28 lutego 2002, czwartek
Hilarego, Makarego, Romana – wszystkiego dobrego.
Wszystkiego dobrego. Roman – kojarzy mi się z białymi zębami i gitarą. Gra na tej gitarze, śpiewa i błyskają wtedy jego równe, białe zęby. Ma włosy pofalowane i jest nieśmiały, ma także zawsze lekko wilgotne opuszki palców i błyszczące od potu skronie. Jest polską odmianą hiszpańskiego kochanka, ale nie obraża się, jak się mówi do niego np.: Ty dupku. Jest miły. Zaznaczam, że wszelkie moje skojarzenia są czysto subiektywne i zupełnie nie można wysnuwać z nich jakichkolwiek reguł.
Wczoraj urodziny Daniela Olbrychskiego. Dzień zakończony biesiadą w Podkowie. Bardzo miło.
Ze mną coraz trudniej wytrzymać. Z dnia na dzień, z chwili na chwilę staję się Martą, czyli potworem. Dzieje się to zupełnie ode mnie niezależnie, ale poddaję się temu z przyjemnością. Jeszcze tylko tyle, że nie piję, ale z raz chyba będę musiała, żeby sobie tak zobaczyć, jakby to było, zapamiętać i zachować na wszystkie potem wieczory. Nie mogę się doczekać tej próby.
Wczoraj Steinberg i dyskusja po spektaklu bardzo długa. Dużo, dużo młodzieży. To moja cała radość. Podoba się. Nawet więcej. Dużo ludzi naprawdę wzruszonych po spektaklu, a śmieją się też w trakcie. Cel osiągnięty. Bardzo lubię ją grać. Bardzo lubię nią być, no i „Marysia” przy mnie, czyli Callas nade mną czuwa.
Jeszcze tylko jedna Mała w Teatrze Studio, trzy Callas w Powszechnym, i do premiery, a raczej do 24 marca, tylko Marta z Virginii.
Jestem zmęczona, ale od tygodnia mam kierowcę, to znaczy zaangażowałam kogoś, kto mnie wozi. Zainwestowałam w moje zdrowie, życie, spokój, no i tym prostym sposobem odzyskałam minimum trzy godziny w ciągu dnia. Decyzję podjęłam po kolejnej sytuacji na drodze, z której wyszłam cudem. Za bardzo byłam zamyślona, zmęczona, telefon dzwonił bez przerwy. W każdym razie żyję, ale już nie będę prowadzić, to okazuje się dla mnie zbyt niebezpieczne.
Dobrego dnia. Szkoda, że nie wypada mi opisać, co sobie wczoraj myślałam o życiu, losie i miłości, bo musiałoby być z nazwiskami.