06
Kwiecień
2002
00:04

dziennik 2002-04-06 00:00:00

6 kwietnia

W hotelu w Sao Paulo, w upalnym powietrzu nie mogę spać i nerwowo szukam na wszystkich programach telewizyjnych seriali brazylijskich. Nie ma żadnego. Same zapłakane, zakrwawione dzieci, jakieś potyczki, wybuchy, potem okazuje się, że to obok, w Wenezueli.

Zasypiam i budzę się już prawie w południe, zlana potem od snu, który mnie przeraził. Byłam w nim dziennikarką telewizyjną, spotkałam nędznego, wychudzonego Żyda, który chyłkiem przemyka się pod jakąś ścianą. Kiedy mnie mija, ktoś z ekipy telewizyjnej zabija go strzałem z pistoletu. Odwracam się i wściekła krzyczę, że szkoda, że go zabił, bo chciałam z nim zrobić wywiad, a teraz jest za późno. Budzę się przerażona i głodna.

Dzwonią do mnie, że jest niedziela, wszyscy idą na targ antyków, każą schować do sejfu hotelowego pierścionki, kolczyki, pieniądze, paszport, właściwie wszystko, i nie oddzielać się od grupy, bo mogę się obudzić jutro na przystanku autobusowym bez nerki, bo kradną też narządy do przeszczepów. Ale ja zadowolona, że nie żyję w moim śnie, postanawiam zignorować wszystkie ostrzeżenia, myśląc sobie… a kto by zresztą chciał taką starą nerkę jak moja?… A poza tym, co oni opowiadają za bzdury! Nie byli u nas na Stadionie Dziesięciolecia na targu! Tam mi prawie urwali uszy z kolczykami.

Na targu jest bosko, bosko!!! Żałuję, że nie mam ze sobą aparatu fotograficznego, bo natykam się na bardzo starą i piękną rzeźbę przedstawiającą starego, błękitnego clowna. Stoję i zachwycam się nim długo, bo chcą za niego 6 tysięcy dolarów, a ja go w miedzyczasie pokochałam.

Pan Namysłowski z żoną oddalają się od naszego kierowcy i grupy, i idą w całkiem jakąś inną stronę.

Wszyscy Brazylijczycy są nadzwyczajnie mili i przyjaźni, uśmiechnięci. Myślę sobie… o, przeżyję tydzień bez agresji, jak wspaniale…

Po powrocie do hotelu długo sprawdzam, czy spuszczana woda w sedesie i umywalce kręci się zlatując rzeczywiście w odwrotną stronę niż na naszej półkuli, ale nie dochodzę do żadnego wniosku. Nie można właściwie stwierdzić, w którą stronę się kręci.

Wieczorem jesteśmy zaproszeni na kolację do państwa Bukowińskich. On, pan Andrzej, jest najbardziej chyba uhonorowanym nagrodami reżyserem filmów reklamowych na świecie. Ma słynnych statuetek chyba ze 27. Jestem tak zachwycona nimi, ich domem, reklamówkami, które oglądamy na video, i ogrodem, że umieram ze szczęścia. Po raz kolejny u państwa Bukowińskich mam refleksję dotyczącą stylu życia. Chyba największą sztuką w życiu jest umiejętność eliminacji przedmiotów w najbliższym otoczeniu. Jakie to trudne. Szczególnie dla nas, po latach socjalizmu. Ta chęć posiadania. Ta miłość do przedmiotów. Nawyk zbierania, zagracania, kolekcjonowania. Eliminacja i wybór, nieposiadanie tysiąca drobiazgów to wielka sztuka. Czystość przestrzeni, w której się żyje. Z zazdrości, co chwila umieram. Z zazdrości o oszczędność i prostotę stylu życia.

Gospodarze pozwalają mi zrobić kilka zdjęć.

Dom Andrzeja

Ja w domu Andrzeja

Pomarańcze

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.