10
Kwiecień
2002
00:04

dziennik 2002-04-10 00:00:00

10 kwietnia

Ten dzień upłynął mi na zwiedzaniu i zachwytem nad tym, jak mnie przeprowadzili w hotelu. Otóż, podczas kiedy ja szukałam Pinakoteki i chciałam trafić na Biennale Sztuki Współczesnej, zaczął cieknąć kran w moim pokoju hotelowym i zalało łazienkę. Kiedy doszłam do hotelu, okazało się, że mieszkam w innym pokoju i że mnie przeprowadzono pod moją nieobecność. Zdumiona poszłam do nowego pokoju i usiadłam z wrażenia, ponieważ absolutnie każda rzecz, każdy przedmiot, każda karteczka i szczegół się zgadzał. Kolejność, w jakiej wisiały rzeczy w szafie, konfiguracja kremów i tubek w łazience przed lustrem, układ karteczek i notatek na biurku. Zdumiewające, jestem pewna, że żeby dokonać tak precyzyjnego przeniesienia o dwa pietra niżej trzeba było najpierw zrobić fotografie niedbale rzuconych rzeczy a potem to wiernie odtwarzać. No chyba, że pokojowa była geniuszem o fotograficznej wręcz pamięci.

Wyrzucając do nowego kosza, w nowym pokoju, stary papier zmięty w kulę, porzucony na telewizorze i przeniesiony w tym samym charakterze na nowy telewizor, wciąż nie mogłam ochłonąć ze zdumienia i zachwytu.

Nocą ktoś przy stole opowiedział wstrząsającą historię o żydowskiej rodzinie  z warszawskiej Pragi, rodzinie, która – spakowana na emigrację – mieszkała nierozpakowana do niedawna, i tak umarli, nie rozpakowawszy się, ponieważ w dzień planowanego wyjazdu rano ich syn, zakochany w jakiejś dziewczynie, zrozpaczony rodzinną decyzją czy koniecznością wyjazdu z Polski, skoczył z okna i zabił się u stóp matki, wyrzucającej ostatnie przed wyjazdem śmieci. Nie wyjechali nigdy, zostali, nigdy się nie rozpakowali, tak tutaj umarli pogrążeni, od momentu śmierci syna, w bólu. Bałam się potem, że znów nie zasnę.

Zdjęcia chłopca śpiącego rano na ulicy:

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.