05
Maj
2002
07:27

dziennik 2002-05-05 07:27:00

5 maja 2002, niedziela, 07:27

Ireny, Irydy, Waldemara – Wszystkiego dobrego. 

Irena – Ach, Irena! Co to za cudne imię i jakie kobiety-skarby je noszą. Wszystkie Ireny to cuda. Cuda absolutne. Mam lalkę, ulubiony zabytkowy manekin o imieniu Irenka, uważam, że jest moim dobrym duchem, mimo kilku drobnych złośliwości, jakie mi zrobiła przez te lata wspólnego życia.

Iryda – do dumne imię trzymające na dystans. Nie znam żadnej Irydy, ale bałabym się jej troszkę.

Waldemar – to po prostu Waldek, bo dźwięk imienia Waldemar dziś jest bardzo nieżyciowym brzmieniem. Chyba nie ma większego rozdźwięku niż między Waldkiem i Waldemarem. Ze wszystkimi Waldkami dogaduję się w mig. To dla mnie imię nieskomplikowanych mężczyzn.

Dziś imieniny Ireny Eichlerówny. To już jedenaście lat od jej śmierci.

Irenka

Wczoraj jakaś rozmowa przypomniała Caruso. I za jego sprawą, w tym momencie, stanęła mi przed oczami sobota czy niedziela majowa z mojego dzieciństwa. Kwitnący sad, słońce, spokój, zapach gotowanego rosołu i śpiew Caruso w tle. Babcia miała trzy płyty – dwie Caruso i jedna Kiepury. W soboty i niedziele wiosenne wynosiło się patefon do ogrodu i puszczało na okrągło te płyty. A śpiew Carusa i Kiepury podnosił te chwile, te dni, ten czas życia do rangi absolutnego szczęścia. Od jakiegoś czasu bawi mnie to, że muzyka ze starej czarnej grubej płyty jest dla mnie synonimem spokoju i bezpieczeństwa. A Caruso zatrzymuje czas. Ziemia dla mnie staje, kiedy go słyszę.

Swoją drogą, im dalej tym bardziej idealizujemy przeszłość. Wspomnienia nabierają formy naszych marzeń, podretuszowujemy je, z potrzeby duszy, i tak już coraz piękniejsze zostają. To piękne. Tak jest też i ze wspomnieniem ludzi, bliskich, umarłych.

U mnie tak jest. Znam wielu, którzy przechowują urazy, pielęgnują nienawiści, hodują uprzedzenia i dawne krzywdy. Co więcej, robią z nich przyczyny swoich niepowodzeń, obarczają cienie winami za swoje nieudane życie. Nienawiść i żal jest sensem ich istnienia i rozgrzeszeniem swoich zaniedbań czy lenistwa, czy nieudacznictwa, wszystkiego. Znam takich ludzi. Słucham ich pretensji do życia, rodziców, dzieci, mężów, nauczycieli z dzieciństwa, po raz kolejny, i wymiotować mi się chce.

No! A kto Wam zmarnował, zepsuł życie?

Zastanówcie się. Na pewno kogoś takiego znajdziecie i można go będzie obwinić za wszystko.

Mnie nikt. Uważam, że sama jestem autorem mojego losu. Od początku.  Niemniej miałam szczęście, że na strychu były płyty ze śpiewem właśnie Enrico Caruso. Jedna płyta była z neapolitańskimi piosenkami a druga z ariami z Verdiego między innymi, to pamiętam. Mogłam mieć gorzej, mogły to być płyty z czymś w rodzaju „Ich troje”. Dziękuję losowi.

A propos, słyszałam nocą w radio piosenki wybrane do Opola do konkursu premier. Wybrano ich jedenaście. Słyszałam je prawie wszystkie. Są żenujące, w każdym sensie, a pod względem literackim, obezwładniająco żenujące.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.