30 sierpnia 2002, piątek, 06:18
Rebeki, Róży, Tekli, Feliksa, Szczęsnego – wszystkiego dobrego.
Ten zestaw imion dzisiaj, to tak jakby wyliczenie postaci z powieści okresu międzywojennego.
Szczęsny zdradza Różę z Rebeką, a Tekla i Feliks – rodzice Róży, starają się uratować i córkę, i upadającą fabrykę. Rebeka jedzie w rezultacie, po wizycie i rozmowie z Teklą, uczyć się malarstwa Francji i Włoch, a Szczęsny cierpi do końca życia, od czasu do czasu czytając wciąż na nowo jej listy z pierwszego okresu pobytu we Włoszech. Ani Szczęsny, ani Róża, ani ich dzieci nigdy do Włoch nie pojadą a tym bardziej do Paryża, bo przysięgli to matce, mimo że Rebeka – jak się dowiadywał swoimi kanałami Szczęsny – dawno jest już gdzieś w Ameryce. Wszyscy marzą o tym, ta podróż staje się ich obsesją, ale przysięga złożona matce jest ważniejsza. Na łożu śmierci nieszczęsny Szczęsny dowiaduje się od Róży, że to jej matka, intrygą, zmusiła Rebekę do wyjazdu i opuszczenia go. Tuż przed śmiercią Róża pyta go, czy ją kochał? Nieszczęsny Szczęsny w ostatnim tchnieniu wyznaje żonie miłość, czym ją uszczęśliwia i czyni jej życie sensownym, a sam umiera w poczuciu bezsilności, żalu, i w poczuciu kłamstwa. Umiera zrozpaczony ze świadomością zdrady swego największego uczucia i ukochanej kobiety. W momencie jego śmierci Rebeka, gdzieś w Nowym Jorku, mdleje. Dzieci Szczęsnego, odkrywają listy Rebeki do ojca, a obok nich, niewysłane nigdy, pisane całe życie listy ojca do niej … itd. itd.
Przepis na ogórki kiszone na zimę, bo się dopominacie. On jest tak prosty – jak się okazuje – jak parasol, nic nie rozumiem, po co było tyle zachodu, jak np. budzenie gosposi, żeby go podała, z powodu takiego, że mama w Turcji. Zadzwoniłam nawet do mamy do Istambułu z chęcią zapytania o ten przepis na ogórki, ale ona tylko krzyknęła: – Jestem bardzo, bardzo zadowolona, rozłączam się, bo jesteśmy na kolacji. I tyle. Obudziłam więc dziś rano panią Basię po ten przepis, a co w nim jest najbardziej interesujące i zdumiewające, ona – pani Basia znaczy – wyrecytowała go jak pacierz, przez sen. Tak więc…
Senny przepis na jeden litrowy słoik ogórków. Wziąć ogórki małe i średnie, nie za duże. Wymyć i ułożyć w słoiku.
Zrobić zalewę:
My robimy z dębowymi. Zalać ogórki w słoiku tą zalewą, na wierzchu położyć liść chrzanu lub go nie kłaść, jak ktoś nie ma, i zakręcić. Słoik odwrócić do góry dnem na jakiś czas, jeśli ktoś ma szczelne słoiki, bo jak nie, to za kilka dni wycieknie jak się ukisi, a jak wycieknie ze stojącego normalnie, to lepiej.
A teraz – duże i żółte ogórki, obrać ze skórki, zetrzeć na grubej tarce mikserem i takie utarte wkładać do słoików mniejszych i zalewać tą zalewą z tymi ingrediencjami. Będą gotowe na zupę ogórkową, przez całą zimę. Właściwie będzie to ogórkowa bez pracy i wysiłku. Wiadomo, ogórkowa – ulubiona zupa zimowa. Pomidorowa i ogórkowa, i rosół, i na zmianę. Inne zupy nie istnieją, w każdym razie dla moich dzieci.
Ach, i do tamtego przepisu na sypaną szarlotkę trzeba dodać, że do jabłek trzeba cynamon, o czym zapomniałam.
No, to tyle kącik kuchenny, z którym mam wspólnego tyle, że te receptury przepisuję z zeszycika rodzinnego, lub cytuję, albo się tym wszystkim zachwycam jak to jem. Moje wyczyny z gotowaniem są atrakcyjne do opowiadania, gorzej z jedzeniem tego, co „uwarzę”. Mój mąż, kiedy widzi mnie w kuchni w trakcie gotowania, nazywa mnie „Krysia Kuchareczka Olaboga”, i zaleca, aby się wszyscy kryli w polu ostrzału, bo trup będzie słał się gęsto. Ambicje kucharki towarzyszyły mi mniej więcej do 40 roku życia, a potem odeszły jak ręką odjął, a i tak mnie to długo trzymało, jak twierdzi rodzina, a zupełnie niepotrzebnie, jak dodają. Słynny w rodzinie, niebieski kalafior, moja specjalność, niebieski – bo ugotowany z tą wodą z octem, co to miała wygonić z niego glisty, a więc ugotowany i z tą wodą, i w związku z tym z ewentualnymi glistami, oraz słynne ciasto piaskowe, pieczone jak mama mówi „do siedmiu razy sztuka”, są pociechą rodziny i żelaznym punktem repertuaru towarzyskich rozmów. Ciasto „Do siedmiu razy sztuka” – dlatego że raz piekłam z głowy, raz z książki kucharskiej, trzeci raz jeszcze raz z tej książki, czwarty z innej książki, ten sam przepis troszkę inaczej zapisany, bo to była książka francuska, napisana otóż w języku francuskim, ale ciasto to samo. Była to już wersja ciasta piaskowego po francusku za to z moimi łzami wściekłości, złości i upokorzenia. Ale nie dałam jeszcze za wygraną, zadzwoniłam do mamy i ona podała mi zdumiona, zapłakanej, przepis przez telefon. I tak piekłam po raz piąty według przepisu mamy. Po raz szósty piekłyśmy z mamą razem, bo ona się zdenerwowała, że mi znów nie wyszło. Piekłyśmy ze słuchawkami przy uchu, ona u siebie w domu, ja u siebie. Mama mówiła dokładnie, co robi, jak i ile czego bierze, a ja po prostu powtarzałam jej ruchy i czynności. Mamowe ciasto było wspaniałe, moje – nie do zjedzenia. Dopiero siódmy raz się udał, bo mama przyjechała. Po raz siódmy robiłam to cholerne ciasto z mamą koło mnie. Mama z nerwów przyjechała, bo nie mogła uwierzyć, że to nie wychodzi, i piekłyśmy razem u mnie. I tym razem wyszło. Nieudanych sześć ciast znalazło się w kuble, w karmnikach dla ptaków, w miskach psów i kotów itd., za każdym razem był to dziwny zakalcowaty twór, nie do zjedzenia przez człowieka a – jak się potem okazało – i przez kota, i przez psa, i przez ptaka. Ta historia świadczy o mojej: naiwności, determinacji, odwadze, wytrwałości, nieliczeniu się z pieniędzmi, jeśli chodzi o naukę i kształcenie się, a przede wszystkim o moim całkowitym braku talentu do zajęć kuchennych. To tyle. Już potem nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby coś upiec. I na szczęście.
Dobrego dnia.
Wczoraj miałam sesję zdjęciową odwlekaną dwa lata, bo nienawidzę zdjęć. Autor zdjęcia, pan Andrzej Piasecki. Zobaczcie, jaka jestem cudna! Wyglądam jak własna ciocia. Ale to bynajmniej nie jego wina. Po prostu cudna kuchareczka!
