy zdjęcia samych kobiet – pisarek i ani jednego mężczyzny wśród piszących w Polsce, powiedział nagle zagadkowe zdanie spoglądając jednocześnie na przystojnego mężczyznę stojącego koło niego, a oglądającego właśnie moją drugą książkę „Moja droga B”, mało interesującą, bo prawie bez zdjęć: „A mój minister woli mężczyzn” i miał wyraźną ochotę przysiąść na wolnym krzesełku obok mnie i zjeść sobie jedno ciasteczko pt. Delicje, a jeszcze lepiej napić się kawy, bo wyraźnie już „leciał z nóg”. Ale bynajmniej mu nie pozwolono, powleczono go dalej, a urocza, naprawdę urocza, jego żona życzyła mi wszystkiego dobrego, uścisnęli mi rękę i zniknęli tak jak się pojawili, a odchodzące za nimi telewizje i kamery krzyknęły, że to spotkane będzie w dzienniku wieczornym „na telewidieniu”.
Dzięki zamieszaniu z Jelcynem wariat zjadł sobie Delicje, krówki, rodzynki i zabierał się do orzeszków w czekoladzie, ale go Natalia postraszyła policją. Siedziałam sobie jeszcze chwilę czekając na czytelników i wtedy zjawiła się polska telewizja. Żałowali, że ich nie było jak był Jelcyn, a teraz chcieli sfotografować jak podpisuję książki, a ponieważ nikogo nie było, kto by mnie o to prosił, więc pracownice stoiska, Natalia i wszyscy wzięli po książce do ręki i ustawili się w kolejce przede mną do podpisywania i byli naprawdę, mogę to powiedzieć z dumą, wzruszeni i szczęśliwi, że będą mieli książki z autografami, naprawdę. (Chciał też w tej kolejce do mnie stanąć wariat, bo myślał, że coś dają, może krówki albo Delicje, ale Natalia go odgoniła.) Telewizja sfotografowała tłum moich czytelników i podpisywanie, i znów zasiadłam w towarzystwie dwóch, trzech osób, przemiłego tłumacza moich felietonów, jakiejś wielbicielki, co przyjechała aż z Uralu.
Natalia strasznie przeżywała Jelcyna i pytała mnie, czy zdaję sobie sprawę z tego, że czasem sekunda może odmienić życie człowieka. Powiedziałam jej, że gdyby on był Stalinem i gdyby był rok 50, wróciłabym do Polski jako największa polska pisarka, moje książki zostałyby przetłumaczone, zupełnie nie wiadomo dlaczego, na wszystkie języki świata i sprzedane w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w milionach egzemplarzy, w Warszawie dostałabym willę z ogródkiem i wodotryskiem, wszystkie teatry stanęłyby do mojej dyspozycji a ślad ręki Stalina na mojej dłoni byłby czczony i pielęgnowany do końca mojego życia, ale Natalia twierdziła, że Jelcyn to też jest coś, i tylko się dziwiła, że on mnie w ogóle nie zna. Ja jej odpowiedziałam, że jak bym zobaczyła moje imię i nazwisko stojące przede mną napisane tymi ich literami to też bym mnie nie znała, tak jak i MacDonaldsa nie poznałam napisanego ich bukwami, a potem przypomniałam sobie, że Jelcyn przecież czyta po rosyjsku i to są jego litery, a nie znają tu moich filmów i mnie, bo były one tutaj zawsze zakazane i nie mogli ich poznać, nawet gdyby nie mogli bez tego dalej żyć.
Nagle Natalia zawołała jakiegoś pana i przedstawiła mi go jako wielkiego moskiewskiego aktora, ten dosiadł się i zaczął opowiadać, a mnie Natalia, od tego momentu jako tłumaczka, przestała być potrzebna. Wszystko nagle rozumiałam. Wiadomo aktor! „Aktorzy wszystkich krajów łączcie się!”. Od razu zrozumiałam, że to moja krew i jego opowieści płynęły do mnie bez przeszkód.
Najpierw powiedział mi, że grał w polskim serialu „Syzyfowe prace” i kocha Polskę, i bardzo mu w Polsce było dobrze, mimo że za każdym razem, jak był u nas, to go pobito i okradziono, ale …mimo wszystko. Potem powiedział, że ja muszę być wspaniałą aktorką, bo to widać jak go słucham, czyta się to z ekspresji mojej twarzy, no to ja go poprosiłam w tym momencie o autograf, a kiedy Natalia opowiedziała mu historię o wizycie Jelcyna, bardzo się zdziwił, że Jelcyn czyta, i bardzo się z tego ucieszył. Potem westchnął, że Rosja to dziwny kraj a ostatnio jeszcze dziwniejszy, i opowiedział, że poprzedniego wieczora zaproszono go do audycji telewizyjnej pod tytułem „Czego chcą kobiety”, aby opowiedział jako aktor teatralny i satyryk, czego chcą kobiety w teatrze.
