05
Kwiecień
2002
07:04

dziennik 2002-04-05 07:48:00

5 kwietnia 2002, piątek, 07:48

Ireny, Julianny, Wincentego – wszystkiego dobrego.

Irena, znów Irena, dziś Irena jest zdecydowanie seledynowa i zdecydowanie to nie jest dla niej dobry dzień, no ale co robić.

Julianna, tak częsta w innych językach, w Polsce występuje rzadziej, a przecież połączenie Julii i Anny jest takie ładne.

Wincenty, Wicek, zestarzał się i stracił animusz, którego mu nie brakowało w młodości.

Nic mnie tak nie wkurza jak ten festiwal przepisów kulinarnych we wszystkich mediach. Nie można otworzyć gazety, radia czy telewizora, żeby ktoś nie pichcił, barzył, gotował, smażył, oblizywał palców i nie wychwalał jakiegoś dania. A dosyć tego żarcia!

Do tego, nie ma to nic wspólnego z żadną sztuką kulinarną, umiejętnością odżywiania się, czy choćby kulturą jedzenia czy codziennego życia. Te słoniny, smażone cebule, te kartofle serem łączone, te klopsy, zasmażki, sosy, kotlety, śmietany, ta ciężka, niezdrowa kuchnia. To smażenie, pichcenie, wypieki. Namawianie ludzi do jedzenia i to do takiego jedzenia. To zbrodnia. To okropne.

Jesteśmy wszyscy za grubi, ciężcy, mamy kłopoty gastryczne, nie ruszamy się, nie wietrzymy pomieszczeń, palimy papierosy, lub palą je obok nas, nie pierzemy ubrań, bo większość z nich musi być prana w pralniach, żeby wyglądały dobrze, w związku z tym nosimy ciemne i po prostu ich nie pierzemy w ogóle, mieszkamy w gorących, zakurzonych, suchych pomieszczeniach, psują nam się zęby i oczy i…… żremy…. Niektórzy byle co, za to dużo, a inni te pomysły.

Mam dwa ogrodowe, takie żyjące na zewnątrz, psy. Dwie suki. Ritę i Gretę. Dwie gwiazdy hollywoodzkie. Matkę i córkę. Matka, wzięta ze schroniska dla zwierząt, jako dorosły już pies, ze wszystkimi możliwymi chorobami, od gronkowca przez choroby skóry i sierści aż do konieczności przeprowadzenia poważnej operacji cysty czy czegoś tam, leczona latami i dziś już stara, jest – uśmiechnięta, szczuplutka, ma cudną lśniącą sierść, biega jak sarenka, ma wszystkie zęby i w ogóle wygląda zachwycająco, czuje się dobrze, zawsze dobrze, i taki ma nastrój, a lekarz, który ją przed laty operował, nie może się nadziwić, że ona wciąż żyje i to tak żyje. Jej córka, co najmniej sześć lat od niej młodsza, urodzona już u nas, jest – przeraźliwie gruba, smutna, powolna, osiwiał jej pysk, pokłada się wiecznie pod krzakami w ogrodzie, a każde jej podniesienie się z ziemi to ciężkie zadanie, nie biega w ogóle, chodzi z opuszczoną głową umęczona, i tylko co jakiś czas kogoś złośliwie ugryzie, bo ma do tego niedobry charakter. Dlaczego? Bo za dużo żre… Bo jej matka, czyli Rita, zawsze jej pierwszej oddawała miski, obie, i swoją, i jej, do dyspozycji, bo przynosiła jej najlepsze kąski, bo nigdy nie była łakoma i łapczywa w przeciwieństwie do córki i je właściwie minimalne ilości, naprawdę mało. Za to córeczka, czyli Greta, cały dzień stoi w progu domu, a raczej leży w drzwiach i piszczy błagając o smaczne kęski, za skórkę z kurczaka oddałaby życie, i godność za cukierka, i kiedy dostaje smakołyki nie wie jak je zjeść, bo jeden trzyma w pysku a inne przydeptuje łapami, żeby jej nikt nic nie zabrał. Wiecznie jest chora, coś jej dolega, sama pewnie nie wie co, bo z tej otyłości także wolniej myśli, a raczej w ogóle nie myśli. Ma kłopoty ze wzrokiem, słuchem, sierścią i urodą. Lekarz załamuje nad nią ręce. Przysięgam. A wszystko za sprawą jedzenia. Dostają jeść to samo, tylko że jedna je dużo a druga mało.

