02
Lipiec
2002
06:07

dziennik 2002-07-02 06:43:00

2 lipca 2002, wtorek, 06:43

Jagody, Marii, Ottona, Urbana – Wszystkiego dobrego.

Jagoda – to imię dziwne, nie wiem, dlaczego ktoś chce, żeby córka miała na imię Jagoda. Może ma miłe jakieś wspomnienia, albo to tradycja rodzinna, w każdym razie ja znam dwie panie o tym imieniu i są świetne. Ale nie wiem, dlaczego imię Jagoda kojarzy mi się z dużą nadwagą a obie znajome mi Jagody nie mają tego problemu.

Maria – jeszcze raz wyrażam miłość do tego imienia, biję przed nim pokłony, królewskie imię, nie najszczęśliwsze podobno dla właścicielek, ale jaki honor!

Otton i Urban – niech zostanie zarezerwowane w zasadzie dla papieży. Choć, wyobraźcie sobie, znałam jednego Ottona, w Niemczech, nie można powiedzieć, żeby miał dużo polotu, dość męczący mężczyzna.

Dzieci i mąż wsiedli na jacht Nikodema Jasińskiego, słynną atrakcję naszych tu pobytów – „Mateńkę” – i wypłynęli w tygodniowy rejs. Męska Przygoda III, można powiedzieć. To już trzeci raz zaokrętowali się na tej niekonwencjonalnej „jednostce pływającej”. Moi synowie tak lubią Nikodema, jego wesołość i poczucie humoru, konieczność podporządkowania się właśnie takiemu odlotowemu kapitanowi, Mateńkę i włóczenie się po zatokach, portach, nurkowanie, spanie na pokładzie, brak konieczności codziennego mycia się, to życie wolne, bez nudnych ram i granic, że postanowiliśmy podarować im znów taki tydzień. Ja zostałam na brzegu. W wynajętym domu, sama, z moimi książkami, komputerem i myślami. Mnie też potrzebny taki tydzień.


Porto Ercole


Porto Ercole


Dzieci okrętują się na Mateńkę


Zobaczcie jaka bezczelna, umiałabym to zagrać

Dostałam z Polski gazety! Horror. Wróciły wszystkie zmory i niepokój. Dostałam także wszystkie pisma ilustrowane, to dopiero okropność. Do tego, jak mam te głupoty, to nie czytam książek tylko te świństwa. No i jeżdżę na rowerze po piniowym lesie, kilometry. Wczoraj spotkała mnie tragedia, moja ukochana spódnica wkręciła mi się w koło i rower można powiedzieć „rozebrał mnie” na środku miejscowego deptaku. Stałam skonsternowana w majtkach z całą spódnicą wkręconą w koło. Wesołość gapiów z powodu tego zdarzenia i widoku nie miała granic. Mnie też byłoby zabawnie, gdyby nie to, że to moja najukochańsza spódnica, ta, w której zagrałam prawie całą rolę Agaty w Pestce, można powiedzieć: moja kultowa. Po Pestce została mi ta spódnica, jako wspomnienie, i dzwonek w moim telefonie – pierwsze takty muzyki, które wpisał mi Wojtek Borkowski, kompozytor muzyki do tego filmu. Teraz mam tylko ten sygnał w telefonie. W każdym razie, żeby wyjąć tę spódnicę, trzeba było całkowicie rozebrać rower. Siedziałam niespeszona, w różowych gaciach na środku miasteczka, na deptaku, na ławce; pan od rowerów rozbierał rower kręcąc głową i po francusku, bo w tym języku ze mną rozmawia, wykrzykiwał przekleństwa i kręcił głową, a ja ze łzami w oczach, żegnałam się z przeszłością w postaci tej spódnicy. On ciął ją na kawałki nożyczkami i wydostawał śrubokrętem, po kawałku, a ja prawie płakałam. Potem spojrzał na kupkę ścinków leżących na trotuarze i na mnie i powiedział kręcąc głową: – Oto pani ubranie, trudno, musiałem. Żałuje pani tej spódnicy?. Odpowiedziałam: – To nie ubranie, proszę pana, to kawał mojego życia. Zgłupiał. Nie zrozumiał.

Wydają tu świetne trzy pisma o sztuce. Świetne, ze wspaniałymi fotografiami, reportażami z odwiedzin w pracowniach malarzy, rzeźbiarzy, teatrach, relacje z prób koncertów, oper, rozmowy z pisarzami o tym, co właśnie piszą, nad czym pracują, z muzykami, do czego się przygotowują, zapis aktualności, ale taki jakby przedpremierowy, świetnie skatalogowane i opisane wystawy, znakomity serwis dotyczący tego, co się dzieje aktualnie na świecie, debiuty. Dużo malarstwa, architektury, zdjęć tancerzy, wypowiedzi twórców. Prawie wszyscy opowiadają nie o tym, co już zrobili tylko o tym, nad czym pracują w tym momencie albo o projektach i tęsknotach na przyszłość. Przyszło mi do głowy, że można by w Polsce robić taką gazetę, nie o tym, co jest, tylko o tym, co mogłoby być gdyby były pieniądze. Artyści opowiadaliby spektakle teatralne, które chcieliby zrobić, reżyserzy filmy marzeń. Malarze pokazywaliby swoje obrazy w domu, w pracowniach, na zdjęciach, bo na wystawy, wiadomo nie ma pieniędzy, tancerze snuliby wyobrażenia o tym jakby tańczyli gdyby mogli. Architekci na rysunkach pokazywaliby budynki, realizacje swoich marzeń. To byłby taki erzac, ale za to nieskrępowany żadnym ograniczeniem komercyjnym i finansowym. Byłoby coś, jednak, mimo sytuacji. Coś, a nie tylko te produkty kultury i sztuki, na których można zarobić, albo które zostały zrobione, bo rokowały dopływ kasy. Nawet dla niektórych twórców to byłoby lepiej, żeby opowiadali, co chcą zrobić niż to robili. Piękna gazeta. Tylko czy ktoś oprócz mnie i kilku moich znajomych by ją kupił? Kogo interesują plany i marzenia artystów? Teraz w gazetach są tylko reprodukowane obrazy, co to je można ewentualnie kupić na aukcji. Koszmar.

Aj! Idę na plażę i zagłębię się, w jakąś lekturę, bo mendzę.

Dobrego dnia. Nie jeźdźcie na rowerach w szerokich spódnicach, to ważne, a reszta? Fiume!

A reszta to dym! Jak pisała Agnieszka. Pa, pa, całusów sto dwa!

Dziś Palio, słynna gonitwa w Sienie na placu Il Campo. Przyjadą ludzie z całego świata. Nie jadę… dziś boję się tłumów.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.