25
Sierpień
2002
06:08

dziennik 2002-08-25 06:51:00

25 sierpnia 2002, niedziela, 06:51

Luizy, Partycji, Ludwika – wszystkiego dobrego.

Luiza – śliczne imię. Pani Luiza mnie znana ma butik, śliczne piegi, dziecko, mamę, nigdy nie mówi nic o mężu, więc go może nie ma, nikt tak nie potrafi się zachwycać sukienką czy butami jak ona, a jej wyobrażenie, jak powinna się ubierać „gwiazda”, jest bardzo odległe od mojego. Mimo to kupuję u niej często, najczęściej coś, co już leży tak długo na półce, albo wisi na wieszaku, że aż się zakurzyło. Ona na wieść o wyborze robi zawiedzioną i troszkę obrażoną minę, i mówi, no wie Pani! No trudno!

Patrycja – to imię szalenie modne w Polsce około 20 lat temu. Dziś Partycje mają narzeczonych, albo właśnie wychodzą za mąż, idąc do tych ślubów na długich nogach, uśmiechając się śnieżnobiałymi zębami i potrząsając zdrowymi, błyszczącymi włosami. Bo to dzieci witamin, mleka Milupa, i obudzonej jakieś dziesięć lat wcześniej przed ich narodzeniem, świadomości polskiego społeczeństwa na temat zdrowej wody, zdrowej żywności, czystego powietrza i dobrodziejstwa sportu i aktywnego życia.

Ludwik – w ogóle wypadł z mody a szkoda.

Wczoraj cała Warszawa brała ślub. Na światłach na skrzyżowaniach stały same samochody z nowożeńcami, a po mieście jeździły tylko takie przybrane wstążkami, kwiatami i lalkami. Parę nowożeńców widziałam także, wraz z gośćmi weselnymi idących na piechotę, może do kościoła, bo to było w Wilanowie; a jedna moja znajoma kupiła zaproszonym na ślub córki gościom z Niemiec, bo pan młody jest Niemcem, bilety na środki komunikacji MZK, więc wielu odświętnie ubranych weselnych gości jeździło też tramwajami i autobusami, bo ich liczba przekraczała 50. Na pewno nie zapomną tego ślubu i wesela długo. Niektórzy dotarli na poczęstunek około północy, metrem, zwiedziwszy uprzednio Warszawę.

Mój syn, kiedyś na widok pewnej pary młodożeńców powiedział: „Z mojego doświadczenia, nie pożyją długo razem”, co wprawiło nas w osłupienie, rodziców i przyjaciół nowożeńców – w panikę, jako zła wróżba, a resztę gości – w paroksyzm śmiechu, bo miał wtedy 8 lat a wyglądał na jeszcze mniejsze dziecko. Niestety jego oryginalne spostrzeżenie, wypowiedziane głośno, sprawdziło się już rok później, więc doświadczenie ośmiolatka i jego bystre oczko wystarczyło, aby taką rzecz przewidzieć.

Życzę wszystkim wczoraj zawartym małżeństwom wszystkiego, wszystkiego dobrego. Długiego wspólnego szczęścia i udanego życia.

Że też nie ma miejsca w Warszawie, które odwiedzaliby nowożeńcy, aby się sfotografować tam na szczęście. W każdym właściwie mieście takie miejsce jest. Nad Newą – w Petersburgu, pod Dawidem Michała Anioła – we Florencji na górze, na Schodach Hiszpańskich – w Rzymie, na Placu św. Marka – w Wenecji. Pod Smokiem Wawelskim – na Wawelu, na Rynku w Krakowie? Takie miejsce, co przynosi szczęście nowożeńcom. Powinna to być, być może, Syrenka? No, ale koło niej nie ma miejsca, aby się fotografować. Co jest jeszcze w Warszawie symbolem zwycięstwa, spokoju, pomyślności? Bo mnie przychodzą do głowy same miejsca martyrologii, rozpaczy, i pamięci strasznej. No gdzie jest to miejsce szczęśliwe? Czy nie posiadające choćby skojarzeń tragicznych? Chyba nie ma. Boże.

Wczoraj przyszła na Virginię moja koleżanka i powiedziała, że powinnam więcej grać tyłem i że w ogóle gram średnio, prawie otarła się o słowo szmira. To taka koleżanka ze środowiska, co mi zawsze powie prawdę, bo jest moją koleżanką a nie fałszywą małpą. Kurcze. Odechciało mi się grać. Dziś już mi się nie chce iść do teatru i grać. A jeśli już to cały czas tyłem.

Dobrej niedzieli.


Krystyna Janda – reżyserka

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.