8, 9 kwietnia
Te dwa dni zajęło nam przygotowanie spektaklu Noc Helvera przywiezionego na Festiwal. Próby, dekoracje wykonane na miejscu i światła, a potem spektakl. Wszystko dobrze. Oprócz dziwnych kolorów, na jakie były pomalowane nasze meble przez miejscową panią scenograf, wszystko dobrze, łącznie z napisami, które widownia cały czas śledziła podczas naszego grania, żeby zrozumieć, o co chodzi, mimo że podobno czasem napisy spóźniały się lub przyśpieszały o kilka zdań. Podobno mimo to było dobrze, a nawet bardzo dobrze, a dodatkowo wszyscy wszystko zrozumieli. Mnie, przez cały wieczór krytycy i przedstawiciele publiczności brazylijskiej wyjaśniali, że ich zachwyt polega głównie na tym, że żadna aktora o mojej sławie i statusie, jak to nazywali, żadna więc wielka, jak to nazywali, brazylijska aktorka, nie przyjęłaby i nigdy w życiu nie zagrała takiej roli… że niby mnie Sławek Pacek jako Helver bije, poniża, i wchodzę pod stół, i mówię mało. Dużo mniej niż on. Na tym głównie polegał ich niewysłowiony zachwyt, naprawdę, że w ogóle zgodziłam się przyjąć i zagrać tę rolę, a pijąc wino stukali się ze mną kieliszkami i życzyli, żebym się nigdy nie zmieniała i nigdy, ale to przenigdy, nie porzuciła mojej skromności i służby sztuce. A potem, albo jednocześnie, po cichu, na ucho mówili, że skromność skromnością, ale powinnam mieć własną salę w Warszawie, bo tu w Sao Paulo dużo gorszych aktorek, i o mniejszej sławie, ma. Chyba z dziesięć ich takie własne sale ma. Więc bez przesady…