21
Czerwiec
2002
06:40

dziennik 2002-06-21 06:40:00

21 czerwca 2002, piątek 06:40

Alicji, Demetrii, Marty, Alojzego – wszystkiego dobrego.

Alicja – mimo zapewnień mojej książeczki, że jest to po prostu dama, tajemnicza, pewna siebie i znająca swoją wartość, osoba przekorna z zacięciem do sporów i dyskusji, w których lubi dowodzić swoich racji, kobieta lubiąca być w centrum zainteresowania, lubiana, która dodatkowo potrafi zaimponować – dla mnie jest zawsze Alicją „z krainy czarów”, ciekawą wszystkiego i taktowną podróżniczką, gotową wysłuchać i porozmawiać z każdym. Miłą osobą ze swoimi tajemnicami, ostatnią do takich spraw jak dyskusje i spory. Co prawda znam też Alicję – prawdziwe zdzirsko! Która swoimi sztucznymi pazurami i neonowym makijażem podbija serca mężczyzn na parkietach w hotelach na Wybrzeżu, zabrała męża jednej mojej przyjaciółce i potem go chciała oddać, ale moja przyjaciółka nie wzięła. Powiedziała i jej, i jemu, że ma wrażenie, że jest po niej, po tej Alicji, bardzo już zużyty. To był największy moment triumfu w życiu mojej przyjaciółki, płakała potem dwa lata z żalu, że go nie wzięła z powrotem a odrzuciła w głupim, jak jej się już w chwilę potem wydawało, teatralnym geście. Tym bardziej, że wydawało się, iż jej mąż nie bardzo wie, co ma ze sobą zrobić i z tego nie wiedzenia pewnie by wrócił. Ale dziś wszystko się ułożyło, moja przyjaciółka ma innego pana, bardzo go kocha i od lat nie wspomina o mężu, choć za mąż wyjść po raz wtórny nie chce. Mówi, że to byłoby jak wtórny analfabetyzm.

Demetria – siedzi gdzieś w chmurach jako bogini, i tyle ma do roboty z ziemskim życiem, chyba że jacyś rodzice się upiją i tak nazwą córeczkę, bo to piękne imię.

Marta. Moja książka twierdzi – że Marta to silna osobowość! Zdyscyplinowana i bardzo ambitna, konsekwentna i pracowita. Racjonalistka, kierująca się przede wszystkim rozsądkiem. Nie rozczulająca się nad sobą, w najgorszym momencie „trzyma fason” i – moim zdaniem – to święta prawda. Znam takie Marty, zawsze chciałam być Martą, bo to imię wielkiej szlachetności i takie imię z wyższych sfer. Ale co do „trzyma fasonu”, to – jak pisałam – słowo „fason” przypomniałam sobie, że mam też koleżankę Martę alkoholiczkę, co w ogóle nie trzyma fasonu. Leczy się i wciąż płacze, bo nie może sobie ze sobą dać rady. Wiecznie buja w jakiś chmurach i mrzonkach, w ogóle nie jest konsekwentna a o racjonalizmie nie ma mowy. Życie jest jednak dużo bardziej urozmaicone niż moja książeczka o imionach. I na szczęście, choć nieszczęście dla mojej Marty.

Alojzy – o Alojzy jest już tak stary, że ledwo widzi, prawie nie słyszy i cały czas zapomina jak ma na imię.

Siedzę przy małym biureczku, w małym hoteliku, w małym włoskim miasteczku, półnaga i ociekam potem. Mam zepsutą klimatyzację w pokoju albo co, bo nie da się uruchomić, a recepcja, kiedy się kładłam, spała. Za chwilę jedziemy dalej a zimne prysznice przynoszą natychmiastową ulgę, więc mam tę klimatyzację gdzieś. A mój mąż śpi i w ogóle od wczoraj odpuścił sobie denerwowanie się, bo zaczęły się wakacje, i nareszcie. Nie mogę dużo pisać, bo za chwilę wyjazd do Wenecji, ale zamieszczam zdjęcie z mojego okna z widokiem, który mnie rozśmieszył, oświetlony nocą transparent z zawiadomieniem, że biblioteka miejska jest właśnie tutaj, oświetlony, żeby ludzie szukający książki broń Boże nie błądzili. Boże! Mój Boże! A biblioteki w Polsce? Skazane na wymarcie? Aż mi się serce kroi patrząc na ten pyszny napis świadczący o dobrej kondycji tutejszej biblioteki.

Drugie, piszę szybko, bo chcę dziś jeszcze ogłosić moje pożegnanie z ziemniakiem raz na zawsze. W drodze przeczytałam książkę o diecie Montigniaca , którą mi ofiarował pewien biznesmen, co kiedyś był strasznie gruby, a teraz od roku jest chudy bez wysiłku i szczęśliwy z tego powodu tak, że wszystkim ofiarowuje w prezencie wdzięczności, książkę opisującą tę dietę. Nie chce mi się tłumaczyć o co dokładnie chodzi, w skrócie o to, że kalorii nie ma, teoria o kaloriach jest błędna, chodzi tylko o niejedzenie produktów które znacznie podwyższają poziom cukru w organizmie. Dieta jest pochodną leczenia cukrzycy i zakłada, że otyłość jest skutkiem nadmiaru cukru w organizmie… mniej więcej tak. Tak więc białe pieczywo, ziemniaki muszą zostać wyeliminowane z jadłospisu raz na zawsze. Postanowiłam wyeliminować na cześć biznesmena i jego chudości. Namówiłam też na to męża. I w związku z tym, wczoraj zamówiliśmy sobie na pożegnanie najsmaczniejszy na świecie zwibelrostbraten z upieczoną jak frytki cebulą i pieczonymi ziemniakami. Na pożegnanie, podkreślam. Sałatkę z amerykańskim sosem, na pożegnanie także, ja to sfotografowałam i płacząc z rozkoszy to wszystko pożegnalnie zjedliśmy. I od wczoraj koniec z ziemniakami i białym pieczywem, oraz słodyczami oczywiście, choć dieta jest dużo bardziej skomplikowana. Ach, moje ukochane ziemniaczki! Przypiekane na brązowo pokrojone w plasterki! Młode z koprem do zsiadłego mleka! Duszone na maśle z pęczkiem pokrojonej cebulki dymki! Tarte zapiekane ze śmietaną! Puree ziemniaczane polane tłuszczem z kawałkami suchego boczku! Placki ziemniaczane, z grubo tartych, średnio tartych, drobno tartych ziemniaków, zależnie od przeznaczenia, i czemu mają towarzyszyć! Kopytka! Pyzy! Pierogi ruskie! Nigdy was już mam nie jeść?! No w każdym razie we Włoszech na pewno nie!

Dobrego dnia. My spędzamy cały dzień w Wenecji i nam zazdrośćcie, bo jest czego. Choć w ten upał…. nie wiadomo. Zaczniemy od kawy u Floriana a potem całość, a po południu na Lido! Och, życie!!!

Dziś początek astronomicznego lata. A tu upał jak wściekli, podobno w Polsce też.

Pozdrawiam serdecznie.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.