Ludzie!!! Jedzcie mniej!!! Człowieku!!! Zastanów się!!! Krzyczę to także do siebie!!!

I nie oglądajcie tych gazet, programów telewizyjnych i tych zdjęć, to wszystko trucizna. Trucizna!!! 

No i tą uroczą refleksją żegnam się z Wami do przyszłego poniedziałku, czyli do 15 kwietnia. Jadę sobie do Brazylii, jak tylko zagram jeszcze raz, dziś wieczorem Virginię... I dziś nic nie jem. Tylko kęs czegoś lekkostrawnego, jak poczuję głód. I tylko wtedy.

Żebyście wiedzieli, jakie pąki mają kasztany w moim ogrodzie a jakie małe, świeżo-zielone listki mają inne drzewa, to byście zwariowali! A zresztą! Biegnę fotografować. Zobaczcie! 

Bez

Drzewo bzu

Fiołki

Kasztan

Wiśnia ozdobna

Dobrego dnia.

5 kwietnia

Dzień wyjazdu. Rano przed odlotem, a raczej o świcie, biegnę do ogrodu, bo zakwitły ozdobne drzewa i pojawiły się pąki na krzakach orchidei. 

W samolocie zaprzyjaźniam się z Izą Cywińską, okazuje się, że mamy sobie wiele do powiedzenia, że dużo spraw nas obie łączy. Myślimy na tematy związane ze sztuką, teatrem, środowiskiem, częstokroć identycznie, i podobają nam się, uważamy za wartościowe, te same rzeczy. Iza mówi mi, że była pewna, że jestem zarozumiała i napuszona, a okazuje się, że zupełnie nie… Myślę o tym jakiś czas zaskoczona i dochodzę do wniosku, że jestem zarozumiała i napuszona, i w ogóle okropna, i postanawiam to zmienić.

W przerwie lotu do Brazylii, w Amsterdamie, mamy cztery godziny czasu. Wychodzimy całą grupą do miasta. Chcemy napić się kawy, wszędzie, w każdej kawiarni są zepsute ekspresy i dziwią się, że nie chcemy palić marihuany, a na wieść o herbacie z mlekiem nie rozumieją już nic. Dookoła nas snują się ludzie poranni, trochę nahajowani, zapuchnięci, z czerwonymi załzawionymi oczami. Staruszki i staruszkowie zmarznięci i niechętni tej porze dnia. Wszyscy lekko nieprzytomni. Jest za rano. Wreszcie dopadamy jakąś zapyziałą kawiarnię, gdzie pan z obrzydzeniem robi nam kawę, herbatę, upewnia się z niedowierzaniem, że nie chcemy nic zapalić, i nie ma wydać. Koło mnie siedzi pan Mirosław Bałka, co jego rzeźby są we wszystkich muzeach świata, tak mi mówią, po cichu, na ucho, żebym wiedziała, z kim rozmawiam tak zawzięcie.

Mówią, że powinniśmy obejrzeć szybko Rembrandta, ale wracamy na lotnisko i jakimś wielkim samolotem, wypełnionym także małymi dziećmi, lecimy dalej. Przed nami 13 godzin lotu i rozmowy, rozmowy, rozmowy… Pan Stańko ma najlepsze miejsce i może wyciągnąć nogi. Ja pytam, czy widzieli jego trąbkę, mówią, że widzieli, że trąbka leci z nami, żebym się nie denerwowała.

W hotelu, już w Sao Paulo przywitał mnie wywiad ze mną na pierwszej stronie brazylijskiej gazety, w którym coś się mądrzyłam, co było zapisane po portugalsku, ciekawe co, bo wywiadu udzielałam po francusku, przez telefon, siedząc u fryzjera, który nie wyłączył suszarki do włosów. Do wywiadu było dołączone moje zdjęcie z liceum. Bałam się, że rano nikt mnie z miejscowych nie pozna, a nawet jeśli, to będą rozczarowani.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.