25 maja 2002, sobota, 07:14
Borysława, Grzegorza, Leona, Urbana – wszystkiego dobrego.
Borysław – to takie imię z polowania na lisy. Grzegorz, Leon, Urban – święto trzech papieży.
Grzegorz – piękne imię i lubiane powszechnie. Ale nie wiem czy częściej słyszałam inne westchnienie matek niż „Ach, ten Grzesiek!”, no cóż, z Grześkami tak już jest.
Leon, czyli lew, imię siły i działania, u nas w Polsce jest łyse i ma druciane okulary.
Urban – imię zhańbione nazwiskiem.
Wczoraj w warszawskiej Akademii Muzycznej byłam słuchaczem wykładu pani Ewy Wycichowskiej na temat tańca. A raczej Teatru tańca. Było to zakończenie przewodu naukowego na ten temat, i pani Ewa dostała wczoraj jakiś bardzo ważny stopień naukowy, jako pierwsza kobieta w historii tańca. Ale to nie miało dla mnie takiego znaczenia jak słowa i myśli zawarte w jej pracy. Jak mądrość i prostota tego wykładu. Każde ze zdań, które powiedziała, można by zastosować do wszystkich dziedzin sztuki, a szukanie myśli i powodów ruchu, a nie mechanizmów ruchu, jest tym naczelnym. Wolność w sztuce, i przekraczanie konwencji jako prawo artysty, którego jedynym obowiązkiem jest myśl a determinantem talent… A „wyrazić niewyrażalne” jako hasło!?
Niezwykła artystka. Gorąca, ostateczna, gotowa na wiele, otwarta, ufna, szczera, spontaniczna, wspaniała. A wyznania… Kocham taniec. Taniec jest mym życiem…, przez nią wczoraj wypowiedziane, zostaną mi długo w uchu, brzmienie tej żarliwej wiary i radości, jaka temu towarzyszyła. To jak powtarzane wciąż, z konieczności naturalnej, z potrzeby duszy, wyznanie wiary. A stwierdzenie… Jestem szczęśliwa, bo życie poświęciłam temu, co kocham…, brzmiało jak najpiękniejsze wyznanie miłości.
Kto ma dziś odwagę na używanie takich słów? Kto ma taką wiarę i miłość do sztuki, w czasach amatorszczyzny, ignoranctwa i szmalu? W czasach pogardy dla wiedzy, doświadczenia, dorobku. W czasach triumfującej bezmyślności, głupoty i podlizywania się najniższym gustom bez żadnej refleksji? To piękne, przy takim stopniu świadomości, profesjonalizmu, zawodowej sprawności, doświadczeń, przy poruszaniu się w takich wysokich rejonach zawodu, zachować aż taki entuzjazm i „nieskalaną czystość” jak Ewa.
Jest mi po tym wczorajszym wieczorze z artystką Ewą Wycichowską, dużo, dużo lepiej w życiu.
Pozdrawiam Was i dobrego dnia.
Przysięgam, że przestanę narzekać, będę robić swoje, nie będę miała do nikogo żalu i pretensji o to, że jest moim zdaniem głupi, bo to nie jego wina, a już na pewno nie o to, że jest młody. Nie będę na nikogo zła ani obrażona za to, że ktoś pisze co pisze, śpiewa co śpiewa, gra co gra, robi co robi. Zajmę się sobą i nie będę się za bardzo oglądać na boki, bo powoduje to zaskoczenie, rozczarowanie, depresje i myśli o wycofaniu się.
A teraz jadę do Krakowa grać Kto się boi Virginii…, w niedzielę w Chorzowie, a poniedziałek w Lublinie. I tylko to mnie przez te trzy dni będzie zajmować.
Dobrego końca tygodnia.
