3 czerwca 2002, poniedziałek, 07:54
Klotyldy, Laurentyny, Tamary, Leszka – wszystkiego dobrego.
Klotylda – nie, to dziś imię do kpin. Ciotka – Klotka jest symbolem wstecznictwa i nietolerancji, małostkowych pretensji i drobnomieszczaństwa.
Laurentyna – śliczne. Nawet nie wiedziałam, że istnieje. Laurentyna ma włosy skręcone w długie wijące się pierścionki jak rzeźby Michała Anioła, lekko wystający brzuszek i puszek na karku. A w zgięciu łokci robią jej się dołeczki. No, chyba że mamy do czynienia z Laurentyną siostrą zakonną, to wtedy nie ma nic z tych rzeczy tylko opuszczone oczy.
Tamara – to imię rosyjskie i nawet, jeśli jest inaczej, rosyjskim ono jest dzięki wielkiej rosyjskiej literaturze a także Tamarze Samoiłowej, naprawdę wspaniałej aktorce. To zdumiewające, jak bardzo jej role zostały w pamięci, i wpisały się do naszej kultury także. Tak jak i role Ludmiły Gurczenko.
Leszek. Leszek do dziwne imię. Bardzo przez pana Lecha Wałęsę zdeterminowane w jedną stronę, ale gdyby nie to, to Leszek znaczy lekkość, żart, dowcip, karty, gitara, nocne alerty, koszule popelinowe z krótkim rękawem a za to z krawatem. A co Agnieszka Osiecka?
KONWALIA – 3 czerwca – Leszka.
Gdy żyć ci zbrzydnie, drogi Leszku
tam gdzie cię rzucił los cyniczny,
siądź na angielskiej sofy brzeżku
i napisz do mnie list klasyczny:
Więc, że wam zdrowo, że wam czysto,
że dobrze chowa się wam małe,
że kot nazywa się Mefisto,
tylko że trudno tak… na stałe.
Wtedy od razu ci pościelę –
Na górce u mnie, czy u kogoś,
pachnącej kawy młynek zmielę
I też napiszę (swoją drogą):
…więc: Nie spodziewaj się tu cudów.
Kokoszy tłustych. Jasnych gęb.
Płonącej prawdy. Wiosny Ludów.
Sikorek śmiesznych, zwinnych zięb.
Zimę, po pierwsze mamy ciężką…
Trochę – śmy też zanadto cwani.
Coś nam ładnego bardzo przeszło….
Jak gdybyśmy – odczarowani….
Ale to wróci. Wrócić musi.
Gdzież – chytra minka do Polaka!
Możeśmy trochę sercem głusi,
lecz ziemia wciąż – niebylejaka:
Otwarta stoi Puszcza Piska,
Mówią: „za dużo drzewa tną”,
lecz pachną ciągle wrzosowiska
I sarny wciąż z miłości mrą.
Mnie tu niejedną wbili drzazgę.
i ja, niejeden Boży dzień
na pył zmieliłam. Nie… na miazgę….
Przepiłam, sklęłam…. Został cień.
Ale ja do tej tutaj ziemi
Przybita jestem konwaliami,
A my – gwiazdami prowadzeni,
My z tobą Leszku – tacy sami.
Nie wiem, do kogo ten wiersz był pisany. Mogę się tylko domyślać. Już nie mogę jej zapytać. To zdumiewające, jak Ona wciąż z nami jest. Jak jest obecna. Jak się od niej uwolnić nie można. I jak potrzebna dzisiaj. Nawet bardziej, niż kiedy żyła. Potrzebna codziennie. Codziennie chciałoby się o coś zapytać.
Wczoraj robiłam pierwszą korektę mojej książki, co ma wyjść w listopadzie, wymyślałam tytuł. Bardzo mi się spodobał wczoraj taki tytuł, jedno ze zdań z któregoś z moich felietonów – „Różowe pastylki na uspokojenie”, ale podczas tej korekty kot Poldek zjadł pod fotelem, na którym siedziałam złapanego ptaka, a ja nie zauważyłam. Straszne. Powoli mam dosyć tych codziennych morderstw w moim ogrodzie. Dzwonki u szyi mają niezliczone, a i tak udaje im się wciąż łapać i zabijać ptaki. Obu kotom, codziennie. Ja już tego nie wytrzymam.
I do tego je zjadają i to ciągle starają się je zjeść w pobliżu mnie. Dlaczego? Próbowałam karmić najwspanialszymi przysmakami sklepowymi dla kotów, w wielkich ilościach, nie pomogło. Krzyczałam, wyrzucałam z domu, biłam w skórę, nie pomogło. Obrażałam się, nie odzywałam, brzydziłam się nimi, nie pomogło. Zawieszałam dzwonki, kołatki, odblaskowe obroże, nie pomogło. Co robić?
Dobrego dnia, bez zabicia ptaka.
