28 kwietnia 2002, niedziela, 10:48
Walerii, Ludwika, Piotra, Witalisa – Wszystkiego dobrego.
Waleria – to imię zapomniane, nielubiane z powodu swojego zdrobnienia. Walerka to nie brzmi dumnie. Trudno. Ja nie znam żadnej Walerii, ale mam przeczucie, że na Walerii można by się było oprzeć, że jest to ktoś godny zaufania.
Ludwik znów, to imię staroświeckie. Mój komputer za każdym razem, kiedy napiszę słowo „lubię”, zawiadamia mnie, że jest to słowo przestarzałe, idiota! A jakim słowem można zastąpić słowo „lubię”? Cóż to za słowo nowoczesne mogłoby zastąpić takie miłe, bezpieczne, neutralne słowo „lubię”? Muszę zapytać ten mój komputer… Niemniej Ludwik to imię rzeczywiście przestarzałe. Wraca do łask Juliusz, nawet Julian, ale Ludwik służy już tylko jako płyn do mycia naczyń.
Piotr to imię wieczne. Piękne, dumne, nobilitujące, proste, często spotykane.
Witalisa natomiast znam jednego. Jest leśniczym, jak na Witalista przystało. I, jak na Witalista przystało, zapalonym wędkarzem. Uspokajam się przy nim. Rozluźniam. Troszkę jest zamętu, jak sobie wypije, ale jego żona nie pozwala mu się wtedy pokazywać gościom. I pozostaje ten pijany Witalis słodką tajemnicą jego rodziny.
Wróciłam z Chełmska o 5-tej nad ranem. Przemarznięta, chora i nieszczęśliwa. Ostatni, upiorny dzień zdjęć, na jakimś wichrowym wzgórzu, z nieprawdopodobnym wiatrem, zimnem i deszczem, wykończył nas. Nie byłabym tak zła, gdyby cokolwiek się dało w tych warunkach zagrać. Ale przysięgam, wiatr, zimno, peruka z fruwającymi na twarz włosami, włosy wplątujące się w sztuczne rzęsy, raniąca w szyję kolia z pereł, unieruchomiona ręka i noga, nie sprzyjają subtelnemu aktorstwu. Nie są to warunki sprzyjające jakiemukolwiek aktorstwu. Jestem wściekła. Dwie najważniejsze sceny w tej roli, sceny „złamania” postaci i konwencji przyjętej na granie pozostałych, właściwie do wyrzucenia, na straty. Trudno. Tak bywa.
Zamieszczam ostatnie zdjęcia i zapomnijmy o tym.

Sąd. Z panem Zygmuntem Bielawskim

Scena śmierci, ja i ja na ścianie

Scena śmierci

Scena śmierci

Scena śmierci, ja na ścianie
Ach, wracając do imion. Tłumy towarzyszących nam dzieci i ludzi, w czasie zdjęć, był wielce pouczający. Z wielu względów. Wszyscy chcieli autografy. Każde dziecko chciało autograf sobie dedykowany. I teraz imiona. Otóż w okolicy zdaje się nie ma już w ogóle – nazwijmy je – normalnych imion. Są same Violetty, koniecznie przez V, Inez, to pewnie po emigrantach z Hiszpanii, Kariny, Dominy itp. Chłopcy? Nie ma żadnego, a w każdym razie nie zgłosił się żaden Piotruś, Romek czy Jacek, a same Rudolfy, Maksy, Gerardy. No cóż. Dodatkowo prześladował nas pewien bezrobotny pijany tatuś, codziennie zbierając autografy dla swoich dzieci od nas, aktorów. Zapytałam go pewnego dnia o imiona dzieci. Wtedy dłuższą chwilę drapał się w głowę zakłopotany, wreszcie machnął ręką i zaczął z trudem wymieniać: – Aaaaaa Sylwunia, aaaVioletta, eeeeeMisia, eeeeKrystian, Zibi, eeeeeeAdriana, eeeeeeAmanda, aaaaaaaaSandra, …. Jak doszedł do dziewiątego chyba dziecka, prawie zemdlałam, z wrażenia i od jego chuchu. Panie Boże! I ty patrzysz na to? I nie grzmisz?! – jak mówiła moja św. pamięci babcia.
Dobrej niedzieli, i prezent na koniec, bo wczoraj zapomniałam.