Przed nim występowały jakieś dwie panie, i jedna chciała mieć dziecko, ale żeby mąż z nią nie mieszkał tylko jej to dziecko zrobił i je utrzymywał, bo ona bardzo marzy o dziecku, ale ją na nie nie stać. Z widowni natychmiast podniósł się młody człowiek oświadczając, że jak on skończy studia za dziewięć miesięcy to może utrzymywać jej dziecko i że to będzie bardzo wygodne, będzie miał z nią dziecko, ale sobie będzie żył gdzieś tam i sobie będzie pracował bez komplikacji, no ale to za dziewięć miesięcy, bo on musi skończyć studia i wtedy zacznie zarabiać. Ona na to powiedziała, że dziewięć miesięcy to akurat w sam raz, i czy mu nie przeszkadza, że ona ma 33 lata a on prawdopodobnie 24, 25. On na to, że w ogóle, i potem już się jakoś umawiali, poza kamerą.
Druga kobieta w tym programie chciałaby mieć męża, ale żeby nie uprawiał z nią seksu, tylko sobie z nią był i mieszkał, i był przyjacielem, może być inwalidą, kaleką, to jej nie przeszkadza. Na to prowadząca program bardzo się ożywiła i powiedziała, że to jest bardzo poważna propozycja, bo jest wielu teraz kombatantów z Afganistanu, kalekich żołnierzy z Czeczenii i zapytała, jaki rodzaj kalectwa mógłby wchodzić w grę ewentualnie. Kobieta odpowiedziała, że może na przykład nie mieć rąk, nóg, itp. Prowadząca pogratulowała tej pani i poradziła, żeby się zgłosiła do odpowiednich instytucji. No a potem wystąpił mój rozmówca i zupełnie nie wiedział, czego kobiety mogą szukać w teatrze w związku z przedmówczyniami i co by je tak naprawdę w teatrze zachwyciło i oczywiście wypadł w tym programie najsłabiej.
Minął nasz czas podpisywania i spotkań z publicznością, więc Natalia wywlokła mnie z terenów targowych i zaczęłyśmy długą podróż w korkach przez Moskwę do jakiegoś radia, gdzie razem z Beatą Tyszkiewicz miałam udzielać wywiadu.
Jadąc centymetr po centymetrze zabawiałam się rozmową z Natalią, która okazała się wielką znawczynią polskiej kultury, polskiego filmu, przyjaciółką i znajomą wielu moich kolegów i koleżanek z Polski. W pewnym momencie powiedziała mi, że zawsze mnie podziwiała a teraz polubiła naprawdę, ale ja jestem bardzo nieostrożna, bo na przykład torebkę kładę na podłodze, klucz na stole itd., a to przenosi nieszczęście. A ona, Natalia, jest bardzo przesądna i w związku z tym ostrożna. Zdumiona chciałam znać szczegóły, i wtedy Natalia zaczęła snuć opowieść mniej więcej w tym stylu: „Kiedy byłam młoda, panimajesz, u mnie była taka koleżanka i my pojechały do wróżki, bo ona sama bała. O! W tym domu, Kristinoczka (bo od jakiegoś już czasu tego dnia byłam dla Natalii Kristonoczką), Bułchakow napisał „Mistrza i Margeritu”! W tym zielonym. Da. I ta wróżka to była, paniamajesz, taka nastajaszcza cyganka, u niej było w domu wielkie bogactwo i ona nam powiedziała od razu prawdę i wszystko się sprawdziło. Ona powiedziała mojej koleżance „U ciebia budziet straszne życie” O! A ta krasna zwiezda, Kristinoczka, ona ma sześćdziesiąt merów, taki jeden czubek i w niej rubinowy kamień, bo to gwiazda iz Kremla. I ta moja przyjaciółka ona wlubiłas w jeden menszczyzna, co on wyszedł z więzienie i był hazardzista, on w karty grał i u niego był w jeden dzień worek pieniędzy a w drugi nic, panimajesz? O! A tu, Krystinoczka, jest ten słynny dom na nadbrzeżu, w którym mieszkali wszyscy, i Mołotow, i Beria, i potem Chruszczow, wszyscy, strasznyj dom, a teraz na nim taka wielka gwiazda Mercedesa, widzisz? I oni, ta moja przyjaciółka iż tym hazardzistą