21
Marzec
2002
07:03

dziennik 2002-03-21 07:50:00

21 marca 2002, czwartek, 07:50

Benedykta, Lubomira, Mikołaja – wszystkiego dobrego.

Dziś chciałabym napisać o tym, co się stało, z Marianne Faithfull, kiedy przyjechała teraz na Festiwal Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, żeby zaśpiewać jeden koncert.

Marianne jest na nowo, w tej chwili, absolutną gwiazdą w Europie, co więcej, teraz, kiedy wróciła na scenę po latach picia, narkotyków i totalnej degradacji fizycznej, wróciła w sposób triumfalny, zmieniona, doświadczona, złamana, z charakterystycznie zachrypniętym, zmęczonym głosem, odzyskała serca publiczności, nie tylko dlatego że śpiewa i interpretuje swoje piosenki wspaniale, ale także dlatego że stała się symbolem i nadzieją dla wszystkich, którzy pogrążyli się w otchłań, jest jakby znakiem zwycięstwa. Jak mówi o sobie sama: – Do niedawna, do cholery, zdrapywali mnie z trotuarów w Londynie! Przeżyłam śmierć kliniczną! Ten zawód tak cholernie dużo wymaga….

Śpiewa absolutnie niepowtarzalnie, jej płyta z nagraniem „Siedmiu grzechów głównych” Brechta-Weilla jest  zjawiskiem na rynku płytowym, leży na honorowym miejscu we wszystkich sklepach muzycznych świata, to dzięki tej płycie, dzięki niekonwencjonalnej interpretacji Faithfull, pomyślano, że aktorka może pokusić się, spróbować… to dzięki niej mnie dano szansę zaśpiewania tego w naszej Operze. Grałam niedawno Marianne, ją, a raczej rolę inspirowaną jej życiem, w telewizyjnej wersji „Okruchów czułości” w reż. Ryszarda Bugajskiego, całkiem niedawno. W tamtym sezonie teatru telewizji. Starałam się, grałam samotność, rozpacz, nieumiejętność życia, ale przede wszystkim zbytnią rozrzutność, jeśli chodzi o rozdawanie, podarowywanie uczuć. 

Marianne fascynuje, zachwyca, jest obsesją wielu, postacią kultową, jedną z ikon naszych czasów. Zawsze była niekonwencjonalna, zadziorna, ostra, przekorna, nieuczesana, niegrzeczna, miała do tego prawo, dzięki swej muzykalności, talentowi ofiarowała ludziom na całym świecie naprawdę wiele, razem zresztą w tym podarunku dostali jej życie…

A teraz Wrocław.

Po co zapraszać kogoś takiego jak Marianne na konwencjonalny, prowincjonalny w guście festiwal? Nie robiąc przedtem dużej kampanii, i nie uświadamiając ludziom, kto przyjeżdża, z kim będą mieli do czynienia. Po co dla tej ugrzecznionej, banalnej publiczności (bo ta, która chciałaby ja pewnie zobaczyć, nie ma na to pieniędzy), na jeden raz sprowadzać panterę, pumę, zwierzę, cud? A potem mieć pretensje, że pali na scenie i pije kawę? A pocałujcie ją w… wiecie w co? Po co zwoływać konferencję prasową z dziennikarzami, którzy o niej nic nie wiedzą i zadają jej obraźliwe, głupie pytania? No to i odpowiadała na te pytania odpowiednio.

Powiedziała, że „zbastowała” trochę z alkoholem, żeby zaśpiewać ten koncert… ale Marianne, okazało się, że nie warto było, dla Wrocławia nie warto było, Marianne. I to nie chodzi o publiczność, tylko o to, że organizatorzy i ignoranccy dziennikarze, zapatrzeni w koniec swego pióra, nieciekawi nikogo i niczego, zadający pytanie tylko i wyłącznie na poziomie brukowej prasy, nie przygotowali należycie Twojego przyjazdu.

Widziałam ją, jak śpiewała niedawno w Niemczech, na wielkiej sali, podczas rozdawania najważniejszych nagród filmowych, na sali byli wszyscy, i władze, i kanclerz, i artyści, lekko pijana, zapłakana, pięknie, pięknie, pięknie i przejmująco zaśpiewała kilka piosenek, między innymi Glummy Samdey, sala wstała…. 

O jednym marzyłam 17-ego, żeby być we Wrocławiu na sali, gdzie będzie występować, niestety miałam drugi popremierowy spektakl w Warszawie. Cały czas o niej myślałam.

Relacje z Wrocławia, reakcje ludzi i prasy, krytyki mnie „powaliły”…. a wiadomość, że Telewizja Polska nie zarejestrowała jej koncertu, po prostu rozśmieszyła.

Oj, kraju, gdzie do rangi ikon wynosi się konwencjonalne, miłe, podobne do wszystkich innych piosenkareczki…..

No, na pewno Marianne nie aspiruje do masowej popularności, choć w pewnym momencie swojego życia taką miała, ale na litość Boską, festiwal we Wrocławiu nie jest festiwalem w Kołobrzegu, a może jest? Może od jakiegoś czasu, dokładnie od śmierci Prof. Bardiniego, wszyscy robią tam wszystko, żeby zginęła myśl i treść, żeby sens i powód i myśl, dawna racja istnienia tego festiwalu, festiwalu piosenki aktorskiej, czyli piosenki literackiej z akcentem na interpretację słów i myśli w niej zawartych, zabić? Zabić myśl i refleksję – to hasło przewodnie, po to, żeby kupiła to telewizja i dała kasę. A sponsorzy byli zadowoleni.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.