26
Czerwiec
2002
06:06

dziennik 2002-06-26 06:28:00

26 czerwca 2002, środa, 06:28

Jana, Jeremiego, Pawła, Rudolfa – wszystkiego dobrego.

Jan, znów Jan, ale ten Jan jest pokrzywdzony, po tamtym sławnym Janie, kto o tym teraz będzie pamiętał? Drogi Janie z 29 czerwca, składam ci od siebie najserdeczniejsze życzenia wszystkiego dobrego. I nie martw się, w ukryciu też odnajdziesz szczęście i swoje przeznaczenie, a może nawet to będzie prostsze.

Jeremi – Jeremi to dla mnie tylko Jeremi Przybora. Choć jest wielu Jeremich, stosunkowo często jest to imię spotykane, dla mnie ten Jeremi jest najbliższy sercu. Za każdym razem, kiedy śpiewam przez niego napisane teksty, przy każdym zdaniu, w środku siebie, zachwycam się jego delikatnością, subtelnością, urodą skojarzeń i metafor pan Jeremiego. Cóż za wysublimowane istnienie. Piszę wciąż „pana Jeremiego”, ponieważ wiem, że on mówi o mnie „pani Krystyna”, a prawie nikt tak o mnie nie mówi.

Paweł – to taki Paweł znów przed tym głównym Pawłem. Oj Pawle, Pawle, też nie masz lekko, wszystkiego dobrego.

Rudolf – jest imieniem ciemnych, dusznych, wybrylantynowanych kochanków, i tak już zostanie, bo u mnie nie chce być inaczej. Nie jest on najmądrzejszy ale przecież nie o mądrość tu w tym wypadku chodzi. W życiu też jest aktorem, za to wyrazistym i efektownym, nie mylić z dobrym. Rudi jest w sam raz na pierwsze okładki i do towarzystwa, w ciemności sypialni za to płacze na piersiach kobiet z niemocy i upokorzenia, a one przytulają go czule i mówią, że tak wolą, że tak jest dobrze, rano robią mu kawkę z pianką i jajko po wiedeńsku, kiedy on, jeszcze ukołysany, z uśmiechem na twarzy śpi, a po południu blask reflektorów i oczy kobiet znów leczą jego ego. Jest jak gorąca czarna perła, z którą po jakimś czasie nie ma co zrobić, bo wypadła z oprawy, a ona w pudełku nie chce leżeć. Ale inne kobiety o niej marzą i łatwo się jej pozbyć.

Ten dom, w którym tu na wzgórzu mieszkamy, to jest dom szczura, mewy i nietoperza. Mewa jest młoda , nie umie fruwać i sobie chodzi między nami, my ją karmimy, ona jest zadowolona, i to jest bardzo miłe. Nietoperz fruwa nocą po domu, i się go boję, ale trudno. Natomiast szczur!!!! Szczur jest bezczelny. Wczoraj wieczorem biegał po balustradach i drzewach bez żadnego skrępowania, a ja darłam się jak opętana wniebogłosy, bo mam absolutną fobię na punkcie szczurów. Wszyscy się ze mnie śmieją, dzieci mnie bez przerwy nim straszą, a on – jakby to wiedział – w nieoczekiwanym momencie gdzieś nagle przebiega. Nie mogę już tu dalej mieszkać, musimy wyjeżdżać. Boję się od wczoraj panicznie wszystkiego. Każdego najmniejszego ruchu, trzasku, stuku. Szczur ma rudy tyłek i nic, ale nic sobie z nas nie robi, rozumiem, że to myśmy się do niego wprowadzili a nie on do nas, ale od wczoraj wieczór postanowił żyć z nami razem, zwyczajnie i po prostu, gra z nami w otwarte karty. Bawi się na naszych oczach huśtając się na gałęziach palm. Zjada nasze rzeczy w kuchni. Niczym się już nie krępuje. Aż mam gęsią skórę, jak to piszę. Od wczoraj ja stoję nieruchomo pośrodku ogrodu, broń Boże pod żadnym drzewem, nie ruszam się i się boję. Na noc zamknęłam się w pokoju, gdzie jest 30 stopni ciepła, pozamykałam okna, przykryłam się z głową i zatkałam sobie uszy, żeby go ewentualnie nie słyszeć. Nie zmrużyłam oka. Nie wiem, co to będzie dalej, bo on z minuty na minutę jest coraz bardziej bezczelny. Teraz o świcie go nie ma, pewnie śpi razem z nietoperzem, ale mewa chodzi tutaj koło mnie, po domu!!!


Mewa. Zdjęcie nie najlepsze, ale to ze zdenerwowania

Żeby tego było mało, Marek wczoraj zjadł spaghetti z kałamarnicą, czarne. Podobno pyszne. Ten czarny sos, ona – ta kałamarnica – podobno wypuszcza tylko jak się boi! Nie mogłam patrzeć, jak to jadł, cały czas myślałam, jak ona się bała, kiedy wypuszczała to, co on teraz tak smakowicie zjada.


Spaghetti z kałamarnicą

Chyba – z powodu szczura – i ja wypuszczę czarny płyn, zrobią ze mnie sos i go zjedzą, bo nikt oprócz mnie nie zamierza wyjeżdżać, nie chcą nigdzie się przenosić i wszyscy się ze mnie śmieją.

Szczura i nietoperza Wam nie sfotografowałam z wiadomych przyczyn.

Dobrego dnia. Ach, jakie ciekawe rzeczy do obserwowania na plaży!!! Ile miłości, czułości, historii, nieudanych i udanych związków, znajomości właśnie rozpoczętych, uwielbiam to obserwować, jutro Wam opiszę.

Dziś znów jakiś ważny mecz i cała plaża to będzie oglądać.

Koło mnie wczoraj rodzina z pięciorgiem dzieci: Laurą, Wirginią, Kariną, Fabio i Marko. Mama, strasznie gruba i wesoła, bawiła się z nimi w wodzie, a tato, strasznie mały i chudy, fotografował ich cały czas stojąc po kolana w wodzie. Kiedy mama wychodziła z wody i jak foka wywalała się prychając na leżaku, patrzył na nią z zachwytem i biegł szybciutko, żeby zajmować się najmłodszą Kariną (przy czym Karina to nie imię, to znaczy: droga, miła, kochana), ale cały czas nie spuszczał z zachwyconych oczu, mamy dzieci a swojej żony.

Wszystkie matki tutaj do swoich nawet nie najładniejszych córek, powiedziałabym zupełnie nawet nieładnych, mówią bez przerwy „bella”, co znaczy piękna: – Co piękna? Co chcesz piękna? Piękna, daj mi spokój… itd. To wspaniałe. Dziecko myśli, że jest naprawdę piękne, bo dla matki jest piękne, i tak mu zostaje ta świadomość na całe życie. Jakie to ważne, jaka to ulga, zwłaszcza dla dziewczynki. Czy któraś z Waszych matek mówiła Wam bez przerwy, choćby w tak zdawkowy sposób, że jesteście piękni? A przecież najważniejsze, nie być, tylko wierzyć w to, że jest taka możliwość, że to jest prawdopodobne. O mój Boże, ile tu na tej plaży otwartej miłości, pocałunków, przytulania się dzieci do rodziców, babć, zabawy, uśmiechów, głaskania, dotyków, czułości. Tyle dzieci, dzieci i wszystkie głaskane, całowane, przytulane, jak małe kotki.

Dobrego dnia. Przytulcie tam w Polsce dziecko i powiedzcie mu, że jest piękne.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.