17 maja 2002, piątek, 08:51
Weroniki, Brunona, Sławomira – Wszystkiego dobrego.
Weronika – jak moja książka twierdzi, od dziecka samodzielna jest i odpowiedzialna. Ambitna, inteligentna i systematyczna. Odnosi sukcesy w każdej dziedzinie a w dodatku umie cieszyć się z osiągnięć innych. Obce są jej humory i kaprysy. Jest ideałem. Jedyna wada – zbyt łatwo się obraża. Św. Weronika jest opiekunką dobrej śmierci. Wzywa się ją również w wypadku poronień. I krwotoków. Z mojego doświadczenia, są to miłe, skromne, nie wyróżniające się specjalnie niczym wyjątkowym, dziewczyny. Można na nie liczyć. Polegać na ich skromnej "codzienności", odpocząć w cieniu ich zwykłości i spokoju. No chyba, że spotkacie Weronikę, która prosi, aby zwracać się do niej Wera, no, ale to całkiem inny przypadek, to ten wyjątkowy przypadek potwierdzający regułę.
Brunon – to rzadkie w Polsce imię, a z kolei Bruno w Niemczech, Włoszech czy Francji mieszka w każdym prawie domu.
Sławomira – kojarzy mi się tylko ze Sławką Łozińską, a teraz szczególnie myślę o niej często, po tragedii, jaka ją spotkała. Niewiele jest smutniejszych i trudniejszych przeżyć niż pochowanie własnego dziecka. Pogrzeb własnego dziecka jest niewyobrażalnym cierpieniem, które prawdziwie przeraża. Wyślijcie do niej dobre myśli.
Zamieszczam dziś zdjęcie zrobione podczas czterechsetnego przedstawienia, Shirley Valentine. Zamieszczam je z dwóch powodów: po pierwsze – wczoraj dostałam je w prezencie, a jutro znów gram Shirley – po drugie, i to jest główny powód. Razem ze zdjęciem przyszła do mnie historia fotografa, które je zrobił, pana Piotra Kowalczyka.
Otóż pan Kowalczyk wrócił właśnie z Bliskiego Wschodu. Przebywał tam, głównie w Izraelu, jako wysłannik swojej gazety, przez najgorętszy czas konfliktu. Pewnego dnia dostał się w pole ostrego obstrzału, uwięziony w jakimś budynku z powybijanymi oknami, nie mógł się wiele godzin poruszyć, podnieść z podłogi, zrobić cokolwiek. Wiele niewyobrażalnych godzin w krańcowej sytuacji zagrożenia i nerwów. W pewnym momencie zwrócił jego uwagę telewizor stojący w tym pomieszczeniu. Doczołgał się do niego z narażeniem życia i włączył. Zmieniając nerwowo kanały, szukając jakichś informacji, trafił na Telewizję Polonia, a tam właśnie trwała emisja Zazdrości Esther Vilar, spektaklu teatru telewizji, który reżyserowałam i grałam w nim jedną z ról. W spektaklu grała też moja córka Marysia, a opisuję to tak szczegółowo, ponieważ historię tę pan Kowalczyk opowiedział mojemu zięciowi, mężowi Marysi, w następujący sposób: "Stary! Tu walą jak wściekli, a tu nagle widzę: twoja żona, twoja teściowa! No mówię ci, jak mi się zrobiło dobrze……!"
Dobrego dnia.
Wczoraj na Steinberg było tylko 90 osób. To po raz pierwszy takie załamanie frekwencji. Co to znaczy? Maj? Komunie? Matury? Działki? Słońce? Brak pieniędzy u ludzi? Strach przed tematem sztuki? Czy się kończę? Nie mogłam zasnąć. Mimo, że ci którzy byli, reagowali wspaniale, śmiali się, cichli, byli ze mną, a raczej z nią, i wyszli z uśmiechem. A ci, co przyszli do garderoby, byli wzruszeni i wdzięczni za nadzieję, jaka zostaje po tym spektaklu. Mówili, że dawno nie oglądali tak radosnego spektaklu. Radosny to może nie jest najodpowiedniejsze słowo, choć może tak, właśnie tak.
Dobrego dnia.