01
Maj
2002
11:05

dziennik 2002-05-01 11:25:00

1 maja 2002, środa, 11:25

Filipa, Jeremiasza, Jeremiego, Józefa – wszystkiego dobrego.

Filip to imię królów, szalenie popularne w świecie, w Polsce rzadko dawane dzieciom, bo kojarzy się – za sprawą kilku fraszek, wierszy, przypowieści z literatury – jako imię groteskowe, imię głupców i nieudaczników. A Filip w konopiach prawdziwie zaciążył na nim.

Jeremiasz rzadziej używany niż Jeremi. Choć Jeremi też nieczęsty. Mnie głównie kojarzy się z panem Przyborą. I rzadko ktoś z taką godnością, przydając mu blasku, nosi imię.

Józef – ten Józef majowy to Józef ojcowski i wyrozumiały. Skromny, cichy i rozumny. Jak mówi piękne żydowskie powiedzenie: – Ponieważ Bóg nie może być zawsze i z każdym, stworzył Matkę. A ja dodam, a czasem także Ojca.

Dziś piękny, przepiękny, nadzwyczajny dzień. Chce się wyć z zachwytu nad tą wiosną. 1 Maja. Święto pracy i Prawosławna Wielkanoc. Życzę Wam naprawdę wspaniałego dnia.

Wczoraj ktoś opowiedział mi bardzo ładną historyjkę.

Postanowił poddać dziecko,  córeczkę, ocenie pewnej komisji. Komisja złożona z psychiatrów i psychologów, kwalifikująca dzieci w jakiejś sprawie – do szkoły czy w innym jakimś celu,  nieważne, to nie było tematem rozmowy – poprosiła, aby każde z dzieci narysowało drzewo. Dzieci, córeczka mojego rozmówcy także, wykonały prace.

Potem na podstawie tych rysunków psycholodzy analizowali charakter dziecka, jego predyspozycje, stan rozwoju emocjonalnego itd. itd. Rozmowy  indywidualne z dziećmi miały odbyć się później.

Mała dziewczynka, córka mojego rozmówcy, narysowała grube, wielkie, solidne, rozłożyste drzewo, z widocznymi korzeniami, zielonymi liśćmi, grubą korą, używając prawidłowo kolorów. Stała moment przed wysoką komisją, która półgłosem analizowała rysunek wysnuwając zeń wniosek o stabilności, dojrzałości dziecka, pewności siebie, harmonii i sile.

Po chwili, bez słowa siadła i narysowała szybciutko nowy rysunek i podała wciąż zajętej analizą poprzedniego jej dzieła komisji. I komisja zamilkła nagle, w pół słowa. Ponieważ drzewko, jakie zobaczyli na nowym rysunku, było fioletowe i malutkie, miało blado niebieskie listki, było słabe, małe, chore, rachityczne, z cieniutkim, wątłym pniem i bez widocznych korzeni.

Konsternacja trwała, a po chwili rozmowy z dzieckiem, najwyższa komisja podzieliła się na dwa obozy. Jedni twierdzili, że dziecko jest nadzwyczajnie inteligentne i wyrasta ponad poziom reszty, drudzy uważali, że jest to patologiczna, skomplikowana, trudna osobowość, wymagająca specjalnego traktowania, ponieważ wróży ona trudności i kłopoty.

Wreszcie poproszono mojego rozmówcę i przedstawiono mu te opinie. Po wysłuchaniu wszystkich wniosków, uznał, że jego dziecko jest mądrzejsze i dojrzalsze niż cała wielka komisja i zabrał dziecko stamtąd w ogóle.

Kończąc opowieść, zapytał mnie: – Czy pani się nie wydaje, że teraz świat jakby zwariował? Bo ja nie mogę się pozbyć tego uczucia.

No i cóż ja miałam odpowiedzieć temu człowiekowi? Ale historyjka śliczna. Prześliczna. Przypomniała mi, jak kiedyś moja sześcioletnia wtedy córka, Marysia, stanęła przed komisją kwalifikującą, czy może pójść rok wcześniej do szkoły.

Stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam, bo i na mnie powaga wykreowanej sytuacji, wielka sala, komisja z kuratorium, siedząca za długim stołem, zrobiła piorunujące wrażenie. Marysia weszła do sali drżąc, sama, jak wymagano, i zatrzymała się tuż za drzwiami.

Czułam przez drzwi jej drżenie. I wtedy usłyszałam obcesowo, bez wstępu, krzykiem zadane pytanie: – Co fruwa?! Co pływa?! Co pełza?!…

Marysia rozpłakała się natychmiast i uciekła. A mnie komisja odpowiedziała, że dziecko się absolutnie nie nadaje do nauki, a w ogóle prawdopodobnie jest raczej opóźnione i wymaga opieki specjalistów. Pamiętam, jak oburzona wyszłam, trzymając kurczowo, roztrzęsione, zapłakane małe istnienie, jak nie umiałam jej pocieszyć i uspokoić, ponieważ oczywiście opinia o niej i ocena padła głośno, w jej obecności, wszystko słyszała.

Miałam zamiar protestować, napisać jakąś skargę, moja ówczesna gosposia chciała biec bić tę komisję z oburzenia….

Chwilę później wyjechałam z Marysią na roczny kontrakt do Paryża i tam przyjęto ją od razu do szkoły, o nic nie pytając, nie znającą języka, a podczas każdej lekcji nauczycielki siadały przy niej i poświęcały jej osobno kilka minut.

Po trzech miesiącach usłyszałam jak bawi się z francuskimi koleżankami w klasy na podwórku tej szkoły i gada z nimi zawzięcie, i skacząc liczy w języku, którego przed chwilą nie znała.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.