14 czerwca 2002, piątek, 16:27
Elizy, Bazylego, Michała, Walerego – wszystkiego dobrego.
Eliza – nie mogę myśleć poważnie o tym imieniu, bo znam strasznie świński żart, w którym występuje pani Eliza. I tak imię, kojarzone przeważnie z dystynkcją, dyskrecją i godnością, mnie kojarzy się całkiem odwrotnie. Ale tak to już jest. Doświadczenia i nawyki własne, lub zakorzenione przed laty, determinują ocenę rzeczy czy zdarzeń, nawet nazw własnych. Ja na przykład wciąż, mimo tylu lat pracy i tak wielu różnych, diametralnie różnie zagranych ról, wciąż z nawyku kojarzę się jako ostra, niesympatyczna, nerwowa, nadruchliwa Agnieszka z Człowieka z marmuru, i nic tego nie zmieni. Ale do rzeczy. Nie pytajcie mnie o Elizę, bo na dźwięk tego imienia się tylko czerwienię, jeśli o wstydzie w moim wieku i wiedzy zdobytej na temat świata i jego „urozmaiceń” może być w ogóle mowa.
Bazyli to imię francuskiego kochanka z kilku znajomych książek gatunku – romans, na których ćwiczyłam w młodości moją znajomość tego języka. Francuski kochanek, amant, a więc miły i przyjemny dla oka mężczyzna przesadnie zwracający uwagę na formy grzecznościowe, nie posiadające pokrycia w czynach o większym znaczeniu. W każdym razie imię, mnie kojarzące się z kwiatami i małymi przycinkami przy każdej okazji.
Michał – no to jest imię odważnego. Choć wszyscy panowie o tym imieniu – mnie znani – jeśli są odważni, to jest to ich słodką tajemnicą, a jeśli miałabym znaleźć jakąś cechę wspólną, byłaby nią płodność. Wszyscy posiadają niezliczone dzieci, porozrzucane zresztą po świecie i pozostawione przy różnych kobietach, niekoniecznie tych, które nazywają żonami. Choć właściwie nie mam racji, bo Michałów jest tak wielu, że znalazłoby się spełnienie dla wszystkich charakterystyk mężczyzn świata.
Walery – lubię w wersji Waleria i wymawiane po włosku. Wtedy jest to najwdzięczniejsze imię świata.
Wróciłam. Wydaje się, że odnieśliśmy na festiwalu w Bonn niebywały sukces, w każdym razie u publiczności, sądząc po długości i intensywności braw.
Zamieszczam zdjęcie z drzewem czereśniowym, rosnącym jakby wewnątrz tego teatru, w którym graliśmy. Mogłam je widzieć z mojej garderoby, bardzo mi ten widok robił dobrze na nerwy.

Mój krótki pobyt zaowocował głównie wiedzą na temat ostatnich miesięcy w Niemczech, zdobytą od kierowcy, z nim bowiem tylko miałam czas tak naprawdę porozmawiać. Tak więc Bonn to dziura, odkąd wyniosły się ambasady, urzędnicy państwowi, a stolicę przeniesiono do Berlina. Za karmienie gołębi grozi kara do 2 tysięcy byłych marek. Mają się nie mnożyć, a najlepiej wyginąć. Na krucyfiksie i głowie Chrystusa w katedrze są zamontowane druty pod napięciem, żeby gołębiom nie przychodziło do głowy tam siadać. Widziałam to. Chrystus z anteną z drutu pod prądem. Miłe. W muzeach jak zwykle pełno, pełno. Zdążyłam wpaść do jednego z nich, z ekspozycją opowiadającą o rozwoju gospodarczym Niemiec od okresu powojennego do dzisiaj i ze wspaniałą wystawą fotografii artystów fotografików z byłego DDR i tego też tematu dotyczących, okresu świetności NRD, według naszego nazewnictwa. Wspaniałe.
A to kilka zdjęć katedry w Bonn.



Jak wyjaśnił mi kierowca, „tacy zwykli ludzie” w Niemczech, dalej pracują sumiennie całe życie, żeby spłacić dom, który w momencie, kiedy przechodzą na emeryturę, przejmuje bank, a bank opłaca w związku z tym ich pobyt w domu starców do końca życia. Zarezerwowanie sobie świetnego miejsca w możliwie najatrakcyjniejszym domu starców jest więc celem podstawowym każdego „zwykłego człowieka”, niezależnie od tego, czy ktoś ma rodzinę i dzieci, czy ich nie ma, i nawet młodzi już się za tym oglądają, to znaczy za miejscem w dobrym domu starców.
