19
Maj
2002
07:45

dziennik 2002-05-19 07:45:00

19 maja 2002, niedziela, 07:45

Celestyna, Mikołaja, Piotra – wszystkiego dobrego.

Celestyn – w Polsce to imię męskie jest tak rzadkie, że właściwie nie istnieje.

Mikołaj to z kolei imię na nowo coraz częściej spotykane, choć w Polsce najczęściej zdrobnienie od Mikołaja to Miś a nie Nik jak na świecie.

Piotr to klasyk. Piotr to powaga i niedojrzałość jednocześnie. Wszyscy Piotrowie, jakich ja znam, to połączenie dzieci z dyrektorami banków. Może Wy macie inne doświadczenia.

Wczoraj przypadkowo, nocą, odbyłam podróż sentymentalną po Ursusie. Musiałam tam kogoś zawieźć i potem wracając jechałam ulicami mojej młodości, z rozrzewnieniem. Spędziłam tam 15 lat mojego życia. Przejechałam koło szkoły, żłobka. Przedszkola. Ulubionych sklepów, księgarni – która nadal jest księgarnią – w której godzinami stałam „podczytując” nowości, bo nie miałam pieniędzy na książki. Apteki, w której pracowała moja mama. A przede wszystkim biblioteki, dzięki której przeczytałam w młodości, za darmo, to co przeczytałam, i gdybym jej nie miała pod bokiem, lub gdyby pracowali tam wtedy inni ludzie, tacy bez chęci pomocy młodym wilkom, spragnionym wiedzy i doznań, jakie może dać literatura, niewątpliwie byłabym dziś inna. W jakimś sensie dzięki tej bibliotece, jej zasobom, ludziom tam pracującym, się ukształtowałam. To tam, za pomocą tych skromnych drewnianych regałów, dzięki starym, wyczytanym książkom, obłożonym wtedy, pamiętam jak dziś, w szary papier, weszłam w zaczarowany świat literatury pięknej, poznałam cuda Stendhala, Balzaka, Kraszewskiego, Dostojewskiego, Żeromskiego, Tołstoja. Ale też z perspektywy tej małomiasteczkowej biblioteki nie mogłam przypuszczać, że istnieje także Gombrowicz, Sołżenicyn, Singer, Nabokow, Bukowski, Miłosz, o nich dowiedziałam się dużo później, już w liceum, kiedy zaczęłam z tego Ursusa wyjeżdżać do Warszawy. Pamiętam pierwszą potajemnie przekazaną mi książkę, obłożoną dla niepoznaki w okładkę z „Kobiety i Życia”. Było to „Ferydurke” Gombrowicza, wydane w Kulturze Paryskiej, miałam ją sobie znaleźć w szatni w worku z kapciami. Jak się potem okazało, przekazywał mi te lektury chłopak, zakochany wtedy we mnie. Po latach dowiedziałam się, że był stałym współpracownikiem UB. Nieważne, ważne, że je wtedy przeczytałam. Kilka lat później popełnił samobójstwo.

Ten wczorajszy nocny spacer po podwarszawskim Ursusie doprowadził mnie prawie do łez. Przejeżdżałam wzruszona między blokami postawionymi w latach pięćdziesiątych dla tych, którzy przyjechali budować potęgę Zakładów Mechanicznych URSUS, produkujących ciągniki, a dostosowanych do natychmiastowej zamiany, w razie konieczności, na fabrykę zbrojeniową. Między tymi ludźmi sprowadzonymi tu do Ursusa był mój ojciec. Patrzyłam w okna tych bloków i liczyłam: Agnieszka – umarła na raka piersi, Gośka – jest w Stanach, Ulka – rozwiodła się, znów wyszła za mąż i chyba wyjechała, Halinka – straciła bliźniaki przy porodzie i leczy się u mojego znajomego lekarza psychiatry, Kaśka – ma chyba troje dzieci, wychowuje je sama, Irmina – w Niemczech, Ewka – jest weterynarzem, Zosia – w Belgii, Jurek podobno zapił się na śmierć w Południowej Afryce, Mirka ma małą fabryczkę, szyje firanki, Halina ma antykwariat i sklep ze starociami, Roman – ach, chyba on jest burmistrzem Ursusa, albo był, nie to chyba Janek, nieważne…

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.