24
Czerwiec
2002
06:06

dziennik 2002-06-24 06:29:00

24 czerwca 2002, poniedziałek, 06:29

Danuty, Dany, Jana, Wiliama – Wszystkiego dobrego.

Danuta – Danuta to jakoś tak imię „żony”. Mężczyźni często mówią: „Moja żona ma na imię Danuta” – ale za tym bynajmniej nie idzie poznanie Danuty. Ja mam przyjaciółkę Danusię, cudowną, na którą zawsze mogę liczyć, a także mogą na nią liczyć moje dzieci, mąż i mama. To wspaniałe uczucie wiedzieć, że na kogoś na pewno możesz liczyć, chyba najcenniejsze. Ale Danusia w zamian może liczyć na nas, zawsze. To coś więcej niż przyjaźń, nawet nie wiem jak to nazwać. Na Danuty często wołają Danka! Bardzo często, bo myślą, że to brzmi bardziej swojsko i nowocześnie, a w każdym razie nowocześniej, bo Danusia to imię skromne i jakby trochę de mode. Moja książeczka o imionach mówi, że Danuta jest pełna inicjatywy i zaradna. I to prawda, moim zdaniem. Nie spotkałam Danuty bezradnej. Często na Danuty wołają też Dana, co jest pomyłką, bo to właśnie już zupełnie inne imię, dużo bardziej ekstrawaganckie i jakby obce.

Wiliam – to po prostu Szekspir. Dziś są imieniny Szekspira i tyle. Zawdzięczamy mu wszyscy tak wiele, że życzmy mu spokoju w niebie. Nawet ci, którzy nigdy go nie czytali, nigdy nie widzieli żadnej z jego sztuk w teatrze, mają w stosunku do niego ogromny dług wdzięczności, nawet nie podejrzewają jak wielki. I żyją w nieświadomości. Niech sobie żyją. Och, Wiliamie, na Tobie się wszystko zaczyna i na Tobie kończy. Udało Ci się powiedzić o wszystkim. Ponad Tobą tylko Biblia. Tam jest naprawdę wszystko, wszystkie źródła literatury, dramatu, sztuki, wszystko, co nam się zdarza lub zdarzyć może, wszystko, ale zaraz potem jesteś Ty.

A teraz Jan. I najpierw Agnieszka Osiecka o Janie.

Ty pójdziesz miastem

ty pójdziesz miastem,
a ja ścieżyną,
ty zakwitniesz dębem,
ty zakwitniesz dębem,
a ja sośniną.
W lesie, w lesie, w lesie,
w lesie zielonym.
Dookoła ciebie,
dookoła ciebie
będą tańczyli,
a przy mnie zasiądą,
a przy mnie zasiądą
i będą pili….
W lesie, w lesie, w lesie,
w lesie zielonym.
Ty będziesz, Janku,
ty będziesz, Janku
w mieście muzykiem,
będziesz zmieniał panny,
będziesz zmieniał panny
z każdym walczykiem.
W mieście, w mieście, w mieście,
W mieście szalonym.
Tobie długie lata,
tobie długie lata
między chmurami,
a mnie prędko zetną,
a mnie prędko zetną
drwale piłami….
W lesie, w lesie, w lesie,
w lesie zielonym.
Tobie w stronie obcej,
tobie w stronie obcej
łzy nie popłyną,
bo ty jesteś chłopcem,
bo ty jesteś chłopcem,
a ja dziewczyną…
W lesie, w lesie, w lesie,
w lesie zielonym.

Nie sprawdziło się, Agnieszka zakwitła taką dębiną, i w takich wysokich chmurach, o jakich nawet nie marzyła. A Jan żyje. Czy zapłakał? Nie wiadomo. Jest daleko.

24 czerwca to dzień czarowny. To dzień po nocy świętojańskiej, ale także pierwszy dzień wakacji przez całe moje dzieciństwo i młodość. 24-ego czerwca, w dzień imienin mojego ukochanego dziadka, Jana, jechałam z walizką do Starachowic, z prezentem i sercem nabrzmiałym miłością, wdzięcznością i szczęściem, do dziadków na wakacje. Mała, szczęśliwa dziewczynka z walizką, jechałam do swojego Raju, na całe dwa miesiące. A tam czekał Janek, jak babcia na dziadka wołała, i ona. Jechałam pociągiem, z przesiadką w Skarżysku, lub Pekaesem, z postojem w Białobrzegach. Serce gnało, każda minuta, każda sekunda wydawała się wiecznością. W dziecięcych wyobrażeniach dziadkowie byli symbolem dobra, spokoju, miłości, sprawiedliwości, cierpliwości, bezpieczeństwa. Wyobrażenie to pielęgnuję w sobie do dzisiaj, idealizuję coraz bardziej, wyolbrzymiam, bo mi z tym dobrze, bo mi to potrzebne, bo każdemu potrzebny jest jakiś ideał i wiara w jego istnienie. Dlatego dziś nawet słabości, śmieszności dziadków są ideałem, a imię Jan budzi we mnie tkliwość i czułość. To są skarby, które mam i ich nie oddam. I mam nadzieję, że Wy też macie. Każdy swoje.

Siedzę od świtu na tarasie włoskiego domu i myślę o dziadkach. Bo myśleć osobno o Janie i o Babci się nie da. Kochali się tak bardzo, nie mogli bez siebie żyć, przy czym babcia była okrutna, żartowała z dziadka, wyśmiewała się, drwiła, i kochała nieprzytomnie, a on z cichym uśmiechem uwielbiał to chłostanie, zawsze robił do mnie oko po każdej uszczypliwej uwadze i tylko poprawiał się w krześle z bardziej szczęśliwym uśmiechem. Ona gadała, a my oboje wiedzieliśmy swoje. Bardzo to oboje lubiliśmy. Kiedy umarł pewnego dnia, ona też od tego momentu nie chciała żyć, a ja zamknęłam się w pokoju i wyłam, głośno płakałam z żalu. Darłam się z niezgody na tę śmierć. Nawet nie wiedziałam, że można tak głośno płakać, samą mnie to zaskoczyło. Nie wiem dlaczego moje nieszczęście przybrało taką formę? Widocznie na cichy płacz nie zasługiwał. Zasługiwał na krzyk z bólu, a nie na łzy. Tak płakałam w życiu tylko raz. Ona – babcia – zamilkła, posmutniała, skamieniała. Nie chciała istnieć. Robiła wszystko, żeby umrzeć jak najszybciej. Nie mogła być sama w tym ich wspólnym domu, bo potrzebowała opieki, ale bez tego domu, tego miejsca i jego, nie umiała być. Organizowaliśmy to trwanie jej tam na wszelkie sposoby, ale pewnego dnia upadła, w domu, który on zbudował, leżała długo, nie mogąc się podnieść, a potem, kilka dni później w tym samym szpitalu co on, umarła.

Boli mnie głowa. Pewnie będzie zmiana pogody, zobaczcie jak nisko chmury. Dołączam kilka zdjęć z naszego tarasu. Duszno. Śpimy na zewnątrz, w ogrodzie powynosiliśmy łóżka i tak śpimy. To znaczy oni śpią, bo ja boję się wszystkiego – odgłosów, ptaków, robaków, ciem, ruszających się w ciemności gałęzi, wszystkiego.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.