bardzo pili i on się potem stoczył i był taki jak tragarz, panimajesz, i któregoś dnia on przyszedł do domu z rozkrojonym nożem brzuchem, a ona była pijana i ona nawlokła nitkę w igłę i tak go jak kobieta zaszyła mu brzuch, normalno, panimajesz? Normalno. Kristonoczka! A ten czerwony marmur Hitler, przywiózł do Moskwy, bo myślał, że jak zdobędzie Maskwu to wybuduje z niego pomnik, a teraz u nas dwa pietra z tego marmuru dwóch domów, numer 9 i numer 11 na tej ulicy, o, to domy z tym marmurom. I temu jej mużu, temu zaszytemu, wyobrażasz sobie, nic nie było. Ani nie chorował, ani nic. A ona, tak jak kobieta, na okrętkę go zaszyła. No, ale potem już u nich nie było żadnej miłości. Tylko ona zakochała się w innym, takim dyrektorze młodym z jejo pracuy o on z nią pił. I przychodził ten zaszyty doma i we trojkę mieszkali i pili. A tam! Popatrz Kristinoczka, to dom Szaliapina, on tu mieszkał. Tak. Ten zielionyj, staryj. I któregoś dnia oni się budzą a ten jej muż ubit, zabity leży na stole w kuchni. I wchodzi milicja i ten jej młody kochanek, dyrektor, mówi do niej, dlaczego ty go ubiła? Ona nie pamiętała. I ona poszła do więzienia a ludzie byli pewne, że to ten młody go pomordował, ale ona nie mogła się bronić. U niej było straszne życie i ona jutro wyobrażasz sobie wychodzi z więzienia…. Ja zamarłam, o Natalia oznajmiła, że wot, prijechali w Radio.
W radiu doprowadziłyśmy z Beatą Tyszkiewicz dziennikarkę do łez, bo ona nam chciała wmówić, że aktor to ktoś kto nie wie dlaczego, ale czasem mu wychodzi a czasem nie, i że dobra rola to cud i natchnienie, i z niewiadomego źródła talent, że bratanek Czechowa, wielki aktor, jak nie mógł zagrać Ryszarda III w jakiejś inscenizacji, wciąż mu nie wychodziło i zastanawiał się nad tym, i wreszcie powiedział, że wie, że to dlatego, że to okno w dekoracji było otwarte, i że artysta to taka wrażliwość i natchnienie, że nawet taki drobiazg itd.
Ja powiedziałam na to, że to zawód jak każdy inny, i że trzeba to dobrze wymyślić, jak coś zagrać i skonstruować, i że okno w dekoracji może być i zamknięte i otwarte, jak ktoś dobrze gra to taki drobiazg nie ma znaczenia a magia i tajemnica leżą zupełnie w czymś innym, że teatr to sztuka zespołowa i że spotkanie idywidualności, wizji, tematu, czasu, pomysłu, wyobraźni itd…
Wtedy dziennikarka zapytała, jak to można tak zapomnieć jak schodzimy ze sceny albo sprzed kamery te przeżycia i te problemy tych naszych bohaterek, ona się zastanawia i ona sobie tego nie może wyobrazić. Bo metoda Stanisławskiego to, że trzeba być jak postać, żyć tą postacią i to wymaga tyle nerwów, i zaangażowania i jak to tak przejść potem do życia… Na to powiedziałyśmy, że normalnie zapominamy, natychmiast jak kończymy i że to jest zawód itd., a nerwy, jakie ma chirurg na przykład mając w ręku ludzkie życie są nieporównywalne do naszych i tak dalej, i ona prawie się popłakała….
Potem była w Instytucie Polskim panelowa dyskusja, pt. „Oblicza kobiecości” z udziałem pań pisarek Magdaleny Tulli, Katarzyny Grocholi, Doroty Terakowskiej i moim. Na temat „Oblicza kobiecości” nie powiedziałyśmy nic, bo nie wiedziałyśmy, o co chodzi, ale, przedstawiłyśmy się i było bardzo miło, bo było dużo ludzi, zadawali konkretne świetne pytania, ale ja już musiałam wychodzić i nie wiem jak się ta dyskusja i spotkanie rozwinęło.
Musiałam wychodzić, bo w drodze na lotnisko miałam zwiedzić i odwiedzić MCHAT, czyli najsłynniejszy moskiewski teatr, w którym zaczynał Czechow i gdzie do dzisiaj są grane jego sztuki, a mnie – czekającej teraz na rozpoczęcie prób do „Mewy” i przygotowującej się do roli Arkadiny – za wszelką cenę do tego „Kościoła” Czechowa chciało się wejść, zobaczyć, stanąć na scenie, odetchnąć tym powietrzem.