Kierowca okazał się być nadzwyczajnie ciekawym człowiekiem, choć „zwykłym”, co podkreślał, hodującym pająki. Takie zwykłe pająki. Wysłuchałam więc z otwartymi ustami wiele historii z życia pająków, przysięgając sobie, że przeczytam coś natychmiast na ten temat. Natychmiast po powrocie do Polski oczywiście.
Ten pan hodował kiedyś pająka, a raczej bardzo ciekawą pajęczycę, która zagnieździła się koło jego łóżka. Podobno, zdaniem tego pana, pajęczyce nie ruszają się z miejsca, siedzą w sieci, tylko pająki samce chodzą, przemieszczają się, wędrują. Widzi pani: idzie pająk – samiec, pająk siedzi – samica, tak mi to wytłumaczył ten pan. W wypadku tej obserwowanej przez niego pajęczycy, w sieci, którą to usnuła u wezgłowia tego pana, było to bardzo interesujące, bo odwiedzał ją jeden bardzo wspaniały pająk, był jakby jej mężem. Żeby przynieść muchę do zjedzenia musiał przejść cały pokój i przedpokój, złowić tę muchę, tam gdzieś, gdzie było ich więcej niż w pokoju, zawinąć, skrępować nicią i nie zjadłszy jej wcześniej, przynieść pajęczycy, z powrotem przemierzając z tą muchą taki świat drogi. Robił to bardzo sumiennie, obserwowany przez tego pana, który filozoficznie kontemplował ten związek i te 400 miliony lat ewolucji, a nie tak jak my, ludzie, tylko 900 tysięcy, i zastanawiał się nad życiem pająków, ich wiedzą, czystością, odpowiedzialnością, pamięcią, itd.
Pewnego dnia okazało się, że pewien kolega pana kierowcy przypadkowo posiadał innego z kolei kolegę, który pisał pracę magisterską o życiu seksualnym właśnie takich pająków, jakie ten obserwował. Ten kolega obiecał mu przynieść tę pracę do przeczytania, ale do niczego nie doszło, bo przyjaciel pana kierowcy niespodziewanie popełnił samobójstwo, nie zostawiając panu kierowcy do tego magistra od pająków żadnego kontaktu.
Potem hodował je w akwarium, zrobił im drabinkę, żeby sobie mogły wychodzić, bo szkło jest śliskie. Jedna z samic urodziła pewnego dnia z tysiąc małych pajączków, bał się je zostawić, jak jechał na dwa tygodnie do Polski, żeby nie pozdychały, zabrał je ze sobą i chciał nakarmić bluszczem takim, jaki rośnie i w Niemczech, ale okazało się, że polski bluszcz, mimo że wyglądał tak samo jak niemiecki, był dla nich trujący, i poumierały. Jego pająki żyły przeciętnie dwa lata. Bardzo je podziwiał.
Potem powiedział mi jeszcze, że nie ma czegoś takiego jak szczęście. Są momenty szczęśliwe w życiu i momenty nieszczęśliwe. I suma tych momentów i obliczenie, czy więcej jest szczęśliwych niż nieszczęśliwych, daje ogólne wrażenie szczęścia lub nieszczęścia. Ale że szczęście może być postrzegane jako szczęście tylko, kiedy się coś zmienia, rozwija, rośnie. I dlatego dwa momenty szczęśliwe takie same, obok siebie już nie są odbierane jako szczęśliwe, bo ten drugi musi być „wyżej”, musi się już zmienić w stosunku do pierwszego, żeby był szczęśliwy. Nie zdążyłam zapytać, co zrobić z życiem, w którym są momenty tylko obojętne, postrzegane jako ani szczęśliwe, ani nieszczęśliwe, zwykłe, bo musiałam wysiadać, dojechaliśmy do lotniska.
Och! Jak żałuję, że musiałam tak szybko wyjechać!
O festiwalu Wam nic nie opowiem, bo nic nie wiem. Przyjechałam w nocy jednego dnia, miałam próbę, spektakl, spotkanie z publicznością, zasnęłam i o świcie wyjechałam. Tylko czas spędzony w samochodzie Lotnisko – Dusseldorf – Bonn- Bonn – Dusseldorf- lotnisko, zostawił mi znaczące ślady w pamięci. Mam nadzieję, że nasz spektakl, a właściwie tekst Ingmara Villqista, bo to festiwal dramaturgii, zostawi trwały ślad w pamięci widzów.
Żegnam. Od dziś już jestem z Wami wciąż.
Dobrego wieczoru.
Dziś odmiana w pocztówkach. Pocztówka znakomita! Kupiłam ją w wyżej wspominanym muzeum.
