24 sierpnia 2002, sobota, 06:16
Maliny, Bartłomieja, Bartosza, Jerzego – Wszystkiego najlepszego.
Malina – Znam dwie Maliny. Obie są do zjedzenia. Bardzo je lubię. Malina to dziwne imię, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wybiera je dla córki tata uszczęśliwiony jej pojawieniem się na świecie. Jest w tym imieniu suma marzeń i oczekiwań mężczyzny. Naprawdę coś takiego jest.
Bartłomiej – no ten Bartłomiej to ten najważniejszy. Najpierw św. Bartłomiej, jeden z najpopularniejszych świętych. Jeden z Apostołów, torturowany i męczony przez pogan, a potem odarty ze skóry i ścięty. Jeden ze świętych, który cierpiał najbardziej. Święty jest popularny na polskiej wsi. Św. Bartek. Na świętego Bartka kobiety wyrabiały masło, odkładały na później i – jako uświęcone męczeństwem Świętego – używano go potem na okaleczenia i rany oraz różne choroby skóry. No a w noc św. Bartłomieja także Katolicy wyrżnęli we Francji kiedyś Hugonotów, nastąpiła zmiana dynastii, a Henryk Bourbone, protestant, przechodząc na katolicyzm, aby skończyć wojnę domową, powiedział słynne zdanie: „Paryż wart jest mszy”. Bardzo ważna noc. W tę noc także zaczynał się zawsze sezon polowań.
Bartosz – to przysłowiowy głuchy i gapa z ludowych porzekadeł
No a Jerzy, mój ulubiony Jerzy, Jerzy sierpniowy, obchodzi sobie po cichu – ciszej niż tamci pozostali Jurkowie – swoje święto.
Zapomniałam Wam napisać, że poprzedniej niedzieli byłam z moimi chłopcami w kinie na filmie „Hrabia Monte Christo” – nowej, amerykańskiej z kolei, ekranizacji jednej z moich i moich synów ulubionych książek, i…. wyłam ze śmiechu w czasie projekcji cały czas. Patrzyli na mnie zdumieni inni widzowie a także moje dzieci, ale ja nie mogłam się po prostu uspokoić ani wyznać powodu uciechy. Jest oczywistym, że tak zwana inna orientacja seksualna, wielcy jej przedstawiciele, swoją wyobraźnią, niepokojami, talentem dominowali zawsze we wszystkich dziedzinach sztuki. Wielokrotnie nadawali jej ton i wymiar, i dzięki im za to, ale ten film, moim zdaniem, zrobił jakiś klan rozwydrzonych „Ciot”. Nie mam nic przeciwko gejom, mam wielu przyjaciół wśród nich, wspaniałych, znakomitych ludzi, cudnych, zdolnych i mądrych, ale to, co zobaczyłam na ekranie, mnie „przerosło”. Ten wykwit „twórczości” i wyobraźni oraz interpretacji. Jak te laluchy grają! Jak trzęsą lokami, jak siadają, chodzą, biegają, obrażają się, złoszczą! Jak grają złych to są źli jak z kreskówki, jak dobrzy to jak z pamiętnika pensjonarki. A ubrani, a umalowani, a w saunie sobie mówią, że się zemszczą. No myślałam, że umrę. Ta Polka wśród nich, śliczna, coś tam szemrze i jęczy cały czas pod nosem, ani razu nie zmieniła rytmu mówienia, nawet w najbardziej dramatycznych momentach, pierwszą scenę zagrała nieźle i no, i popłakała się też dobrze, jak się dowiedziała o śmierci ukochanego, ale reszta?! Choć i tak gra lepiej niż pani Skorupko i choćby nasza Zosia z „Pana Tadeusza”, ale niech ją Pan Bóg kocha.
Mówię Wam, idźcie, najsłynniejsza historia o zemście, na schemacie której powstało potem tyle filmów ze słynnymi macho, w tym wykonaniu – fantastyczna. Aha, bardzo ładna ostatnia dekoracja, obiekt do pojedynku. Tyle.
Dobrego dnia.