Nie będę opisywać mojej tam wizyty, bo było to naprawdę niezwykłe przeżycie i dla mnie bardzo ważne, a ton moich dzisiejszych zapisków zupełnie się do tego nie nadaje. Jednym słowem, żegnana tuż przed rozpoczęciem przez nich przedstawienia „Zmowy świętoszków” Bułchakowa, wyposażona w dwa tomy „Historii Teatru MCHAT” i kwiaty, wzruszona, wsiadłam z Natalią do samochodu, aby jechać na lotnisko.
Centymetr po centymetrze w gigantycznym korku, posuwaliśmy się w kierunku lotniska Szeremietjewo, kiedy w połowie drogi uświadomiłam sobie, że nie mam paszportu, bo zostawiłam go w recepcji hotelu MIR, czyli POKÓJ, i że Natalia ma absolutnie rację, że jest przesądna, bo ja jestem tylko nienormalna i głupia, i ściągnę na siebie jeszcze więcej przez swoją głupotę nieszczęść. Nie będę opisywać, co się działo, powiem tylko, że dzięki przypadkowemu opóźnieniu startu samolotu do Polski z powodu jakiegoś chorego, transportowanego na noszach, wsiadłam w rezultacie do tego samolotu i dziś mogłam zaśpiewać zakontraktowany od dawna koncert w Milanówku.
Natalia na wieść o braku paszportu najpierw powiedziała mi, żebym się nie denerwowała, bo ona skończyła kurs na przewodników zagranicznych wycieczek, dawno temu, i ją tam nauczyli, że cokolwiek się stanie oni, przewodnicy, swoim życiem oddanym w razie konieczności muszą wypełnić program wycieczki, a ona nawet, kiedy jeden japoński szpieg jej powiedział na dziesięć minut przed odlotem samolotu, że nie ma paszportu, bo miał zadanie zostać, ten paszport zdobyła i Kitajca wysłała, i tak będzie i ze mną! Ja wsiądę do tego samolotu do Warszawy, albo ona się nie nazywa Natalia. Nieprawdopodobna, Boska, niezwykła kobieta. W każdym razie, kiedy dojechałyśmy z paszportem na lotnisko, całe ono, to lotnisko, wiedziało, że ja już idę, a Natalia mnie prowadzi, i że wszystkie kolejki, granice, wojskowi mają się rozstąpić przede mną. Boże, co ja bym bez niej zrobiła!
W drodze powrotnej czytałam „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, tom 6, pt. „Utracona”, w tłumaczeniu pani Magdaleny Tulli, wdzięczna jej i szczęśliwa, że wsunęła mi tę książkę do ręki, kiedy wychodziłam w trakcie dyskusji „Oblicza kobiecości”.
Przed odlotem miła stewardessa wręczyła mi instrukcje obsługi drzwi awaryjnych i powiedziała miło: W razie katastrofy, to pani musi otworzyć wyjście awaryjne, bo pani przy nim siedzi. Proszę się zapoznać z instrukcją jak to zrobić. Odpowiedziałam skromnie i spokojnie: obrze, tęskniąc za modlącym się kimś blisko mnie. Ale przy mnie tylko jakiś Polak krzyczał na stewardessę, że kolejny raz w tym amolocie nie ma chusteczek do wytarcia dłoni i że zdarza im się to coraz częściej, a potem cały czas pił wino, nadprogramowe, przynoszone przez zalękłe stewardessy, wdzięczne, że zaczął pić a przestał krzyczeć.
Kończę. Dobrego dnia. Dla mnie już noc z soboty na niedzielę.

Dom mieszkalny z rzeźbami w stylu klasycyzmu socjalistycznego

Takie domy buduje się w centrum Moskwy jako nowe,
ekskluzywne apartamentowce

Dom Szaliapina

Widok z okna mojego pokoju w hotelu MIR

Widok z okna mojego pokoju hotelowego

Moskiewski Biały Dom, w drodze z lotniska do hotelu, tuż po wylądowaniu

Pionierzy nauki, jak mi powiedziano

Symbol Mosfilmu, z samochodu

Fontanna z 16 złotymi kobietami – symbolami dobrobytu republik, na terenie wystawy osiągnięć nauki ZSRR, wybudowanej na rozkaz Stalina w 1955 roku

Inna fontanna na terenie wystawowym. Kamienny kwiat

Symbol MCHATu. Czajka

Ustawienia świateł i dekoracje „Zmowy świętoszków”, tuż przed przedstawieniem

Ustawienia świateł, MCHAT

Sala MCHATu, niezmieniona od czasów Czechowa i Mejercholda. Sala na 950 osób

Olga Czechowa. To dla niej napisał te kilka ról, które mamy teraz do grania w starszym wieku

Pomnik Czechowa przed MCHATem